Za kilka dni ten wpis i obrazki, które chcę pokazać nie miałyby racji bytu. Za kilka dni śnieg zniknie całkowicie i pozostanie po nim ledwo nikłe wspomnienie. Niewiele będzie osób, które za zimą i śniegiem będą tęskniły, przynajmniej na początku.
Mnie w tym roku zima nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie, przyjęłam ją ze spokojem, jako czas wyciszenia i innej aktywności.
To właśnie przez ostatnie miesiące znów rysowałam,czego efekty przedstawiam poniżej.
"By nazwać światło nie trzeba języka..."
O zachodzie
Nadzieja
Wschód Księżyca
Powrót uśmiechu
Z każdym z tych pejzaży związane jest jakieś uczucie, refleksja. Powstawały dlatego, że jadąc rowerem lub biegając po parku zachwyciłam się chwilą i chwili tej towarzyszył określony nastrój.
Pretekstem do niedzielnej wycieczki był nowy zakup Marzenki.
Z okazji osiemnastki Marzena zażyczyła sobie roweru szosowego i ten rower właśnie dotarł do adresatki. Początkowo miałyśmy jechać we dwie. Jednak, gdy
okazało się, że niedzielę możemy spędzić we trzy nawet na chwilę się nie
zastanawiałyśmy i już o 10.00 byłyśmy w trasie. Do wyboru były dwie możliwości-
Gryfice z obiadem w Hosso albo Rewal z obiadem w Róży Wiatrów. Dziewczyny
wybrały opcje nadmorską, zwłaszcza, że Marzena miała w planach sesję zdjęciową
ze swoim nowym rowerem nad morzem- postanowiła wziąć udział w konkursie
fotograficznym poświęconym miłości do roweru.
Opcja ta wygrała także z powodu malowniczej trasy ,
zwłaszcza między Karnicami a Rewalem.
Jechałyśmy sobie niespiesznie, podziwiając widoki,
rozmawiając. Gui co jakiś czas wyprzedzała nas, by sprawdzić możliwości szosówki,
Chuda marzyła o chwili, gdy będzie miała swój nowy rower. Nim się obejrzałyśmy,
byłyśmy w Rewalu. Niestety okazało się,
że Róża Wiatrów jest jeszcze nieczynna. Postanowiłyśmy zatem zajrzeć do zajazdu
„Złoty Róg”, który mieści się przy rondzie w Rewalu. Często mijałyśmy to
miejsce, ale nie miałyśmy okazji go odwiedzić. Zajazd robi niezłe wrażenie. Drewniany,
stylizowany na wiejską karczmę zaprasza , by doń zajrzeć.
Po wejściu do środka wpadłyśmy w zachwyt. Klimatyczne
wnętrze przypadło nam do gustu. Drewniane stoły pokryte płóciennymi obrusami,
bawełniane firaneczki w oknach, stylowe lampki na stołach i bogaty zbiór
różności: starych maszyn do szycia, saksofonów, zegar z kukułką, bibeloty z XIX
w.
Menu raczej tradycyjne. Wybrałyśmy zupę gulaszową (no bo przecież
jestem fanką tejże zupy) . Niestety nie był to najlepszy wybór. Zupa była gęsta
i aromatyczna, ale mięso okazało się żylaste.
Nie mniej wyszłyśmy najedzone.
Potem pojechałyśmy na plażę. Dawno nie byłam przy centralnym
zejściu na plażę w Rewalu, więc widok dwóch stylizowanych wielorybów mocno mnie
zaskoczył. Pstryknęłyśmy kilka fotek i ruszyłyśmy w drogę powrotną do domu.
Wczorajsze walentynki zapowiadały się typowo. Drobne
upominki i butelka wina do kolacji. I pewnie tak by to wyglądało, gdyby nie
obie córki, które wymyśliły sobie siostrzany wieczór z filmem. Początkowo zamierzały
siedzieć u siebie w pokoju, ale bardzo szybko stwierdziły, że do oglądania
filmów lepiej nadaje się nasz telewizor i wprosiły się do salonu. I tak oto wieczór
spędziliśmy w czworo. My z mężem podzieliliśmy się naszym winem, one słonymi
przekąskami.
A film mieliśmy bardzo ambitny, nie jakaś komedia
romantyczna czy inny wyciskacz łez tylko... „Atlas chmur” rodzeństwa Wachowskich.
Dla męża była to premiera. My widziałyśmy już film raz i teraz postanowiłyśmy
do niego wrócić, by połączyć w całość wszystkie wątki, znaleźć klucz do filmu,
podzielić się spostrzeżeniami.
Uzbrojone w wiedzę "kto jest kto" (wszak było to drugie
podejście) mogłyśmy skupić się na szczegółach. Podziwiałyśmy cudne plenery i
muzykę. Zafascynowała nas charakteryzacja. Czasami dopiero po dłuższej chwili
rozpoznawałyśmy aktora wcielającego się w kolejną postać. Każda z nas miała
swojego ulubionego bohatera i ulubioną epokę. Film nam się podoba.
Początkowo
gubiłyśmy się w zmieniającej się jak w kalejdoskopie scenerii, jednak z biegiem
filmu wszystko zaczęło się nam układać w logiczną całość.
O czym jest film? O miłości i nienawiści, prawdzie i kłamstwie, odwadze i tchórzostwie,
poświęceniu i egoizmie, a przede wszystkim o niezmienności ludzkich emocji. Przekazuje prawdy uniwersalne, choć tak oczywiste, że
wydawałyby się banalne.
Z pewnością jeszcze nie raz wrócimy do tego obrazu, by zachwycić
się konkretnym szczegółem, epizodem.
Tytuł posta dość zaskakujący pod koniec stycznia, ale już śpieszę wyjaśniać skąd się wziął. Ruda jako matka nowoczesna prezenty coraz częściej zamawia przez internet. Czasem też przez internet je przesyła. Tak było i tym razem (choć nie do końca). Z okazji mikołajków 2012 na moim e-mailu wylądował grupon na deser w Restauracji Szczecin. Wydrukowany kupon dostałam troszkę później.
W grudniu zabrakło mi czasu, by wybrać się na ciacho i kawę z K. O mały włos, a i styczeń by się nam skończył. Pod sam koniec miesiąca wybraliśmy się jednak na spacer połączony z wizytą w kawiarni. (O samym spacerze tu).
Restauracja Szczecin mieści się w piwnicach urzędu miejskiego i jest miejscem o bardzo ciekawym klimacie. Wprawdzie wnętrze jest moim zdaniem zagospodarowane dość niekonsekwentnie - podzielone na dwie duże sale, z czego jedna ma ceglaną podłogę i brzydki wzorzysty tynk na ścianie, a druga podłogę ma ze współczesnych płytek, natomiast ściany z pięknej cegły. Uroku wnętrzu dodają duże zdjęcia miasta, acz K. słusznie zwrócił uwagę, że nad niektórymi za bardzo pastwiono się w programach graficznych. Wnętrze jest duże (na mój gust - za duże) i sprawia raczej nieprzytulne wrażenie. Myślę, że gdybym nie była nastawiona na to, że idę na ciacho i kawę, które kojarzą mi się raczej z kawiarnianym klimatem, mogłabym odnieść nieco inne wrażenie. Myślę, że Restauracja Szczecin byłaby dobrym miejscem np. na wesele.
Co do samego deseru. Do wyboru mieliśmy kawę, herbatę lub grzane wino oraz sernik, szarlotkę i jabłecznik. Oboje zamówiliśmy kawę - K. mrożoną, ja cappucino. K. nie przepada za ciastami, a owoców w ciastach po prostu nie toleruje, wybrał więc sernik, ja zdecydowałam się na szarlotkę na ciepło z lodami. Nie mogę powiedzieć, żeby był to deser wybitny i wyjątkowy. Wybór kaw i herbat był mały (stąd kawa), a szarlotka była przeciętna. I tu znów stwierdzę, że może gdybym zamawiała obiad, a nie deser, to lokal wypadłby lepiej, a tak... jest w Szczecinie kilka miejsc, gdzie podają zdecydowanie lepsze desery. Niemniej jednak, jak każde wyjście z K., tak i to dostarczyło mi wiele radości.
Ostatnie dwa
tygodnie były dla mnie obfite w niesamowite, niezapomniane wydarzenia. To, jak
miałam zaplanowane dwa ostatnie weekendy doskonale umiliło mi ciężką końcówkę semestru,
które nigdy nie są łatwe. Ale oceny już wystawione, ja mam ferie i siedzę
szczęśliwa we Wrocławiu, mam czas, aby wszystko Wam opisać.
Zacznę od tego,
że jestem ogromną fanką kunsztu filmowego Quentina Tarantino. Uwielbiam zarówno
filmy w jego reżyserii, jak i ze scenariuszem jego autorstwa. Jakie więc było
moje szczęście, kiedy na stronie Multikina zobaczyłam informację, że w nocy
18-19 stycznia odbędzie się w Multikinach w całej Polsce „Tarantinoc” z
premierowym pokazem „Django”. Od razu napisałam do mojej przyjaciółki ze
Szczecina z równie nieprzeciętnym gustem, czy nie miałaby ochoty na spędzenie
całej nocy w sali kinowej. Nana naturalnie się zgodziła, więc z
niecierpliwością oczekiwałyśmy na tę noc. W międzyczasie do naszych planów
doszła premiera w Teatrze Współczesnym, w którym pracuje tata mojej
przyjaciółki, więc piątek miałyśmy zaplanowany niemal co do minuty.
Wystrojone w
sukienki, chwiejąc się na wysokich butach (ja miałam 13cm, Nana 15cm)
ruszyłyśmy do teatru. Ciekawym doświadczeniem było zobaczyć, jak to wszystko
wygląda od wewnątrz: wejść tylnym wejściem, zobaczyć garderoby, poznać aktorów,
zobaczyć ich zachowanie przed premierą… Wreszcie nadeszła godzina 19 i
ruszyłyśmy ciemnymi kulisami na widownie. Trafiło nam się miejsce w najpierwszym
rzędzie, więc miałyśmy doskonały widok na scenę.
Sam spektakl „Kaligula”
nie należał do lekkich. Łatwo było się pogubić czy nie zrozumieć jakiejś
kwestii. Był również bardzo odważny, nie brakowało golizny i kontrowersyjnych
scen (tu porozumiewawczy ukłon w stronę Nany :D). Po przedstawieniu dosłownie
na chwilkę poszłyśmy na bankiet, żeby po pół godziny wrócić do garderoby,
przebrać sukienki na ubrania „cywilne”, a wysokie buty na trampki. Potem
biegiem do szczecińskiego Galaxy, szybkie zakupy spożywcze na całą noc i znów
na salę widowiskową, tym razem w kinie.
Maraton
rozpoczynał się premierowym pokazem nowego filmu „Django” (kolejność
wyświetlania filmów była ustalana przez internautów). Co tu dużo pisać… film
jest doskonałym zwieńczeniem kariery reżysera, jest to bowiem ponoć ostatni
przed „Kill Bill 3” film Quentina. Zastosowano klamrę, wrzucając na początku i
na końcu bardzo krwawe sceny, które są – obok muzyki – znakiem rozpoznawczym
tworów Tarantino, w środek natomiast wrzucono porywającą fabułę. Nie zabrakło
również subtelnego love story, którego mi nie było np. w Kill Bill’ach. Dla
mnie film na „10”, Nana była jedynie zawiedziona brakiem miecza samurajskiego.
Cóż, w klimat westernu sprzed wojny secesyjnej trudno było by wcisnąć japońską
broń. To, co mnie zawiodło, to wygląd Quentina, który wcielił się w jedną z drugoplanowych ról - bardzo przytył :( Natomiast Leonardo Dicaprio już nie jest mdłym młodzieniaszkiem z "Titanica", a dojrzałym, utalentowanym aktorem. Świetną rolę zagrał również Samuel L. Jackson.
Następnymi
wyświetlanymi filmami były fenomenalne „Pulp Fiction”, „Kill Bill” i Kill Bill
2”. Jako że mam tendencje do szybkiego zapominania treści dobrych filmów, aby
móc je oglądać kilkakrotnie, chętnie zobaczyłam powyższe pozycje po raz n-ty i
to na wielkim ekranie. Seans jednak trwał od 22 do 8, więc na Kill Bill’ach
oczy otwierałam już tylko na moje ulubione momenty. Mogłam sobie na to
pozwolić, bo całkiem niedawno widziałam rozszerzone o dodatkowe i wycięte sceny
połączenie obu części w „Kill Bill: The whole bloody affair”.
Z kina wyszłyśmy
raniutko, wymęczone, ale szczęśliwie. W drodze powrotnej zastanawiałyśmy się,
co ci wszyscy ludzie robią o tej porze w sobotę w mieście. „Wracają z seansu…” –
nasuwała się odpowiedź.
A w ubiegłą
sobotę miałam okazję bawić się na studniówce tegorocznych trzebiatowskich
maturzystów, zostałam bowiem zaproszona na nią przez znajomego z trzeciej
klasy. Odstawiona w planowaną z Chudą od dwóch miesięcy kreację zatańczyłam
poloneza w Dworku Nad Regą. Potem czekało mnie kilka godzin doskonałej zabawy.
Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do zespołu, jednak odrzuciłam wszelkie
uprzedzenia, gdy zagrał „Cykady na Cykladach” Maanamu, przy których musiałam ściągnąć
długie kolczyki, bo obijały mi się o szyję.
Miałam też obawy
związane z wysokimi butami. I faktycznie – po kilku godzinach zaczęły mnie
boleć stopy, przez kilka utworów tańczyłam na boso, ale później bawiłam się tak
doskonale, że już wszystko było mi obojętne, więc wróciłam do obcasów.
Musiałam wracać
do domu trochę czasu przed końcem imprezy, ale to może nawet dobrze, bo gdy
wychodziłam wyglądało na to, że atmosfera już się sypie. O godzinie 5 rano tata
odwiózł mnie do domu, przespałam się godzinkę i musiałam wstawać, żeby się wykąpać,
wysuszyć i ruszać dalej… czyli do Wrocławia. Podróż minęła mi szczęśliwie i
wracamy do punktu wyjścia – siedzę szczęśliwa w – moim zdaniem –
najpiękniejszym polskim mieście. Ale o tym innym razem :)