Pokazywanie postów oznaczonych etykietą latarnia morska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą latarnia morska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 stycznia 2017

Rowerowe rozpoczęcie roku w Niechorzu

Szczęśliwego Nowego Roku!
Gdzie powitać Nowy Rok? Gdzie stare z nowym się ściera? To pytanie tylko przez chwilę zaprzątało moje myśli, bo przecież jechałam w kierunku Cerkwicy. Czyż może być lepsze miejsce niż ta niewielka miejscowość ze Studzienką św. Ottona na obrzeżach?

czwartek, 18 sierpnia 2016

Blondynki na Rugii cz.2- dzień latarni

2.00 w nocy... budzi nas jednostajnie narastający terkot silnika. Korony drzew i czubek naszego namiotu omiata silne światło reflektorów. Coś jedzie drogą... Zaraz, zaraz... tu nie ma drogi, jest tylko zaorane pole i las! Coś jedzie polem... Zawraca. Pół godziny później sytuacja się powtarza... Po naszym polu jeździ wielki gąsienicowy traktor z... bronami. To ostatnia rzecz, jakiej mogłyśmy się tej nocy spodziewać! Gui jest trochę zdeprymowana sytuacją, jednak moje tłumaczenie, że po pierwsze rolnik ma inne zajęcie niż patrzeć w krzaki, a nawet gdyby spojrzał, to nasz namiot zamaskowany szarą folią malarską zlewa się z ciemnym tłem zarośli, pozwala jej się uspokoić . Zatyczki do uszu i możemy spać dalej. Ok. 5.00 traktorzysta kończy pracę, a my powoli się rozbudzamy. Dzień wstaje leniwie i powoli, niebo zasnute gęstymi chmurami nie wróży ładnego dnia. Przygotowuję nasz tradycyjne biwakowe  śniadanie składające się z kaszki ryżowej (z gruszkami zerwanymi poprzedniego dnia) oraz kawy. Gui w tym czasie składa śpiwory, karimaty, namiot. To nasz stały podział obowiązków.

piątek, 26 września 2014

O wspomnieniu, które przyniosło nagrodę...


 
Tego dnia Gui była już mocno zmęczona. Ja z resztą też. Przejechałyśmy kilkadziesiąt kilometrów z sakwami w piasku i błocie. Na pewno był to najtrudniejszy dzień wyprawy. Dojechałyśmy do latarni morskiej Stilo, wdrapałyśmy się po schodach, zachwyciły widokiem. 

A potem... potem Gui stwierdziła, ze nie zrobi ani kilometra więcej po piachu... Ruszyłyśmy zatem w głąb lądu w poszukiwaniu pola namiotowego. Już zmierzchało, gdy dotarłyśmy nad jezioro. Szybko się rozbiłyśmy i położyły spać. 

A poranek...

wtorek, 20 sierpnia 2013

Latarnie, wiatraki, rotundy czyli drugi dzień na Bornholmie

Obudziłam się przed 6.00, ale brak słońca sprawił, że jeszcze chwilę poleżałam zawinięta w śpiwór pod namiotem. Obok słyszałam równy oddech Gui. Namiot mamy tak maleńki, że ledwo obie się w nim mieścimy. Wiedziałam, że jeśli zacznę się gramolić ze śpiwora, to ja obudzę. Po szóstej zrobiło mi się niewygodnie, więc ruszyłam do kuchni, aby przygotować śniadanie. Trzeba przyznać, że zaplecze campingowe było bez zarzutu- dobrze wyposażona kuchnia z palnikami gazowymi, lodówkami, czajnikiem bezprzewodowym, ekspresem do kawy i piekarnikiem. Do tego pralka i suszarka. Na zewnątrz grill i wygodne miejsce do biesiadowania. Równie czyste i estetyczne zaplecze sanitarne. Do tego basen z sauną i plac zabaw dla dzieci.
Śniadanie zjadłyśmy na świeżym powietrzu, rozmawiając przy tym i … sprawdzając pocztę mailową ( camping miał, ku wielkiej radości Gui,  wifi).
Potem złożyłyśmy namiot, spakowałyśmy sakwy i pożegnałyśmy przyjazny camping Lyngholt. Początkowo jechałyśmy główną drogą w kierunku Hasle, jednak biegła ona zbyt daleko od wybrzeża, a my przecież chciałyśmy widzieć wody Bałtyku. Zjechałyśmy więc w kierunku Jons Capel. Wybrzeże było tam strome i skaliste. Cyklovej biegł szutrową ścieżką w lesie. W pewnym miejscu trzeba było zejść z rowerów, gdyż zjazd wynosił 22% i posiadał … schody.
Chwilę później Gui stwierdziła, że musi zejść na brzeg, Nie wiem, co ją tknęło, ale znalazłyśmy się w urokliwej zatoczce usianej kamieniami  i gdzieniegdzie piaskiem. Sporo było też morszczynu. Jakiś czas podziwiałyśmy to miejsce, zebrałyśmy trochę kamyczków na pamiątkę i ruszyłyśmy dalej w kierunku Teglkas i Heligpeder. Maleńka wioseczka ciągnęła się wzdłuż brzegu, wciśnięta między morze a skały, prawie każdy dom posiadał wędzarnię.  Tu wąska plażą pokryta była grubą warstwą morszczynu, na którym żerowały mewy. Pachniało rybami i słodkawym zapachem gnijących alg.
Po 10.00 byłyśmy w Hasle. W pierwotnych planach tu miałyśmy zatrzymać się na posiłek. Było jednak zbyt wcześnie. Sfotografowałyśmy więc port i skierowałyśmy się w stronę stolicy. Ponieważ okazało się, ze mamy zapas czasowy, skręciłyśmy w głąb lądu do Neker, gdzie znajduje się jedna z kilku romańskich świątyń rotundowych. Kościół ten jest najmniejszym na wyspie, a i tak w związku z niską zabudowa bornholmskich wiosek krzyż świątyni górował nad wsią i dzięki temu bez trudu ją znalazłyśmy. Ze względu na odbywające się we wnętrzu nabożeństwo, nie wchodziłyśmy do środka, a tylko obeszły rotundę dookoła. Do Ronne dojechałyśmy kolejnym cyklovejem poprowadzonym wzdłuż dawnej linii kolejowej. Był to przyjemny kawałek trasy, gdyż droga biegnie wśród drzew i w wąwozie, więc byłyśmy osłonięte od wiatru, który tego dnia nieźle dał już nam popalić.

Ronne jest kolejnym maleńkim miasteczkiem z kolorową zabudową. Wjechałyśmy na rynek z postanowieniem zjechania drugiego śniadania – na obiad wciąż było za wcześnie. Znalazłyśmy miejscowa piekarnię, której zdjęcie zamieszczono w naszym przewodniku po wyspie, kupiłyśmy dwie kawy i trochę słodkiego pieczywa: bułkę z kawałkami czekolady i dwa ciastka francuskie osypane białym makiem. Posilone ruszyłyśmy dalej.  Obejrzałyśmy kościół (oczywiście z zewnątrz, bo trwało nabożeństwo) i kolejną latarnię morską- czwartą na naszej trasie. Ta była wyjątkowo malutka, ale bardzo ładna. Oczywiście zamknięta na głucho, co nas rozczarowało, bo przecież obchodzono w tym dniu międzynarodowy dzień latarń morskich!
Przy wyjeździe z miasta zauważyłyśmy biały bastion- budynek muzeum wojska. Niestety przy niedzieli większość muzeów na Bornholmie jest nieczynna.

Teraz nasz cyklovej prowadził nas do Dueodde. Po drodze widziałyśmy lotnisko i zjazd do Aakirkeby, gdzie znajduje się największa chyba atrakcja wyspy- Naturbornholm. My jednak nie miałyśmy go w planach.
Kolejny krótki odpoczynek i zejście nad Bałtyk wyszedł spontanicznie, gdy zobaczyłyśmy ścieżkę wśród drzew. Zaprowadziła nas ona do ciekawie zorganizowanego punktu widokowego. Był tam krąg ogniskowy i dwie wiaty, w których spokojnie można by rozłożyć śpiwory. Wokół rosło mnóstwo jeżyn i dzikich jabłek, którymi się uraczyłyśmy. Zaciekawiły nas kamienie na brzegu, gdyż nie były to już znane nam granity i gnejsy. Prawdę mówiąc nie wiem, jaka to była skała, bo nigdzie nie znalazłam na ten temat informacji (nie był to też piaskowiec) .  Dalej widziałyśmy kolejne wiatraki i … winnicę!

W południe stanęłyśmy u stóp Dueodde Fyr. I tu czekało nas największe rozczarowanie, a jednocześnie największy zachwyt. Latarnia, która zgodnie z przewodnikiem powinna być czynna, akurat była remontowana. Nasze rozgoryczenie jednak szybko minęło, gdy wspięłyśmy się na wydmę i naszym oczom ukazał się południowy cypel wyspy. Wydmy w tym miejscu są niesamowicie szerokie i porastają je wrzosy oraz inna wydmowa roślinność. Widok wrzosowisk schodzącego do morza zapadł mi głęboko w serce. Siedziałyśmy w zachwycie i nie chciało nam się ruszać dalej. Dopiero, gdy na wydmach pojawili się ludzie (dotychczas było zupełnie pusto!) wróciłyśmy na ścieżkę. Sfotografowałyśmy nie tylko wysoką i smukłą latarnię, ale także jej poprzedniczkę, smutno stojącą obok i niszczejącą w zapomnieniu.
Doeodde jest popularne wśród Polaków, jednak znacznie różni się zasadniczo od naszych kurortów. Nie ma tu głośnej muzyki ani modnych knajp. Przy głównej drodze zauważyłyśmy zaledwie dwie restauracyjki, oblężone przez naszych rodaków. Zrezygnowałyśmy więc z obiadu w tym miejscu. Domki letniskowe i campingi porozrzucane są po lesie i nie łączą się w jedną spójną całość. Kolejna piaszczysta plaża – w Broens Odde też pokryta była grubą warstwą wodorostów co całkowicie uniemożliwiało kąpiel w morzu i plażowanie.
Obiad zjadłyśmy w Snogabaek. Jest to niewielka miejscowość wypoczynkowo-portowa z dosyć ładną mariną, położona w pobliżu rezerwatu ptaków. To tu zaopatrzyłyśmy się w drobne pamiątki- szklane wisiorki i naklejki firmy Bobedixen. Urzekły nas rowerowe motywy.
Na obiad zaserwowałyśmy sobie pizzę hawajską (Gui już nie chciała śledzia, bo ma ości!) Jakież było nasze zdziwienie, gdy się okazało, że oprócz znanych nam dodatków, czyli szynki, ananasa i sera, na naszej pizzy znalazły się… pieczarki!
Najbardziej znaną piaszczystą plażę Bornholmu- Balkę ominęłyśmy szerokim łukiem.

Po 15.00 znalazłyśmy się w Nexo. Zrobiłyśmy zakupy w postaci piwa z Sveneke, ciasteczek z Nexo, ciemnego chleba i anyżowych landrynek. Teraz miałyśmy czas na obserwację życia wyspy. Zaglądałyśmy ludziom w okna (wiem, że to nie ładnie, ale w bornholmskich oknach były nieraz zaskakujące wystawki), zachwycałyśmy się niską zabudową i panująca tu ciszą. Dyskutowałyśmy o tym, jak żyje się w miejscu odciętym tak naprawdę od świata. Gui zastanawiała się, czy młodzież dobrze czuje się tu, gdzie nie ma głośnych koncertów, akademickich miast. Zauważyłyśmy, że wiele domów w Nexo i innych miasteczkach jest wystawiona na sprzedaż, co znaczy, że wyspa się wyludnia.

A potem zaczął padać deszcz i trzeba się było schronić w porcie. O 17.00 znalazłyśmy się na katamaranie.  
P.S. Będzie jeszcze jeden wpis podsumowujący wyprawę. 

Gdzie mieszkają trolle?

- A może wybierzemy się na Bornholm?- wypaliła Gui pewnego czerwcowego popołudnia, gdy już wiedziała, ze nie wszystkie kunsztownie układane plany da się zrealizować. – Tam jest Az pięć latarń morskich! Zdobyłabym złotą odznakę miłośnika latarń.- Gui była coraz bardziej podekscytowana, a jej zapał i mnie zaczął się udzielać. Przecież już rok wcześniej taka idea pojawiła się w czasie rozmów ze znajomą.  Należało więc pomysł przemyśleć i zająć się realizacją.
Wreszcie w środku długiego sierpniowego weekendu znalazłyśmy się na katamaranie płynącym do Nexo.  My dwie, nasze rowery i sakwy załadowane śpiworami, karimatami , namiotem i prowiantem.

 Zaopatrzone w mapę i przewodnik po raz kolejny planowałyśmy trasę. Wiedziałyśmy, że mając do dyspozycji tylko niecałe dwa dni (katamaran przypływał o 11.00, a odpływał o 17.30 ) nie zobaczymy wszystkiego. Musiałyśmy atrakcje obowiązkowe i warianty , gdyby się udało więcej.




Statek zawinął do portu w Nexo przed 12.00. Już na starcie miałyśmy więc godzinę opóźnienia. Szybko wjechałyśmy do miasteczka, by znaleźć bank i wybrać duńskie korony ( w Trzebiatowie nie udało się ich kupić). Zwiedzanie Nexo zostawiłyśmy sobie na następny dzień. 


Pierwszy postój zaplanowałyśmy w Sveneke, gdyż tam stała pierwsza na naszej trasie latarnia morska. Tam też bliżej zaznajomiłyśmy się ze wschodnim wybrzeżem wyspy. Widok ogromnych głazów porozrzucanych w płytkiej wodzie i zieleni wyrastającej miedzy głazami nie da się opisać.


Potem wpadłyśmy do portu i ruszyłyśmy w górę do miasteczka. Tam trafiłyśmy na lokalny jarmark, czyli mydło i powidło z przewagą rękodzieła i miodu. Spróbowałyśmy tez lokalnego jedzenia, czyli pączków z ciasta racuchowego smażonych na specjalnej patelni i podawanych z dżemem i cukrem pudrem.








A potem co chwila słychać było nasze okrzyki zachwytu, gdy wybrzeże stawało się coraz bardziej poszarpane i skaliste, a oczom naszym ukazywały się kolejne godne uwagi pejzaże.

Drugi dłuższy postój miałyśmy w Gudhjem, bo tam, zgodnie z przewodnikiem należało zjeść bornholmera, czyli wędzonego śledzia po bornholmsku. Nasza łamaną angielszczyzną zamówiłyśmy ów przysmak i po chwili stało przed nami danie składające się z wędzonego śledzia, tartej rzodkiewki i cebulki, surowego żółtka i kromki ciemnego pieczywa z masłem. W Gudhjem podziwiałyśmy kolejny port rybacki, maleńkie domki wrośnięte w strome zbocze i niesamowicie strome, kręte uliczki.
W drodze do kolejnego miasteczka- Tejn obejrzałyśmy kilka wiatraków, z których słynie wyspa, ale zatrzymałyśmy się przy… dzikiej gruszy i jeżynach. 


Planowy postój miałyśmy przy menhirach.
Miejsce magiczne, czuło się powiew historii i cudowności.
- Tu są trolle- szepnęłam do Gui.- Czuję ich obecność. – Gui popatrzyła na mnie z powątpiewaniem, ale baczniej przyjrzała się dzikiemu krajobrazowi z sterczącymi głazami prastarych grobów. Schyliłam się , by sfotografować karłwata roślinność, gdy usłyszałam rozpaczliwe wołanie:
- Mamo! – podniosłam wzrok znak jałowca, by zobaczyć , co stało się mojej córce.- No, jesteś. Nie widziałam cię i się przestraszyłam. Uwierzyłam w te twoje trolle.
- Magia miejsca zadziałała.- uśmiechnęłam się do siebie.




Teren wznosił się coraz bardziej i poczułyśmy, że jesteśmy w górach.  Rowerowe podjazdy były coraz trudniejsze. Około 17.00 znalazłyśmy się północnym cyplu wyspy – Hammeren. Majestatyczna góra robiła wrażenie. U jej podnóża zostawiłyśmy rowery i pieszo dotarłyśmy do drugiej tego dnia latarni morskiej. Chwila zachwytu nad pięknem pejzażu, podziwianie dzikiego wybrzeża, pamiątkowe zdjęcia przy latarni i szybkie zejście, bo dzień miał się ku końcowi, a my planowałyśmy jeszcze zobaczyć dwa ciekawe miejsce i znaleźć nocleg.



Pod kolejną latarnię wjeżdżałyśmy krętymi serpentynami o ogromnym nachyleniu. Na szczycie czekała na nas piękna latarnia Hammer Fyr, na którą można było wejść (nareszcie czynna latarnia!)
Ze szczytu widać było niedalekie miasteczka, średniowieczne grodzisko i cudny brzeg morski. Było też widać brzeg Szwecji, ale to zauważyłyśmy dopiero przeglądając zdjęcia.








Słońce było już stosunkowo nisko, gdy dojechałyśmy do kolejnego magicznego miejsca- ruin Hammershus. Zwiedzanie ich zajęło nam prawie godzinę, gdyż grodzisko jest olbrzymie i dobrze oznakowane. Przydała się też jako taka znajomość historii i sposobu budowania średniowiecznych warowni przećwiczona na schemacie zamku w Malborku. Dzięki temu mogłyśmy, posiłkując się informacjami w języku angielskim zamieszczonymi przy kolejnych ciekawych miejscach, poznać historię zamczyska i przeznaczenie poszczególnych ruin.  


Nocleg znalazłyśmy na Lyngholt Familie Camping. Rozłożyłyśmy namiot i pojechałyśmy kolejny raz nad Bałtyk, by obejrzeć zachód słońca. Już o zmroku wracałyśmy wśród menhirów i głazów lasu Finnedal.

To był pasjonujący dzień. O kolejnym napiszę w drugim wpisie.