Walentynki to święto, które się lubi lub nie. My lubimy, bo każdy powód do świętowania jest dobry. W tym roku świętować będziemy nawet dwukrotnie. Dlaczego? Bo Zrobiliśmy sobie prewalentynki przy okazji Święta pizzy. A jeśli ciągle nie wiecie, co sprezentować swojemu facetowi, zapraszam na polecajki.
14 luty zbliża się wielkimi krokami, o czym przekonałam się
ostatnio na poczcie, gdy miła kasjerka proponowała mi walentynkowe
kartki, a siostra kwiaciarka opublikowała kolejne piękne czerwone
dekoracje. Czas najwyższy podpowiedzieć Ślubnemu, jak chciałabym
ten dzień spędzić.
Przy okazji dzisiejszych walentynek będzie tekst przewrotny o miłości własnej.
Nie, nie zamierzam nikogo namawiać do narcyzmu, któremu blisko już go egoizmu i egocentryzmu, choć odrobina zdrowego egoizmu też jest w życiu ważna.
Jestem już w tym wieku, że z racji doświadczeń i przeżytych lat daję sobie prawo do wymądrzania się (choć ci, którzy znają mnie od wielu lat wiedzą, że zawsze miałam potrzebę wyrażania własnego zdania, ale też często się z moim zdaniem liczyli)
Po zeszłotygodniowych atrakcjach na Kamienickim Grzbiecie, tym razem postawiłam na narty. Nocą zaczął sypać śnieg i do południa spadło go już ponad 15 cm. Wszędzie leżał świeżutki puch, który zasypał wszystkie poprzednie ślady. Na widoki nie było co liczyć, więc wybrałam trasę przez las.
W Domku pod Orzechem życie toczy się powoli i spokojnie. Dbamy o to, by spędzać ze sobą dużo czasu. Wspólne posiłki, rozmowy, czytanie książek, czasem przygotowanie posiłków. Tylko na wędrówki chodzę sama, bo Ślubny nie przepada za zimową aurą. I choć celebrujemy swoją codzienność, to staramy się ją też trochę urozmaicać. I nie chodzi jedynie o cotygodniowe wyjazdy na zakupy.
Do walentynek zostało zaledwie 10 dni, więc ja, jak co roku
kombinuję, jakby tu Ślubnego uszczęśliwić. Bo wiadomo, że każdy powód do
świętowania jest dobry, a gdy za oknem zimno, to trzeba sobie atmosferę domową
podgrzewać. Jakiś zarys pomysłu już mam. W tym roku zamiast ( a może obok?) smacznej
kolacji z obowiązkowym tatarem i czerwonym winem (tak, tak u nas na walentynki
króluje zazwyczaj tatar) wymyśliłam sobie, że wybierzemy się w odwiedziny do
sąsiadów, czyli do Leśnego Kurortu, gdzie podają naprawdę pyszną kawę i robią dobre drinki.
Zastanawiam się też nad prezentem, przecież nie przygotuję
Ślubnemu laurki ;)
-Kiedy Ty to wszystko robisz?- takie pytanie kilkakrotnie zostało mi zadane w ten weekend. No właśnie co ja niby takiego robię? Pracuję w szkole po osiem lub więcej godzin dziennie, rozmawiam z bliskimi, spotykam się z przyjaciółmi, codziennie maluję jeden pastel, jeżdżę rowerem, czytam, szyję, maluję, wyszywam, wychodzę z psem, fotografuję. Tak mam i tyle. Opowiem Wam o mojej organizacji czasu. Zapraszam.
Do Walentynek należy się odpowiednio przygotować, zatem w
czwartek zakupiłam odpowiednie ingrediencje, by walentynkowy wieczór spędzić w
miłej atmosferze. O 19.00 zasiedliśmy w troje, czyli Ślubny, Chuda i ja do
kolacji. Na stole znalazły się nasze
ulubione potrawy- tatar, kilka rodzajów sera, trochę warzyw i bakalie. Całości
dopełniało wyśmienite czerwone wino cabernet savinion z owoców dojrzewających w
słonecznej Afryce.
Wczorajsze walentynki zapowiadały się typowo. Drobne
upominki i butelka wina do kolacji. I pewnie tak by to wyglądało, gdyby nie
obie córki, które wymyśliły sobie siostrzany wieczór z filmem. Początkowo zamierzały
siedzieć u siebie w pokoju, ale bardzo szybko stwierdziły, że do oglądania
filmów lepiej nadaje się nasz telewizor i wprosiły się do salonu. I tak oto wieczór
spędziliśmy w czworo. My z mężem podzieliliśmy się naszym winem, one słonymi
przekąskami.
A film mieliśmy bardzo ambitny, nie jakaś komedia
romantyczna czy inny wyciskacz łez tylko... „Atlas chmur” rodzeństwa Wachowskich.
Dla męża była to premiera. My widziałyśmy już film raz i teraz postanowiłyśmy
do niego wrócić, by połączyć w całość wszystkie wątki, znaleźć klucz do filmu,
podzielić się spostrzeżeniami.
Uzbrojone w wiedzę "kto jest kto" (wszak było to drugie
podejście) mogłyśmy skupić się na szczegółach. Podziwiałyśmy cudne plenery i
muzykę. Zafascynowała nas charakteryzacja. Czasami dopiero po dłuższej chwili
rozpoznawałyśmy aktora wcielającego się w kolejną postać. Każda z nas miała
swojego ulubionego bohatera i ulubioną epokę. Film nam się podoba.
Początkowo
gubiłyśmy się w zmieniającej się jak w kalejdoskopie scenerii, jednak z biegiem
filmu wszystko zaczęło się nam układać w logiczną całość.
O czym jest film? O miłości i nienawiści, prawdzie i kłamstwie, odwadze i tchórzostwie,
poświęceniu i egoizmie, a przede wszystkim o niezmienności ludzkich emocji. Przekazuje prawdy uniwersalne, choć tak oczywiste, że
wydawałyby się banalne.
Z pewnością jeszcze nie raz wrócimy do tego obrazu, by zachwycić
się konkretnym szczegółem, epizodem.