Ze względu na pewne zawirowania osobiste mało mnie ostatnio było i cały ciężar prowadzenia bloga spadł na Mamę. Ale spokojnie, powoli wychodzę na prostą. Właściwie dość krętą prostą - jak w tytule wpisu - zaczynam żyć pełnią życia, w związku z czym do końca roku skończyły mi się już weekendy. Dziś będzie o tym ostatnim - długim weekendzie z 11 listopada, który spędziłam we Wrocławiu u Marzenki. Cóż, ze względu na specyfikę mojej pracy długi weekend mam co tydzień, więc wolny piątek nie był dla mnie niczym nadzwyczajnym. Ale weekend to weekend, a jak wiadomo - siedzenie w domu zabija. Wobec tego już od jakiegoś czasu zaplanowane było, że wsiadam w pociąg i przyjeżdżam. Plany na ten czas klarowały się powoli - pewne było spotkanie z Natalką i wieczorne wyjście do klubu. W międzyczasie znajomy zaproponował nietypowy teatr, a do kin wszedł "Doktor Strange" Marvela.