Ostatniego dnia naszej rugijskiej przygody miałyśmy zaplanowana tylko jedną atrakcję, a mianowicie Bałtycki Park Miniatur. Nim tam jednak dotarłyśmy przejechałyśmy trasę spod Wolgast do Świnoujścia. Nie obyło się bez pamiątkowej fotki na przejściu granicznym oraz słodkościach na świnoujskim deptaku ( przy czym w kawiarni stawiłyśmy się punktualnie w godzinę otwarcia- o 10.00) Po poinformowaniu bliskich, że mamy już kontakt ze światem i jesteśmy w Polsce ruszyłyśmy do Międzyzdrojów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą park miniatur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą park miniatur. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
środa, 17 sierpnia 2016
Blondynki na Rugii część pierwsza
Gdy dwa lata temu zahaczyłyśmy o południowy skrawek Rugii, wiedziałyśmy, że wrócimy na wyspę. Początkowo tegoroczny plan zakładał Green Velo, ale jakieś ulotne wspomnienie zmusiło nas do zmiany planów i powrót na Rugię. Pakowanie przebiegło perfekcyjnie, zgodnie z listą stworzoną rok temu. Różnica polegała na zamianie zbędnej elektroniki, czyli kamerki go pro (zawieruszyłam gdzieś dodatkowe baterie- potem okazało się, że woziłam je cały czas ze sobą) i tabletu na dwa dodatkowe powerbanki ładowane słońcem oraz wymiana "cywilek" na jeszcze jeden komplet rowerowy. Tym razem miałyśmy wszystkie niezbędne rzeczy i niczego nie zapomniałyśmy.poniedziałek, 14 lipca 2014
Ogród Japoński i Kraina Miniatur
W ramach Dnia Dziecka dostałam od Rudej groupon dla dwóch
osób do Krainy Miniatur. Wiedziałam, że mojego M. tam nie wyciągnę, bo to leniwa
klucha jest i miałam obawy, że nie będę miała z kim wykorzystać kuponu. Na
ratunek przybyła mi koleżanka, która w czasie wakacyjnych wojaży miała
siedmiogodzinną (sic!) przesiadkę we Wrocławiu i bardzo chciała zobaczyć
sąsiadujący z Parkiem Miniatur Ogród Japoński. Po jej przyjeździe wsiadłyśmy
więc w autobus na Wielką Wyspę i wysiadłyśmy przy Hali Stulecia.
Na pierwszy ogień poszedł Ogród Japoński. Bilety całe 4 zł i ulgowe – 2 zł. Cena zdecydowanie odpowiadająca ilości atrakcji. Ogród niestety jest niewielki. Spodziewałam się trochę więcej obiektów odpowiednich do klimatu. Do ogrodu wchodzimy przez bramę i przechodzimy obok kaplicy, obie w klimacie orientalnym. Większość obszaru ogrodu zajmuje jezioro, które możemy przekroczyć dwoma mostkami. To, co wywarło na mnie najgorsze wrażenie to woda w jeziorze. Japonia kojarzy nam się z pedanterią. W filmach i anime tego typu jeziora były krystalicznie czyste. Nie wiem, na ile był to rzeczywisty obraz, ale nie popadajmy ze skrajności w skrajność. Woda w jeziorku we wrocławskim Parku Japońskim jest brązowa, zamulona, przy brzegach osiada się syf.
Na pierwszy ogień poszedł Ogród Japoński. Bilety całe 4 zł i ulgowe – 2 zł. Cena zdecydowanie odpowiadająca ilości atrakcji. Ogród niestety jest niewielki. Spodziewałam się trochę więcej obiektów odpowiednich do klimatu. Do ogrodu wchodzimy przez bramę i przechodzimy obok kaplicy, obie w klimacie orientalnym. Większość obszaru ogrodu zajmuje jezioro, które możemy przekroczyć dwoma mostkami. To, co wywarło na mnie najgorsze wrażenie to woda w jeziorze. Japonia kojarzy nam się z pedanterią. W filmach i anime tego typu jeziora były krystalicznie czyste. Nie wiem, na ile był to rzeczywisty obraz, ale nie popadajmy ze skrajności w skrajność. Woda w jeziorku we wrocławskim Parku Japońskim jest brązowa, zamulona, przy brzegach osiada się syf.
Nie skupiajmy się jednak na wadach. Bardzo przypadła mi do
gustu możliwość przejścia po kamieniach, z których utworzono ścieżkę na wodzie.
Pozostałe ścieżki też przemierza się z przyjemnością dzięki otaczającej nas
zróżnicowanej florze. Wśród prawdziwych japońskich roślin znajdziemy też kilka „naszych”,
jednak postarano się żeby całość oddawała orientalny klimat. Również o faunę zadbano. Jeśli się dobrze
przyjrzymy, w jeziorku pływa pełno czerwonych, błyszczących rybek. Jeśli mamy
szczęście, pokażą nam się również wielkie karpie.
Podsumowując: Ogród Japoński na pewno warto odwiedzić, gdyż
cena biletu jest niewielka. Nie spodziewajmy się jednak za wiele, bo możemy się
zawieść.
Po zwiedzeniu pierwszego parku usiadłyśmy przed fontanną na
Hali Sulecia albo odpocząć i poczekać na pokaz o pełnej godzinie. Obejrzałyśmy
niedługo taniec strumieni wody i ruszyłyśmy dalej.
Przed wejściem do parku miniatur nie spotkałyśmy nikogo,
pomimo, że był on widocznie otwarty. Jako że bilety miałyśmy już opłacone,
zdecydowałyśmy się wejść, a kupon okazać przy wyjściu.
Pierwszy w oczy rzuca się Kościół Mariacki z Krakowa. Po za
nim zobaczymy między innymi miniatury latarni morskiej z Kołobrzegu (chociaż
lepszą znajdziemy w niechorskim parku miniatur latarni morskich), Sejmu RP,
Dworca Głównego we Wrocławiu i kilku zabytków województwa dolnośląskiego.
Największym zaskoczeniem Krainy Miniatur są… ogromny stół i krzesła, oraz buty
olbrzyma. Podejrzewam, że cieszą się dużą popularnością wśród dzieci. I my nie
odmówiłyśmy sobie zdjęcia przy nich.
Ze wszystkich miniatur najbardziej podobała mi się ta
wrocławskiego dworca, pewnie dlatego, że bardzo podoba mi się sam budynek.
Koleżanka natomiast wydawała się zafascynowana małymi ludzikami postawionymi
przy każdym budynku.
Krainę Miniatur również warto odwiedzić szczególnie z
dziećmi, zwłaszcza, że tuż obok jest jeszcze Dinopark, nie wspominając już o
sąsiadującym ZOO.
Przypominam o blogowym konkursie. Jak wspomniała Ruda, zaczęłam bawić się w haft sutaszowy. Oto pierwsze efekty moich starań:
Przypominam o blogowym konkursie. Jak wspomniała Ruda, zaczęłam bawić się w haft sutaszowy. Oto pierwsze efekty moich starań:
niedziela, 8 września 2013
Co zobaczyłyśmy w Dziwnowie?
Gdzieś na początku września w moje ręce wpadła ulotka, na
niej latarnie morskie. Nie zwróciłam na nią większej uwagi, gdyż wydawało mi
się, że chodzi o Park Miniatur Latarń Morskich w Niechorzu. Jednak po chwili
mój wzrok przykuły znajdujące się na ulotce miniaturowe pociągi. Wtedy okazało
się, ze ulotka reklamuje zupełnie inny park miniatur, znajdujący się w
Dziwnowie. Stwierdziłam, że należy się tam wybrać, gdy tylko nadarzy się
okazja. No i ta znalazła się bardzo szybko- z Chudą szukałyśmy wystarczająco długiej
trasy, by potrenować przed maratonem w Świnoujściu.
Pogoda na wycieczkę rowerową była wymarzona (przynajmniej na
początku) . Już około jedenastej byłyśmy w Dziwnowie. Zgodnie z wskazówkami
zawartymi na ulotce przejechałyśmy przez most, a za nim skręciłyśmy w lewo.
Naszym oczom ukazał się Nadmorski Park Miniatur i Kolejek.
Po zakupieniu biletów (12 zł –ulgowy i 14 zł-normalny)
znalazłyśmy się wśród latarń morskich. Przy kasie zaproponowano nam
skorzystanie z usług przewodnika ( w cenie biletu). Jednak mnie bardziej
zależało na tym, aby jeszcze raz przypomnieć sobie swoją zeszłoroczną wyprawę i
opowiedzieć o niej Chudej. Zaraz na początku zauważyłam, że latarnie nie są
ułożone zgodnie z rozmieszczeniem geograficznym- Ustkę zamieniono miejscami z
Darłowem. Trzeba przyznać, że młody przewodnik ze skruchą przyznał, iż mam
rację, bo się budowlańcom pomyliło. Część latarń ukryto za stojącym na terenie
parku budynkiem gospodarczym, co zaburzało zwiedzanie.
Pośrodku parku umieszczono miniaturowe tory kolejowe ze
stacją, mostami i wiaduktami. Po torach jeżdżą równie miniaturowe pociągi. Kolejka
cieszyła się ogromnym zainteresowaniem dzieciaków biegających po parku. Dla
dzieci przygotowano także nieduży plac zabaw. Po zwiedzaniu można wypić kawę
czy herbatę, a także zjeść lody, a nawet gofry ( no nam się nie udało).
W sumie miejsce ciekawe, warto zajrzeć tam, będąc w okolicy. Mnie
jednak bardziej przekonuje park w Niechorzu, ze względu na bardziej
uporządkowaną ekspozycję.
Na minutę prze 12.00 znalazłyśmy się z powrotem na moście w
Dziwnowie ( godzina jest tu wyjątkowo ważna- most jest zwodzony, a nam udało
się przejechać przed podniesieniem go) Pół godziny później zameldowałyśmy się w
Pobierowie, gdzie byłyśmy umówione ze znajomymi w restauracji „Lemon”.
Koleżanka zachwalała podawana tu zupę rybna i postanowiłyśmy z tej propozycji
skorzystać- warto było- w zupie pływały wielki kawałki łososia i dorsza.
Pychota.
Teraz pozostało nam już tylko dojechać do Trzebiatowa, co jednak
wcale nie było takie łatwe ze względu na ilość pochłoniętej przez nas zupy i
wiatru, który złośliwie wiał prosto w twarz.
Do domu dojechałyśmy … głodne od zmagania się z pogodą.
Zatem przygotowałyśmy sobie kolację na miarę naszych marzeń i zasiadłyśmy do
stołu, podsumowując dzień.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















