Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 lipca 2021

Karkonosze i Izerskie, czyli jak być w górach i ich nie zobaczyć

 


Po górach można chodzić różnie. Można wybierać się na krótkie wypady, spacerować po ścieżkach, zdobywać szczyty. Można też wziąć do ręki mapę, wyznaczyć dwa przeciwległe punkty i powiedzieć sobie: tak przejdę. Na raz całą mapę. Czy się da? A pewnie!

czwartek, 25 lipca 2019

Mała M. zdobywa Wysoką Kopę, czyli Góry Izerskie z niemowlakiem cz. 2


Biała i różowa naparstnica.
Gdy byłam nastolatką marzyłam, że kiedyś zdobędę Koronę Gór Polskich albo przynajmniej przejdę w ciągu jednej wyprawy całe Beskidy, albo całe Sudety. Tak, wiem, od zawsze miałam ekstremalne marzenia. W efekcie weszłam na wszystkie latarnie morskie polskiego Wybrzeża, a z Korony Gór Polskich widziałam dokładnie połowę, zarówno w Sudetach, jak i w Beskidach. Dlaczego o tym wspominam? Bo moja śliczna wnuczka, Mała M. , właśnie rozpoczęła swoją przygodę z Koroną. Ale od początku.

wtorek, 23 lipca 2019

Szlakiem budowli hydrologicznych na Bobrze czyli góry z niemowlakiem.

Gui zafascynowana zaporą w Pilchowicach

O ile plan na środę był prosty i zrealizowany z nawiązka, o tyle czwartkowe pomysły zaczęły nam się rozjeżdżać zaraz na początku. Pierwotnie zakładałyśmy wycieczkę rowerową, jednak Gui po pierwsze bała się, że będzie zbyt zmęczona przed kulminacyjną wyprawą, jaką wymyśliłyśmy na piątek, a po drugie okazało się, że części przyczepki sąsiadów nie pasują do naszej i musiałybyśmy pożyczyć cały ekwipunek. Należało więc znaleźć szybko plan B., zwłaszcza, że jak pamietacie zapewne Gui lubi mieć wszystko zaplanowane wcześniej, a wybita z rytmu potrafi być marudna.

czwartek, 18 lipca 2019

Sępia Góra, czyli Góry Izerskie z niemowlakiem cz. 1


Trzy pokolenia kobiet
Sępia Góra to szczyt, który zdobywałam w swoim życiu niezliczoną ilość razy. To w końcu najbardziej znana góra, na którą da się wejść w czasie krótkiego pobytu w Gierczynie. W czasie rowerowych wycieczek raczej staram się go omijać, wiedząc, że tam bywa „tłoczno”.
Tym razem zdobywanie było pierwszą górską wyprawą Małej M., bo kto powiedział, że z niemowlakiem nie można iść w góry?

środa, 5 lipca 2017

Bałtyk- Izery podejście trzecie

Droga hipnotyzuje... Gdy jedziesz n-tą godzinę, jest już tylko droga, rower i mijane pejzaże. 24 godziny, które porządkują myśli, odczucia, ustalają priorytety.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Bałtycki Park Miniatur

Ostatniego dnia naszej rugijskiej przygody miałyśmy zaplanowana tylko jedną atrakcję, a mianowicie Bałtycki Park Miniatur.  Nim tam jednak dotarłyśmy przejechałyśmy trasę spod Wolgast do Świnoujścia. Nie obyło się bez pamiątkowej fotki na przejściu granicznym oraz słodkościach na świnoujskim deptaku ( przy czym w kawiarni stawiłyśmy się punktualnie w godzinę otwarcia- o 10.00) Po poinformowaniu bliskich, że mamy już kontakt ze światem i jesteśmy w Polsce ruszyłyśmy do Międzyzdrojów.

sobota, 20 sierpnia 2016

Blondynki na Rugii - cz.4 i ostatnia

Śniadanie zaplanowane na 7.30, mamy więc mnóstwo czasu na spakowanie dobytku. Namiot zostawiamy rozłożony, by omiotły go pierwsze promienie wschodzącego słońca i jeszcze trochę podsuszyły. (tak zafiksowałam się na tym, że nie muszę robić kawy, że nie obudziłam się na wschód słońca :( a do plaży miałam tak blisko...)

piątek, 19 sierpnia 2016

Blondynki na Rugii- cz.3.- nie tylko rower.

Budzi nas poranny chłód. Jest wilgotno i pochmurno. Nadal wieje. Śniadanie jemy na klifie, próbując w żółtym pasie nad morzem dopatrzeć się słońca. Nie jest to wymarzony wschód nad morzem (a marzyłam, by obejrzeć, jak wschodzi słońce nad środkiem widnokręgu)

czwartek, 18 sierpnia 2016

Blondynki na Rugii cz.2- dzień latarni

2.00 w nocy... budzi nas jednostajnie narastający terkot silnika. Korony drzew i czubek naszego namiotu omiata silne światło reflektorów. Coś jedzie drogą... Zaraz, zaraz... tu nie ma drogi, jest tylko zaorane pole i las! Coś jedzie polem... Zawraca. Pół godziny później sytuacja się powtarza... Po naszym polu jeździ wielki gąsienicowy traktor z... bronami. To ostatnia rzecz, jakiej mogłyśmy się tej nocy spodziewać! Gui jest trochę zdeprymowana sytuacją, jednak moje tłumaczenie, że po pierwsze rolnik ma inne zajęcie niż patrzeć w krzaki, a nawet gdyby spojrzał, to nasz namiot zamaskowany szarą folią malarską zlewa się z ciemnym tłem zarośli, pozwala jej się uspokoić . Zatyczki do uszu i możemy spać dalej. Ok. 5.00 traktorzysta kończy pracę, a my powoli się rozbudzamy. Dzień wstaje leniwie i powoli, niebo zasnute gęstymi chmurami nie wróży ładnego dnia. Przygotowuję nasz tradycyjne biwakowe  śniadanie składające się z kaszki ryżowej (z gruszkami zerwanymi poprzedniego dnia) oraz kawy. Gui w tym czasie składa śpiwory, karimaty, namiot. To nasz stały podział obowiązków.

środa, 17 sierpnia 2016

Blondynki na Rugii część pierwsza

Gdy dwa lata temu zahaczyłyśmy o południowy skrawek Rugii, wiedziałyśmy, że wrócimy na wyspę. Początkowo tegoroczny plan zakładał Green Velo, ale jakieś ulotne wspomnienie zmusiło nas do zmiany planów i powrót na Rugię. Pakowanie przebiegło perfekcyjnie, zgodnie z listą stworzoną rok temu. Różnica polegała na zamianie zbędnej elektroniki, czyli kamerki go pro (zawieruszyłam gdzieś dodatkowe baterie- potem okazało się, że woziłam je cały czas ze sobą) i tabletu na dwa dodatkowe powerbanki ładowane słońcem oraz wymiana "cywilek" na jeszcze jeden komplet rowerowy. Tym razem miałyśmy wszystkie niezbędne rzeczy i niczego nie zapomniałyśmy.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Szlakiem jezior. Dzień IV i V- Lubię Lubie

Noc z perseidami minęła szybko. Wydawało się, że ledwo przyłożyłyśmy głowy do karimaty po nocnym liczeniu spadających gwiazd, a tu już był poranek. Dałyśmy sobie sporo czasu na rozbudzenie i picie kawy, bo przecież zaplanowałyśmy drugie śniadanie w Starym Drawsku. 

środa, 19 sierpnia 2015

Szlakiem jezior.Dzień III- Tajemnice XX w.

Gdy ruszałyśmy z Dzików, wiedziałyśmy, że zapowiada się ciekawy i trudny dzień.Trudny nie z powodu drogi (choć ta kolejny raz spłatała nam figla), ale z powodu ilości miejsc, które chciałyśmy zobaczyć. Nim jednak wyjechałyśmy znad kolejnego pięknego jeziora, poobserwowałyśmy żabę, która obserwowała nas. Jak zwykle powoli piłyśmy kawę na skarpie, zjadłyśmy owsiankę. Wreszcie, po sprawdzeniu mapy wjechałyśmy do wsi, z której chciałyśmy konnym szlakiem dostać się do Jelonek. Droga była? Była! No to pojechałyśmy... ta...może 500 m,bo potem zaczął się piach, a później...bagna... Droga niby była, ale rozjeżdżona przez ciężki sprzęt .Półmetrowe koleiny wypełnione były brunatno-zielonkawą mazią... po bokach rosły pokrzywy, jeżyny,osty... Rewelacja!

wtorek, 18 sierpnia 2015

Szlakiem jezior.Dzień II-czy elektrownia była tego warta?

Obudziłam się ok.6.00. Było już po wschodzie słońca, a tafla jeziora połyskiwała i mieniła się. Kilka kaczek podpłynęło do brzegu i zaczęło się popisywać,jakby czekały na kawałki jedzenia. Przygotowałam nasze tradycyjne śniadanie- kaszkę i kawę. Gui nazbierała jagód do kaszy. Zapowiadał się kolejny ciepły i przyjemny dzień... Niespiesznie spakowałyśmy nasze obozowisko i o ósmej byłyśmy gotowe do drogi... 




poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Szlakiem jezior. Dzień I- wolność ma smak jagód

Budzimy się o 6.00. Rodzinnie wypijamy kawę, rozmawiamy, sprawdzamy, czy wszystko spakowałyśmy ( o tym, że nie wszystko przekonamy się następnego dnia rano). Kilka minut po ósmej ruszamy w stronę Kołobrzegu. Dlaczego akurat tamtędy? Z kilku powodów: po pierwsze w Kołobrzegu upatrzyłam wreszcie kask na moją głowę i zamierzam go jeszcze kupić; po drugie- w Kołobrzegu mają fiszbuły, czyli smakowite bułki z rybą,które ulubiłyśmy sobie w czasie zeszłorocznej wyprawy; po trzecie wreszcie- na Pojezierze Drawskie pojedziemy dosyć dziwnie- chcemy zobaczyć elektrownię szczytowo- pompową w Żydowie, dojedziemy więc prawie do granicy woj. zachodniopomorskiego z woj. kujawsko-pomorskim, ale o tym później.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Blondynki pakują się na wyprawę

Wiem, początek jak z kiepskiego dowcipu, ale post będzie jak najbardziej poważny. Rozpoczął się drugi tydzień sierpnia, więc wyjeżdżamy z Gui w naszą coroczną rowerową eskapadę. Nie wygrałyśmy w konkursie, zatem budżet mamy skromniejszy. Zamiast Szwecji będą jeziora Pojezierza Drawskiego.

środa, 15 lipca 2015

Bałtyk- Izery. Podejście drugie



Na początku zawsze jest marzenie. Potem decyzja i realizacja. Przynajmniej w moim wypadku. Gdy rok temu w ciągu dwóch dni dojechałam rowerem z domu w moje ukochane Izery (pokonując przy tym rekord długości trasy), wiedziałam, że to nie koniec, że przede mną kolejne wyzwania. Jeździłam coraz dłuższe dystanse, sprawdzałam swoje możliwości. Wreszcie, gdy nadszedł urlop, wsiadłam na rower.
Było bardzo wcześnie, jeszcze nie rozpoczął się świt. Pierwsze kilometry pokonywałam przy blasku lampek rowerowych i nikłej poświacie gdzieś na północnym wschodzie.

środa, 20 sierpnia 2014

Szlakiem bałtyckich wysp i mostów zwodzonych( dzień 3.) - Greifswald i Rugia


Budzę się o świcie z nadzieją na złapanie słońca na wstawaniu. Niestety, niebo pokrywają gęste ciemne chmury. Nici z oglądania wschodu słońca. Mam zamiar wrócić jeszcze na chwilę do ciepłego śpiwora, ale okazuje się, że Gui też zdążyła się przebudzić. Przygotowuję zatem owsiankę, pakujemy się (składanie naszego majdanu mamy opanowane do perfekcji)  i po 7.00 ruszamy przed siebie.  Nie ujeżdżamy daleko, bo między drzewami miga nam urokliwe miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć. Do Greifswaldu dojeżdżamy akurat na drugie śniadanie, które Gui zarządziła w McDonaldzie- ze względu na dostęp do internetu. Zamawiamy zestaw śniadaniowy i wysyłamy w świat wiadomości, że żyjemy i mamy się dobrze.

Potem wjeżdżamy do miasta. W IT zaopatrujemy się w  plan miasta. Podziwiamy rynek i trzy kościoły: św. Mikołaja (to ten na zdjęciu), Mariacki i św. Jakuba (skoro św. Jakuba to jest i Jakubowa Droga). Gotyk miesza się tu z barokiem i współczesnością - tę tendencję zaobserwujemy też później. Niestety piękno rynku zostało zaburzone rozstawionymi na placu straganami, chyba trafiłyśmy na jakiś jarmark.

Wyjeżdżamy z miasta w kierunku Stralsundu. Radwanderweg (piękne słowo , prawda?) prowadzi nas brukiem przez kolejne 20 km. Ależ nie lubimy bruku! Zwłaszcza, że teren jest pofałdowany a wiatr wieje prosto w twarz. Z radością witamy drogowskaz na przeprawę promową. Teraz jedziemy już bardzo przyzwoitą drogą rowerową, zatrzymujemy się na chwilę, aby podjeść jeżyn. W efekcie na prom wjeżdżamy w ostatniej chwili. Znów ogarnia nas niepohamowana radość- ja lubię promy, a Gui cieszy się, że za chwilę postawi stopę na kolejnej pięknej wyspie. Po zjechaniu z promu siadamy w koszu i pałaszujemy kolejna fiszbułę, następnym razem zatrzymamy się na posiłek odrobinę dalej, bo ceny wyglądały dużo atrakcyjniej. Próbujemy znaleźć latarnie morską, ale nam się nie udaje. Trudno, planujemy wrócić tu za rok, wtedy poszukamy. Nie jedziemy w głąb wyspy, tylko trzymamy się północnego wybrzeża. 


Znajdujemy kolejną Radweg i ta prowadzi nas do Altefahr, gdzie upatrzyłyśmy sobie pole namiotowe. Z tym prowadzeniem to jest rożnie, bo czasami wyprowadzamy się na manowce: a to wjeżdżamy komuś w podwórze, bo zagadane nie zauważamy ścieżynki z drogowskazem, a to nagle znajdujemy się w kolejnym Hafen, czyli przystani. Udaje nam się jednak dotrzeć na miejsce, po drodze podziwiamy niesamowitą konstrukcję mostu łączącego Rugię z lądem. Jutro ten most będziemy oglądać z bliska. 

Kemping w Altefahr nie wygląda okazale, ale ma całkiem przyzwoite zaplecze kuchenne z kuchnią indukcyjną, gniazdkiem, zlewem i blatem do przygotowania posiłku. Są też dwa stoły i ławy. Nareszcie można w godnych warunkach przygotować kolację! 
Podobnie jest z łazienkami, prysznice, ku naszemu zaskoczeniu są darmowe.Jedynym problemem jest błoto- przecież poprzedniego dnia na Rugii lało. Ustawiamy nasz namiocik pod drzewami na w miarę prostym terenie ( w nocy spadnie deszcz, ale nam nie zrobi krzywdy) W recepcji udaje nam się kupić dokładną mapę Rugii, już wiemy, dlaczego nie znalazłyśmy latarni morskiej- szukałyśmy w złym miejscu.
Nim jednak skorzystamy z tych dobrodziejstw wybieramy się dalej wzdłuż wybrzeża Rugii, chcąc maksymalnie wykorzystać czas na wyspie. Oglądamy maleńkie wioski, zjeżdżamy na punkt widokowy. Wracamy akurat tak, aby przed 21.00 położyć się spać. Gui udaje się dogadać z właścicielem i dostaje hasło do wifi, dzięki czemu znów przez chwilę mamy łączność ze światem. Z tym dogadywaniem też jest różnie. Trochę trwa, nim udaje nam się wyjaśnić właścicielowi, że wyjeżdżamy ok. 7.00 i koniecznie chcemy dziś jeszcze uiścić opłatę za pobyt. Dopiero moje rozpaczliwe "seven o'clock" go przekonuje. 

Jesteśmy pełne wrażeń, ale tez padnięte. Marzymy, by położyć się spać(za nami kolejne 90 km), ale najpierw udaje nam się znaleźć dziurę w płocie, przez która bywalcy kempingu przechodzą w celu oglądania zachodu słońca. Korzystamy z tej drogi ( a za nami jeszcze dwie dziewczyny, które wcześniej spotkałyśmy w kuchni) i podziwiamy sielski pejzaż. Gui zamienia się w Japończyka- nie może oderwać się od aparatu, focąc kolejne landszafciki. 


Patrząc na Stralsund, próbujemy wypatrzyć latarnię morską, bez skutku.


czwartek, 17 lipca 2014

Bałtyk - Izery, czyli o tym jak Ruda wsiadła na rower...

Wstałam o świcie. Zjadłam obfite śniadanie i, gdy słońce właśnie wychylało się zza linii horyzontu, ruszyłam przed siebie. Niewiele osób wiedziało, jaki mam plan i o czym marzę. Chyba sama nie do końca wiedziałam, na co się porywam i co zamierzam.
O przejechaniu z Trzebiatowa w Izery rozmawiałyśmy z Gui już dwa lata temu, ciągle jednak brakowało nam czasu, zamiast tego miałyśmy rok temu Bornholm, a i w tym roku coś nieco planujemy.
Miałam wytyczoną trasę, odpowiednią pogodę i dobrze przygotowany rower. Plan był wyjątkowo prosty- jechać na południe póki się da, potem gdzieś się przespać i jechać dalej. W razie spadku formy- znaleźć stację kolejową. Nim się spostrzegłam, wyjechałam poza doskonale znane trasy i trzeba było pilnować drogi.

W Maszewie wypiłam poranną kawę na stacji benzynowej. Minęłam Stargard Szczeciński, teraz wiedziałam już, że nie wsiądę do żadnego pociągu.
Za Stargardem zaczęły się przygody. Najpierw droga skończyła się wykopem- budowano nowy most. Na szczęście rower lekki, a ja niewielkich rozmiarów, jakoś udało mi się między spychami i koparami przedostać na drugą stronę. Jakiś czas jechałam trasa Pętli Choszczeńskiej (tylko jakby pod prąd). Potem szlak rowerowy okazał się bitą leśną drogą, którą jechałam 10 km aż do Dankowa (dla moich zielonych szosowych oponek było to nie lada wyzwanie). Lasy gorzowsko-barlineckie były jednak na tyle piękne, że i jakoś nie byłam zbytnio zła. 

Niestety, kolejna droga okazała się wielokilometrowym brukiem, który był chyba jeszcze gorszy od ubitej ziemi. Tym razem dotarłam do Santoczna. Tu już zrezygnowałam z dalszych eksperymentów i asfaltem dojechałam do Różanek. Z tą niewielką miejscowością mamy miłe wspomnienia sprzed dwóch lat. Na hali sportowej w Różankach urządzono nocleg w czasie maratonu gorzowskiego i spędziłyśmy tam z Gui przesympatyczny weekend.

Kolejnym dziurawym asfaltem dotarłam do Janczewa i dalej do Santoka. Widok z mostu w Santoku był tak niesamowity, że zatrzymałam się i zrobiłam zdjęcia. Dopiero później, przyglądając się mapie, uświadomiłam sobie, ze widziałam miejsce, gdzie Noteć wpływa do Warty. W widłach postawiono wysoki krzyż. W Skwierzynie byłam ok. 16.00. W sam raz na porządny obiad.
Przez wiele lat przejeżdżaliśmy obok niewielkiej restauracji z kucharzem przed wejściem. Nigdy tam nie jedliśmy, bo mieliśmy sprawdzone miejsce w Rosinie. Po wybudowaniu S3 żadna z nich nie jest już na naszej trasie.
Postanowiłam się zatrzymać. Miło, schludnie. Kelnerka zaproponowała mnóstwo pyszności, w tym ulubione pierogi Chudej- z jagodami. Mnie jednak słodkie dania dziś nie satysfakcjonowały. Potrzebowałam konkretnego obiadu. Szef kuchni polecał karkówkę w sosie. Skusiłam się i to był dobry wybór. Najedzona i wypoczęta kontynuowałam podróż. Tylko Ślubny już marudził, żebym noclegu szukała. Bał się o moją kondycję. W Skwierzynie wjechałam na tzw. starą trójkę. Pusto, spokojnie- najszersza droga rowerowa w Polsce. Sporo rowerzystów, za to samochodów jak na lekarstwo. Nadal świetnie się jechało w lekkim słońcu przy zachodnim wietrze. Dojechałam do Gościkowa. 
Kiedyś było tam schronisko młodzieżowe, ale było to kiedyś... Teraz polecono mi noclegi nad jeziorem w Nowym Dworze. Znowu bruk... ( w sumie mogłabym jechać dalej, ale przecież obiecałam Ślubnemu, że w Gościkowie znajdę nocleg). Niestety camping, jaki mi polecono miał pełne obłożenie. Zrezygnowana jechałam przez wioskę, gdy dostrzegłam tabliczkę „wynajem pokoi”. Skręciłam na ukwiecone podwórko. Przed zachodem słońca piłam herbatę w niewielkim pokoiku z widokiem na rozlewisko. Mili gospodarze zajęli się moim rowerem, który wstawili do holu, abym rano nie musiała nikogo budzić.


Położyłam się spać... i wtedy uświadomiłam sobie, że coś mi przeszkadza zasnąć... wyjrzałam przez okno, spojrzałam na wschodzący księżyc, wsłuchałam się w ciszę... no właśnie... to nie była cisza... Trochę trwało nim uświadomiłam sobie, że słyszę odgłosy autostrady A2, która biegnie jakiś kilometr dalej. Cóż zatyczki do uszu i zasnęłam.
Drugi dzień wyprawy, choć krótszy, wcale nie był łatwiejszy. Odczuwałam już zmęczenie, zmienił się wiatr, a słońce przygrzewało.
O 5.00 stałam na schodach przed domem i rozważałam: miotła czy jednak rower. Zostałam jednak przy rowerze. 

W Świebodzinie zatrzymałam się na stacji benzynowej, aby zjeść śniadanie i wypić kawę. Potem wjechałam do miasta. Zazwyczaj jadąc samochodem, mijamy kolejne miejscowości obwodnicami. Nie zatrzymujemy się, nie mamy okazji zajrzeć w głąb cichych uliczek. Dojechałam do rynku z ratuszem na środku i... ławeczka Niemena. Pstryknęłam kilka fotek i ruszyłam dalej. Miałam zamiar sfotografować i słynnego Chrystusa, ale z powodu objazdu znalazłam się na obwodnicy. Starą trójką dojechałam do Sulechowa. Dalej droga prowadziła przez Zawadę, Jany i Stary Kisielin- należało ominąć Zieloną Górę i znaleźć drogę na Kożuchów. Jechałam sobie przez lasy zielonogórskie. Pachniało igliwiem i kwiatami. 

Nagle przez wsią Jany moim oczom ukazała się dziwny widok- między drzewami stały stare, zniszczone nagrobki. Zatrzymałam się, gdyż takie miejsca mają niesamowitą aurę. W centralnym miejscu znalazłam tablicę informująca, ze oto znajduję się na starym ewangelickim cmentarzu, który uporządkowano dzięki funduszom unijnym.
Chwila zadumy i jadę dalej. Za wsią droga nr 279 skręca pod górę i … na bruk. Znowu?!
2 km mozolnej wspinaczki brukiem. Na szczycie okazało się, że można było tę górę objechać przez inną wioskę, ale tamtej drogi na mapie nie było.
Przed Kożuchowem dzwoni Ślubny, sprawdzić, czy żyję i jak się mam. Umawiamy się, że podjedzie po mnie do Lwówka, żebym najgorszego odcinka nie musiała się telepać ( mam wrażenie, że on nie może się już mnie doczekać i chce przyspieszyć moment spotkania). Chwilę potem widzę skutki czyjegoś zagapienia lub brawury- na środku drogi stoi samochód z wbitym centralnie motocyklem (prawdopodobnie kierowca samochodu wymusił pierwszeństwo) .

W planie miałam zatrzymać się w Kożuchowie na kawie, ale gdy wyobraziłam sobie, jak parno musi być w mieście, zatrzymałam się 5 km przed miasteczkiem na łące w cieniu krzewów dzikiej róży.
Zdjęłam buty, skarpetki wyciągnęłam nogi w górę...Błogość... Kot zajrzał do mnie, ale nie wzbudziłam jego zainteresowania. Gorzej z mrówkami- te były bardzo zainteresowane. Nic dziwnego, usiadłam na ich ścieżce...
Od Kożuchowa jechałam znowu doskonale znaną drogą, wszak co roku właśnie tędy mkniemy naszym samochodem. Zatrzymałam się dopiero w Bolesławcu, gdzie planowałam coś zjeść. Początkowo miał to być solidny obiad (bo przecież miałam dojechać do Gierczyna), stanęło na toście z szynką i ananasem.


Bolesławiec to kolejne z miast, które zawsze chciałam zobaczyć, a nigdy mi się nie udało. Wjechałam więc na rynek i zdziwiłam się, że jest taki ładny ( dotychczas miasto kojarzyło mi się z porcelaną i rozległym targowiskiem, które widuję z okien samochodu ), niestety nie zajrzałam do żadnego przyfabrycznego sklepu z porcelaną bądź fajansem, bo... no właśnie- jak przewiozłabym kolejną filiżankę?

Ostatnie 20 km to podjazdy i zjazdy i... zmiana pogody- zaczęło kropić. W Suszkach wreszcie zobaczyłam cel wyprawy- moje góry. Zaczęłam głośno krzyczeć ze szczęścia.
W Lwówku na stacji benzynowej czekał na mnie Ślubny...

Przejechałam w sumie ponad 420 km w ciągu dwóch dni. Było cudnie. Chwilami trudno, gdy trzeba było podjeżdżać po bruku, chwilami cudownie, gdy przez oczyma pojawiały się niezwykłe pejzaże- jeziora ukryte w lasach, rozległe pola kukurydzy, ziemniaków czy gryki. Pachniały ukwiecone łąki...
W sumie wyprawa okazała się łatwiejsza niż przewidywałam. Bolą mnie mięśnie, ale nie czuję się zmęczona, czy obolała. Przede mną kolejne kilometry tras, ale najpierw błogi odpoczynek w Domku pod Orzechem.

( A o tym jak wygląda „błogi odpoczynek” w następnym wpisie. )
P.S. Nigdy nie zapominajcie o smarze do łańcucha rowerowego- ja zapomniałam i pod koniec skrzypiał i zgrzytał. 

środa, 12 września 2012

W Słowińskim Parku Narodowym


Obiecałam, że wrócę do naszej rowerowej wyprawy. Ciągle jednak coś się działo i nie miałam czasu na pisanie. Postanowiłam się jednak zmobilizować i o kilku ciekawych miejscach napisać.

środa, 29 sierpnia 2012

Cztery nieoczywiste miejsca nad polskim morzem


Ostatnie dni urlopu miałyśmy z Marzenką bardzo aktywne. Przejechałyśmy rowerami ponad 500 km, zobaczyłyśmy Pobrzeże Bałtyku od Koszalina po Hel, nocowałyśmy w najróżniejszych miejscach, jeździłyśmy najróżniejszymi drogami i jadłyśmy różności w wielu knajpkach i kafejkach, obejrzałyśmy też sporo ciekawych miejsc. Trasę na bieżąco opisywałyśmy na bikestats, teraz chciałabym opisać te miejsca, które wzbudziły nasz entuzjazm.