poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Dla dobrego jedzenia i dobrych ludzi

Wrocławski Bazar Smakoszy to cykliczne wydarzenie, które odwiedziłyśmy z Marzenką już drugi raz odkąd jestem we Wrocławiu. Niesamowicie klimatyczny Browar Mieszczański gości kulinarnych wystawców dwa razy w tygodniu - w środy i niedziele. Dotychczas dwukrotnie załapałyśmy się na niedzielną edycję, ale w planach mamy zobaczyć także, jak całość wygląda w środy. 


Czym jest Bazar? Dokładnie tym, co w nazwie. Kilkunastu wystawców oferuje swoje produkty i wyroby. Począwszy od świeżych warzyw, po które ustawia się długa kolejka - co nie dziwi, gdy tylko zerknie się na niektóre okazy wyglądające, jak dopiero wykopane z ogrodu. Poprzez stoiska z przyprawami, produktami regionalnymi, na gotowych potrawach z kilku zakątków świata skończywszy. 

Poprzednio naszym głównym celem były buły od B-A-O, spróbowałyśmy także krążków z kalmarów, przysmaków kuchni ukraińskiej oraz lemoniady arbuzowej.
Tym razem nastawione byłyśmy raczej na słodycze. I tak na samym wstępie (tuż po wejściu do hali browaru) natknęłyśmy się na stoisko Kolosanki, od którego rozpoczęłyśmy jedzenie. Marzenka tartę cytrynową, ja oreo. Strzał w 10 - było tak pysznie, że niemal się rozpłynęłyśmy nad naszymi kawałkami ciasta. Zaraz jednak ruszyłyśmy dalej. Jakieś 1,5 m. Bo na kolejnym stanowisku rozstawiona była Kakaszka, czyli babeczki z kaszy jaglanej. Tym razem wybrałyśmy coś wytrawnego - moja siostra babeczkę z buraczanym pesto, ja z pieczonymi batatami. Ciekawy smak, fajna przekąska. W czasie degustacji ciasta dostałyśmy zaproszenie do stoiska z produktami greckimi, jego właściciel (Grek ze Zgorzelca) stwierdził, ze skoro jedzenie przynosi nam tyyyyle przyjemności (wypisanej na twarzy), to koniecznie musi poczęstować nas swoimi specjałami. I tak spróbowałyśmy pasty z bakłażanów, ciekawej wersji tzatzików, oliwek... Wiedziałyśmy, że za chwilę wrócimy, jak tylko przemyślimy, które smaki odpowiadały nam najbardziej. 


Zanim jednak przystapiłyśmy do zakupów "na później" zahaczyłyśmy jeszcze o stoisko z kuchnią orientalną i śródziemnomorską, gdzie skusiłyśmy się na kolejne desery - Mango Lassi z jogurtem i włoskie Semifreddo - oba dość orzeźwiające mimo wyraźnej słodyczy. Po tylu dobrociach musiałyśmy na chwilę usiąść i porozkoszować się urokiem przestrzeni, której nadano nowy sens. Obserowałyśmy czarnego kota przechadzającego się pomiędzy odwiedzającymi bazar, winogronom rozpiętym na kratownicy nad wejściem do jednego z bocznych pawilonów, dzieciom na placu zabaw. 

Po krótkiej przerwie wróciłyśmy na zakupy - zaczęłyśmy od przypraw (Przyprawy Gwiazdeczka), które zachwyciły nas już poprzednim razem - duży wybór i bardzo przystępne ceny. Ostatnio obeszłam się widokami i zapachami, dziś wróciłam do domu z cukrem z wanilią, suszonymi pomidorami, oraz cynamonem - mielonym i w całości. Następnie skierowałyśmy kroki do greckiego stoiska, gdzie Marzka zdecydowała się na czarne oliwki z pestką, a ja na obie próbowane wcześniej pasty. W drodze do wyjścia zahaczyłyśmy jeszcze o dwa stoiska - portugalskie, gdzie spróbowałyśmy tamtejszych babeczek oraz wegańskie, gdzie skusiłam się na pierożek samosa. 

Po wyjściu z hali kupiłyśmy jeszcze po kubku Matchy. Marza z mlekiem, ja na wodzie. Znów chwilę spędziłyśmy na ławeczce z palet kontemplując widok. 
W czasie powrotu do domu żywo dyskutowałyśmy o tym wydarzeniu i wówczas moja siostra rzuciła stwierdzeniem, że dla takich momentów właśnie się żyje: Dla dobrego jedzenia i dobrych ludzi. 

Jakby ktoś miał wątpliwości - na rowerze jeździ się, żeby można było jeść to dobre jedzenie bez wyrzutów sumienia. ;) 

2 komentarze:

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ostatnio miałam okazję popróbować "watruszek", słodkich bułeczek drożdżowych z jeżynami na Ukrainie, a na bazarze w Samborze największym powodzeniem cieszyła się wśród kobiet góra z usypanych w torebkach różnych przypraw, za 10 hrywien można było wybrać dowolne trzy; kotłowało się tam rano, i po popołudniu:-)
Lubię kuchnie regionalne, każda ma jakiś ciekawy specjał, no i podobają mi się takie inicjatywy, jak ta wrocławska, gdzie spotyka się tyle smaków i można wybierać do woli bez ruszania w daleką podróż; pozdrawiam serdecznie.

Krzysztof Gdula pisze...

Maria ma rację: tyle smaków w jednym miejscu jest super pomysłem. Waszym i właścicieli.
Narobiłaś mi smaku że… głodny się zrobiłem.
Ciekawa myśl: jeździ się rowerem żeby później móc zjeść apetyczne dobroci… :-)