Śniadanie zaplanowane na 7.30, mamy więc mnóstwo czasu na spakowanie dobytku. Namiot zostawiamy rozłożony, by omiotły go pierwsze promienie wschodzącego słońca i jeszcze trochę podsuszyły. (tak zafiksowałam się na tym, że nie muszę robić kawy, że nie obudziłam się na wschód słońca :( a do plaży miałam tak blisko...)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rugia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rugia. Pokaż wszystkie posty
sobota, 20 sierpnia 2016
piątek, 19 sierpnia 2016
Blondynki na Rugii- cz.3.- nie tylko rower.
Budzi nas poranny chłód. Jest wilgotno i pochmurno. Nadal wieje. Śniadanie jemy na klifie, próbując w żółtym pasie nad morzem dopatrzeć się słońca. Nie jest to wymarzony wschód nad morzem (a marzyłam, by obejrzeć, jak wschodzi słońce nad środkiem widnokręgu)
czwartek, 18 sierpnia 2016
Blondynki na Rugii cz.2- dzień latarni
2.00 w nocy... budzi nas jednostajnie narastający terkot silnika. Korony drzew i czubek naszego namiotu omiata silne światło reflektorów. Coś jedzie drogą... Zaraz, zaraz... tu nie ma drogi, jest tylko zaorane pole i las! Coś jedzie polem... Zawraca. Pół godziny później sytuacja się powtarza... Po naszym polu jeździ wielki gąsienicowy traktor z... bronami. To ostatnia rzecz, jakiej mogłyśmy się tej nocy spodziewać! Gui jest trochę zdeprymowana sytuacją, jednak moje tłumaczenie, że po pierwsze rolnik ma inne zajęcie niż patrzeć w krzaki, a nawet gdyby spojrzał, to nasz namiot zamaskowany szarą folią malarską zlewa się z ciemnym tłem zarośli, pozwala jej się uspokoić . Zatyczki do uszu i możemy spać dalej. Ok. 5.00 traktorzysta kończy pracę, a my powoli się rozbudzamy. Dzień wstaje leniwie i powoli, niebo zasnute gęstymi chmurami nie wróży ładnego dnia. Przygotowuję nasz tradycyjne biwakowe śniadanie składające się z kaszki ryżowej (z gruszkami zerwanymi poprzedniego dnia) oraz kawy. Gui w tym czasie składa śpiwory, karimaty, namiot. To nasz stały podział obowiązków.
środa, 17 sierpnia 2016
Blondynki na Rugii część pierwsza
Gdy dwa lata temu zahaczyłyśmy o południowy skrawek Rugii, wiedziałyśmy, że wrócimy na wyspę. Początkowo tegoroczny plan zakładał Green Velo, ale jakieś ulotne wspomnienie zmusiło nas do zmiany planów i powrót na Rugię. Pakowanie przebiegło perfekcyjnie, zgodnie z listą stworzoną rok temu. Różnica polegała na zamianie zbędnej elektroniki, czyli kamerki go pro (zawieruszyłam gdzieś dodatkowe baterie- potem okazało się, że woziłam je cały czas ze sobą) i tabletu na dwa dodatkowe powerbanki ładowane słońcem oraz wymiana "cywilek" na jeszcze jeden komplet rowerowy. Tym razem miałyśmy wszystkie niezbędne rzeczy i niczego nie zapomniałyśmy.środa, 20 sierpnia 2014
Szlakiem bałtyckich wysp i mostów zwodzonych( dzień 3.) - Greifswald i Rugia

Budzę się o świcie z nadzieją na złapanie słońca na wstawaniu. Niestety, niebo pokrywają gęste ciemne chmury. Nici z oglądania wschodu słońca. Mam zamiar wrócić jeszcze na chwilę do ciepłego śpiwora, ale okazuje się, że Gui też zdążyła się przebudzić. Przygotowuję zatem owsiankę, pakujemy się (składanie naszego majdanu mamy opanowane do perfekcji) i po 7.00 ruszamy przed siebie. Nie ujeżdżamy daleko, bo między drzewami miga nam urokliwe miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć. Do Greifswaldu dojeżdżamy akurat na drugie śniadanie, które Gui zarządziła w McDonaldzie- ze względu na dostęp do internetu. Zamawiamy zestaw śniadaniowy i wysyłamy w świat wiadomości, że żyjemy i mamy się dobrze.
Potem wjeżdżamy do miasta. W IT zaopatrujemy się w plan miasta. Podziwiamy rynek i trzy kościoły: św. Mikołaja (to ten na zdjęciu), Mariacki i św. Jakuba (skoro św. Jakuba to jest i Jakubowa Droga). Gotyk miesza się tu z barokiem i współczesnością - tę tendencję zaobserwujemy też później. Niestety piękno rynku zostało zaburzone rozstawionymi na placu straganami, chyba trafiłyśmy na jakiś jarmark.

Wyjeżdżamy z miasta w kierunku Stralsundu. Radwanderweg (piękne słowo , prawda?) prowadzi nas brukiem przez kolejne 20 km. Ależ nie lubimy bruku! Zwłaszcza, że teren jest pofałdowany a wiatr wieje prosto w twarz. Z radością witamy drogowskaz na przeprawę promową. Teraz jedziemy już bardzo przyzwoitą drogą rowerową, zatrzymujemy się na chwilę, aby podjeść jeżyn. W efekcie na prom wjeżdżamy w ostatniej chwili. Znów ogarnia nas niepohamowana radość- ja lubię promy, a Gui cieszy się, że za chwilę postawi stopę na kolejnej pięknej wyspie. Po zjechaniu z promu siadamy w koszu i pałaszujemy kolejna fiszbułę, następnym razem zatrzymamy się na posiłek odrobinę dalej, bo ceny wyglądały dużo atrakcyjniej. Próbujemy znaleźć latarnie morską, ale nam się nie udaje. Trudno, planujemy wrócić tu za rok, wtedy poszukamy. Nie jedziemy w głąb wyspy, tylko trzymamy się północnego wybrzeża.
Znajdujemy kolejną Radweg i ta prowadzi nas do Altefahr, gdzie upatrzyłyśmy sobie pole namiotowe. Z tym prowadzeniem to jest rożnie, bo czasami wyprowadzamy się na manowce: a to wjeżdżamy komuś w podwórze, bo zagadane nie zauważamy ścieżynki z drogowskazem, a to nagle znajdujemy się w kolejnym Hafen, czyli przystani. Udaje nam się jednak dotrzeć na miejsce, po drodze podziwiamy niesamowitą konstrukcję mostu łączącego Rugię z lądem. Jutro ten most będziemy oglądać z bliska.
Kemping w Altefahr nie wygląda okazale, ale ma całkiem przyzwoite zaplecze kuchenne z kuchnią indukcyjną, gniazdkiem, zlewem i blatem do przygotowania posiłku. Są też dwa stoły i ławy. Nareszcie można w godnych warunkach przygotować kolację!
Podobnie jest z łazienkami, prysznice, ku naszemu zaskoczeniu są darmowe.Jedynym problemem jest błoto- przecież poprzedniego dnia na Rugii lało. Ustawiamy nasz namiocik pod drzewami na w miarę prostym terenie ( w nocy spadnie deszcz, ale nam nie zrobi krzywdy) W recepcji udaje nam się kupić dokładną mapę Rugii, już wiemy, dlaczego nie znalazłyśmy latarni morskiej- szukałyśmy w złym miejscu.
Nim jednak skorzystamy z tych dobrodziejstw wybieramy się dalej wzdłuż wybrzeża Rugii, chcąc maksymalnie wykorzystać czas na wyspie. Oglądamy maleńkie wioski, zjeżdżamy na punkt widokowy. Wracamy akurat tak, aby przed 21.00 położyć się spać. Gui udaje się dogadać z właścicielem i dostaje hasło do wifi, dzięki czemu znów przez chwilę mamy łączność ze światem. Z tym dogadywaniem też jest różnie. Trochę trwa, nim udaje nam się wyjaśnić właścicielowi, że wyjeżdżamy ok. 7.00 i koniecznie chcemy dziś jeszcze uiścić opłatę za pobyt. Dopiero moje rozpaczliwe "seven o'clock" go przekonuje.
Patrząc na Stralsund, próbujemy wypatrzyć latarnię morską, bez skutku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
