Do obejrzenia „Wielkiego Gatsby’ego” przymierzałyśmy się od
chwili jego premiery. Chudą interesowała epoka, mnie Leonardo Di Caprio w roli
Gatsby’ego. Książkę przeczytałam wiele lat temu i wówczas zrobiła na mnie
ogromne wrażenie. Do końca wierzyłam, że Gatsby’emu się uda. Teraz byłam
ciekawa przeniesienia świetnej powieści na duży ekran.
Dla lepszego odbioru przygotowałyśmy z Chudą grzane śliwkowe
wino z korzeniami i miodem oraz ulubione przez nas pieczone jabłka. Tak
wyposażone usiadłyśmy przed ekranem.
Film nam się podobał. Barwne kreacje, zaskakująca muzyka,
efektowne zdjęcia i świetna gra aktorska sprawiły, że spędziłyśmy przyjemny
wieczór.
Na bieżąco komentowałyśmy poszczególne elementy wystroju wnętrz,
zwłaszcza nowojorskiego mieszkania, kolejnych zaskakujących sukni, w których na
występowały panie pojawiające się na imprezach u Gatsby’ego ( śmiałyśmy się, że
Chuda powinna obejrzeć film przed sylwestrem, gdyż bawiła się konwencji „Lata
dwudzieste,lata trzydzieste”) Podobały nam się zdjęcia. I tylko żałowałyśmy, że
jednak nie zdecydowałyśmy się na wizytę w kinie 3D, gdyż prawdopodobnie wyszłybyśmy
oczarowane panoramą Nowego Jorku, migotliwej sali balowej czy ponurych przemieść.
Di Caprio w roli tajemniczego Gatsby’ego, człowieka z nikąd,
opętanego swoim marzeniem, był dosyć przekonujący, choć ja jakoś inaczej
wyobrażałam sobie tę postać, gdy czytałam książkę.
Obie z Chudą zauważyłyśmy jednak, że aktor dorósł i staje
się coraz bardziej interesujący. Nie jest już młodym chłopcem, jakiego
pamiętamy z „Tytanica”, a jednak pozostała w nim jakaś młodzieńcza radość
życia, dzięki czemu jego Gatsby jest wiarygodny- spod maski człowieka interesu,
zblazowane bogacza, wychyla się zakompleksiony biedny chłopiec z prowincji.
Podejrzewam, że na kolejny film z Di Caprio też się wybiorę
albo przynajmniej obejrzę go w towarzystwie moich dziewczyn.