Klasyk Radkowski to jeden z tych maratonow na które czeka się z niecierpliwością, ale też niepewnością i lękiem. Nie inaczej było i w tym roku. Obie z Chudą ambitnie zapisałyśmy się na dystans giga liczący 200 km z przewyższeniami prawie 4000 m. (profil trasy)
Do Radkowa dojechałyśmy późnym popołudniem, po wielogodzinnej jeździe naszymi drogami w budowie.Upał, korki, przestoje, dziury, wykopy, czyli wszystko, czego można się spodziewać polskich drogach mocno nas wyczerpało. Przed 18 stawiłyśmy się w miejscu noclegu. Tym razem zakwaterowanie miałyśmy w pensjonacie "Czarodziejski Młyn", gdzie przemiła właścicielka proponwała też wyżywienie. W czasie, gdy pałaszowałyśmy obiado-kolację nadjechał Krzyś. Dzięki temu na odprawę techniczną poszliśmy wspólnie. W bazie maratonu panował już ożywiony ruch i radosna atmosfera, którą tak bardzo lubimy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Radków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Radków. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 23 maja 2017
poniedziałek, 23 maja 2016
VII Klasyk Radkowski
czwartek, 21 maja 2015
Góry- strażnicy drogi. Klasyk Radkowski 2015
190 km, 11 godzina jazdy... z asfaltu wyrastają góry, skalne bloki sięgające nieba. Monumentalne, niewzruszone, piękne. Strażnicy drogi. Mojej drogi. do mety zostało zaledwie kilka kilometrów, a ja dopiero teraz wiem, jaki tytuł nadam wpisowi. Przez ponad 10 godzin chłonęłam pejzaże, zapachy, emocje, ale dopiero te wypiętrzone nad asfaltem skały, które przecież widziałam tego dnia trzeci raz ustawiły moje myślenie o dzisiejszej drodze.
Za chwilę przejadę metę, uniosę ręce w geście zwycięzcy, bo choć dojadę do mety prawie ostatnia, to przecież jestem zwycięzcą...
wtorek, 27 maja 2014
Burzowe Góry Stołowe
Tablica z napisem Radków nas ucieszyła, bo choć nie byłyśmy
wymęczone podróżą , to chciałyśmy już poczuć tę niezwykłą maratonową atmosferę.
W bazie maratonu nie było wielkiego tłoku, ale ożywiony ruch wskazywał, że
trafiłyśmy na miejsce. Zaraz na początku dowiedziałyśmy się, że zamówione przez
nas noclegi znajdują się na terenie bazy, więc blisko
będzie do startu, a potem z mety pod prysznic. Przywitałyśmy się serdecznie ze
znajomymi, zrobiły zakupy w najbliższym sklepie i rozlokowały w pokoju. Zaczęłyśmy od przemeblowania, bo w niewielkim pokoiku z trudem mieściły się nasze rowery oraz bałagan, który wokół siebie robimy. Nie oczekiwałyśmy luksusów, bo cena noclegu była podejrzanie niska, więc z radością przyjęłyśmy wiadomość, że w pokoju jest umywalka i prysznic, a w ogólnodostępnej kuchni można znaleźć nie tylko czajnik i lodówkę, ale także podstawowe naczynia. Po podzieleniu się pierwszymi spostrzeżeniami ułożyłyśmy się do snu. Wieczorne chmury zwiastowały
kiepską pogodę…
Obudziłam się o poranku… góry skąpane były w blasku
wschodzącego słońca, więc pojawiła się nadzieja na znośną aurę. Jednak im
bliżej było godziny startu, ta nadzieja nikła… aż znikła całkiem z pierwszymi
kroplami deszczu. Wtedy jeszcze nie
wiedziałyśmy, że deszcz będzie tylko drobnym urozmaiceniem trasy.
Chuda i Gui starowały na dystansie 65 km, więc pożegnałyśmy
się przed moim startem. O 8.28 ruszyłam na spotkanie z Górami Stołowymi. Przed sobą miałam dwa okrążenia. Tym razem założyłam, że na pierwszym kółku obejrzę dziury w asfalcie i się ich nauczę, aby na drugim móc podziwiać piękno krajobrazu. Ruszyłam więc szybko i zaczepiłam się "na koło". Ledwo zarejestrowałam renesansowe ruiny zamku w Ratnie, w Wambierzycach nie miałam czasu na podziwianie najpiękniejszej barokowej świątyni w Polsce, bo akurat wlazł mi pieszy pod koło. Na pierwszym podjeździe zaczęłam wyprzedzać pierwszych rowerzystów. I tak przez następne kilometry ja mijałam ludzi na podjazdach, a oni mnie na zjazdach. Lubię podjazdy, a zjazdów się boję, zwłaszcza na mokrej dziurawej nawierzchni. A asfalt chwilami był tylko z nazwy...
Wokół mnie piętrzyły się góry. Tu i ówdzie wyrastała skała. Podziwiałam las wrastający w kamienie, świerki otulające korzeniami ogromne głazy lub przytulone do strzelistych bloków skalnych.
Nim się obejrzałam, miałam przed sobą najpierw Błędne Skały, a potem Szczeliniec w całym swoim dostojeństwie i majestacie. Na moment wyszło nawet słońce, więc rozkoszowałam się urokliwym pięknem. W Karłowie mignął mi dach domu , obok którego 26 lat wcześniej, zaraz po maturze (miałam tyle lat, co Gui teraz) rozłożyłyśmy z koleżanką i siostrą swój namiot. Pogoda też była podobna- mokro i zimno. Z trudem rozpaliłam niewielkie ognisko, by ugotować coś ciepłego. Do dziś zaskakuje mnie świadomość, jakim zaufaniem darzył mnie mój ojciec, skoro powierzył swojej ledwo dorosłej córce o 6 lat młodszą siostrę.Tamto lato pozostało niezapomnianą przygodą. Nie miałam czasu na dalsze wspomnienia, bo oto rozpoczął się ostatni na tej pętli szaleńczy zjazd. Trudno opisać radość jaka towarzyszyła mi, gdy uświadomiłam sobie, że to nie koniec trasy, a dopiero połowa. Pogoda zdawała się coraz ładniejsza. Zdjęłam bluzę z długim rękawem i pełna optymizmu ruszyłam na drugie okrążenie- teraz przecież miałam podziwiać widoczki...I od podziwiania zaczęłam- tym razem dokładnie obejrzałam zamek w Ratnie i bazylikę w Wambierzycach. Na drodze byłam już sama. Wszyscy, którzy mieli mnie wyprzedzić, już to zrobili, a szanse na ich dogonienie były znikome. Ci, których ja wyprzedziłam też pozostali dawno w tyle. Wiedziałam też, że na pierwszych gigantów na trzecim kółku muszę jeszcze poczekać. Ze zdziwieniem więc przyjęłam obecność kogoś przede mną- na podjeździe dojechałam koleżankę, która uprzednio mi odjechała na zjeździe. Przez kilka kilometrów jechałyśmy wspólnie, zamieniając nieliczne uwagi o drodze, pogodzie, górach. Potem znów zostałam sama.
Uwielbiam te godziny samotności, kilometry rozmów ze sobą, uspokojenia, wyciszenia, wyczyszczenia i wypłukania emocji, gdy powoli łapiesz się, że oto już nie masz myśli. Ty i rower stajecie się jednością, jednostajnym ruchem nogi, korby, ręki, kierownicy. Jeżeli coś odczuwasz, to jest to najwyżej ból- ból ramienia i łańcucha, palców zaciśniętych na hamulcach i zdzieranych klocków hamulcowych... I nagle ... huknęło i gruchnęło... Nie wiadomo skąd, zza której góry nadciągnęła sina, ciężka od wody burzowa chmura.Jeszcze przez chwilę łudziłam się nadzieją, ze ominie mnie, okrąży i pójdzie dalej, chyba nawet coś o tej swojej nadziei napomknęłam Bogu. Tego dnia miałam jednak zmoknąć i zmarznąć.Lunęło, zaczęło się błyskać, piorun uderzył w szczyt pobliskiej góry. Przeraziłam się. Droga zamieniła się w rwący potok. Już nie było widać dziur i różowych obmalowań tychże. Przed sobą i za sobą miałam ściany wody. Jedynym pocieszeniem był brak wiatru.
Jechałam szybko, na tyle szybko, na ile pozwalały mi strugi płynące szosą, powoli traciłam czucie w palcach.
Na punkt żywieniowy dojechałam z skostniałymi, pozbawionymi czucia dłońmi. Prawie zapomniałam, że przecież jestem głodna. Musiałam wyglądać strasznie, bo zajęto się mną troskliwie. Bardzo troskliwie. Dostałam koc, rozmasowano moje palce, nakarmiono drożdżówką i bananami. Ba, chciano mnie nawet dotransportować do mety. No ale przecież nie po to ruszyłam na drugie kółko, by się wycofać na 20 km przed finiszem. W głowie kołatało mi się pytanie, czy dziewczyny dotarły do mety i czy Chudej nie strzeliło do głowy zwiększenie dystansu.
Przed Kudowę przejechałam bezproblemowo, podjazd do Karłowa też jakoś specjalnie mnie nie zmęczył. Jedynie palce odmawiały mi posłuszeństwa i coraz trudniej zmieniałam przerzutki. Dopiero teraz pojawili się pierwsi Giganci... a po chwili zobaczyłam kolejną z moich koleżanek. Jej widok bardzo mnie ucieszył, wspólnie pięłyśmy się pod ostatnią górkę i mamrotały: "ja chcę do domu". Tradycyjnie na zjeździe zostałam sama. Ale to było ostatnie 10 km- i całe szczęście, bo wyciągnęły mi się linki hamulcowe.
Na mecie znalazłam się po 7 godzinach od startu. zmarznięta, skostniała, sina i niewymownie szczęśliwa.
Dziewczyny pomogły mi się zebrać, zabrały mnie do pokoju i wstawiły pod prysznic.
Gorąca czekolada postawiła mnie na nogi ( jak cudownie czułam się taka otoczona troską i staraniem moich córek).
Do wieczora siedziałyśmy pod namiotami, śmiejąc się, dowcipkując, wymieniając wrażeniami z trasy. Zjadłyśmy przepyszny obiad, dostałyśmy nawet dokładkę i robiło się coraz bardziej błogo, swojsko i gwarno.
Niestety nadciągała kolejna ulewa, więc organizatorzy przyspieszyli ceremonię zakończenia, po której maratończycy zaczęli się rozjeżdżać i tylko my siedziałyśmy nadal przyglądając się kroplom deszczu, aż w końcu zabrano nam ławki i stół... Może i lepiej, bo przecież należało położyć się spać.
A w niedzielę powitała nas poranna mgła. Trochę było mi żal, że nie zobaczę gór. Z mgłami jednak czasami tak jest, że się podnoszą. Przed 9.00 rozpogodziło się i mogłyśmy jeszcze na pożegnanie spojrzeć na porośnięte lasem wzgórza i posłuchać ostatnich opowieści organizatora.
Podróż powrotna niewiele różniła się od dojazdu- była równie ekscytująca i przyjemna. Tym przyjemniejsza, że Gui przyjechała ze mną do domu.
Czy chciałabym jeszcze coś dodać? Może , że czym trudniej, tym piękniejsze są potem wspomnienia... I jeszcze, że dziękuję wszystkim , z którymi na trasie spotkałam się chociaż przez chwilę... i tym, którzy się o mnie troszczyli....
A na zakończenie zaproponować, by w opisie maratonu na stałe umieścić atrakcje typu kąpiele błotne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
