wtorek, 22 listopada 2022

Black Friday i moje poszukiwania

 


Powiedzmy sobie szczerze, zakupy nie należą do moich ulubionych rozrywek, choć... pamiętam, że uwielbiałam się włóczyć po galeriach handlowych, a wizyty w Złotych Tarasach należą do moich ulubionych wspomnień z Warszawy. W artykuły pierwszej potrzeby (drugiej i trzeciej też) zaopatruję się na targowisku w Mirsku i w lokalnych sklepach. Są jednak takie artykuły, które kupuję przez Internet. Należą do nich książki, urządzenia AGD (raz na 20 lat) oraz jakieś dziwne przydasie, które wpadają mi w oko w czasie scrollowania.

piątek, 18 listopada 2022

Kotleciki z dyni i twarogu- niebanalny pomysł na obiad


 Dynia
to tradycyjny temat na moim blogu o tej porze roku. Znów urosło jej tyle, ze dzień bez dania z dynią zda się dniem straconym. Zupy, przekąski na słono i na słodko, przetwory królują na moim stole. Tym razem przygotowałam kotleciki.

środa, 16 listopada 2022

Wszystkie drogi prowadzą do Chatki Górzystów


Jeśli zapytać gości z czym kojarzą im się Góry Izerskie, to większość odpowie, że z naleśnikami w Chatce Górzystów. I nieważne, że, aby spróbować tego smakołyku muszą odstać w gigantycznej kolejce. Mnie też najczęściej pytają, jak dojść lub dojechać rowerem do Chatki Górzystów, a ja podpowiadam różne warianty trasy. Sama też wybieram za każdym razem inną drogę. Tym razem....

piątek, 11 listopada 2022

Szalony śląski weekend


Powiedzieć, że miałam udany weekend, to nic nie powiedzieć. Jak wiadomo , teraz wyjazd na kilka dni zdarza mi się rzadko, tym bardziej każdą okazję do wyjazdu wykorzystuję, jak się da. Ale... nawet nie przypuszczałam, że planowana od kilku miesięcy wizyta u bliskich w Radlinie będzie obfitowała w tyle atrakcji.

środa, 2 listopada 2022

Pogaduszki z moimi urządzeniami AGD


Gadacie ze swoimi maszynami?  Gładzicie z czułością pralki, zmywarki, lodówki, maszyny do szycia? Ja tak. I może dzięki temu służą mi od dziesięcioleci. 

wtorek, 1 listopada 2022

Zaduszkowe odwiedziny u sąsiadów


 Nieistniejącą drogą szłam przez opuszczoną wieś. Duchy dawnych mieszkańców zaglądały przez nieistniejące okna i zapraszały na herbatę. To był ich czas. Czas zaduszny.

sobota, 29 października 2022

Panna M. spaceruje po Górach Izerskich i Pogórzu


 Odwiedziny bliskich są zawsze dla nas wielkim wydarzeniem. A gdy przyjeżdża wnuczka, to już świat staje do góry nogami!

Tak było i tym razem. Do Domku pod Orzechem zawitała Panna M razem z rodzicami. Na co dzień Panna M. rezyduje na Kaszubach, więc góry były dla niej spora atrakcją. Niestety była nieco zakatarzona, co ograniczyło wycieczki. Nie mniej trochę pochodziliśmy i trochę pojeździliśmy po okolicy.

poniedziałek, 17 października 2022

Wegetariańskie flaczki z opieniek


 Jesień to cudowny czas dla wegetarian. Pyszne jedzenie samo pcha się pod nogi! Owoce, warzywa i grzyby są teraz najbardziej aromatyczne i najsmaczniejsze. I choć mamy już mnóstwo zapasów, to wciąż ciągnie mnie do lasu i do dzikich sadów. Tym razem wybrałam się na opieńki. Spędziłam w lesie kilka godzin na bezowocnych poszukiwaniach, obeszłam swoje miejscówki i nic... Zrezygnowana poszłam w nowe miejsce i... były! Całe mnóstwo ślicznych młodziutkich opieniek.

Co z nich przygotowałam?

O tym właśnie jest ten post!

niedziela, 16 października 2022

Niezbędnik Jesieniary


 I znów mamy październik! Odżywam, kwitnę, młodnieję.

To może brzmieć dziwnie, bo przecież w październiku mam urodziny, więc powinnam czuć się starsza, może przygnębiona upływającym czasem. Nic podobnego! Jesień to mój czas!

poniedziałek, 10 października 2022

Z Jelenew na trening

Moja współpraca z Jelenew zaczęła się od odzieży o sportowym charakterze, ale rekreacyjnym przeznaczeniu. Nie oznacza to jednak, ze w swoim portfolio marka nie ma propozycji dla sportowców. W tym roku w jej ofercie pojawiły się najpierw podstawowe bibsy (kolarskie spodenki z wkładką) oraz jeden model kolarskiej koszulki występujący w paru naprawdę ładnych kolorach. Obecnie Jelenew skupia się na rozbudowie oferty sportowej - pojawiają się kolejne modele spodenek, bluzy z długim rękawem, koszulki typu "first layer", akcesoria. Dziś jednak krótka recenzja zestawu bazowego, z którym przejechałam już jakieś kilkaset km, więc uczciwie mogę o nim opowiedzieć. 


Spodenki, jak spodenki - czarne, klasyczne, świetnie pasują do wszystkiego. Wykonane z nieco matowego, lekko kompresyjnego materiału. Nie przesuwają się podczas jazdy, dobrze przylegają do sylwetki, a jednoczenie nie uciskają nadmiernie. Silikonowa taśma na dole nogawek jest na tyle delikatna, ze nie powoduje u mnie podrażnień (co wcale nie jest takie oczywiste w przypadku kontaktów mojej skóry z kolarskimi gatkami). Spodnie na swoim miejscu trzymają też szelki. Są miękkie, odpowiednio wyprofilowane, nie uciskają, ale trzymają się, gdzie trzeba. 


Sama wkładka również się sprawdza. Początkowo podchodziłam do niej nieufnie, ale po kilku wypadach zarówno na szosę, jak i w las - polubiliśmy się bez dalszych pytań. Kilkugodzinne wypady na rower upływają w nich pod znakiem komfortu (chyba, ze komfort ten zaburza wiejący w twarz wiatr) - nie nabawiłam się żadnych obtarć, czy odparzeń. 




Osobnym tematem jest za to koszulka. Nie tylko nie miałam w swojej szafie, ale nawet w rękach tak precyzyjnie wykonanego ubrania. Cienki, delikatny w dotyku materiał i siateczka po bokach doskonale sprawdzają się w największe upały. Dodatkowo wzmacniane kieszonki (klejone od środka szwy) wytrzymają wyposażenie nawet na dłuższą wycieczkę. Mimo lekkości koszulka jest naprawdę solidnie wykonana, występuje w całej gamie twarzowych kolorów. Cały ten set, mimo że bardzo prosty - wygląda bardzo stylowo. 




W moim przypadku dopełnieniem tego zestawu jest jeszcze sportowy biustonosz - ma piękną linię dekoltu przywodzącą mi na myśl retro sukienki w stylu PinUp. Ładnie się układa, dobrze trzyma, co ma trzymać, dobrze spełnia swoją funkcję i ma fajny energetyczny kolor. 



Czarny set Jelenew, który widać na zdjęciach jest co prawda ewidentnie zestawem letnim, niemniej - zestawiony z nogawkami i koszulką termiczną sprawdza się doskonale również jesienią i zdecydowanie jest to rzecz, którą z czystym sumieniem mogę Wam polecić. 
Post jest wynikiem mojej współpracy z marką Jelenew

niedziela, 9 października 2022

Muzeum Karkonoskie w Jeleniej Górze


 Nie mam pojęcia jak to się stało! Od tylu lat jeżdżę do Jeleniej Góry, zachwycam się nią i... nigdy nie dotarłam do Muzeum Karkonoskiego! W końcu należało to zmienić, a pretekstem było zwiedzanie wystawy fotografii górskiej. Ale po kolei!

czwartek, 6 października 2022

STWARZANIE ŚWIATA czyli Władysław Hasior w BWA w Jeleniej Górze


 Sztuka współczesna nie jest najłatwiejsza w odbiorze i nie każdy ją lubi. Mnie fascynuje od lat, największą miłością darzę instalacje. Zastanawiam się, czy miłość ta nie narodziła się pewnej zimy w Zakopanem, gdy wspólnie z ojcem wędrowałam zaśnieżonymi uliczkami, zaglądając w najdalsze zakamarki. To wtedy poznałam twórczość Magdaleny Abakanowicz i jej tkaniny pokazywane w zakopiańskim BWA , wówczas też znaleźliśmy dziwną galerię Władysława Hasiora, a ja przepadłam. I moja fascynacja Hasiorem trwa niezmiennie od prawie 40 lat.

wtorek, 27 września 2022

Sportowo, stylowo, kobieco - Jelenew

Jaka jest prawidłowa ilość ubrań rowerowych? N+1, gdzie N oznacza liczbę obecnie posiadanych. Tym konsumpcyjnym sucharem, chcę rozpocząć cykl wpisów dotyczących odzieży rowerowej marki Jelenew, z którą mam przyjemność współpracować już od jakiegoś czasu. Będą to więc recenzje poparte testami trwającymi nawet kilka miesięcy. 

poniedziałek, 26 września 2022

Olejki z CBD- o co tyle hałasu?

 


Konopie to słowo powodujące bardzo różne skojarzenia. Moje pokolenie pewnie od razu widzi szklaną tablicę w gabinecie przedmiotowym, młodsze charakterystyczny listek, trójbarwną flagę, muzykę reggae, do tego pojawiają się tajemnicze skróty THC i CBD... I o olejkach z CBD będzie ten post.

czwartek, 15 września 2022

Codzienność Domku pod Orzechem

 


Jakoś mnie mniej na blogu... Wciągnęły mnie inne media: Instagram, TikTok. Jakoś szybciej i łatwiej tworzy się tam posty, szybciej dociera do czytelników. No i nie ma co ukrywać: przy tej szybkości Internetu, jaką mamy po prostu jest większa szansa, że w ogóle uda się coś opublikować.

To jednak nie oznacza, że porzucam bloga. Nic z tych rzeczy! Muszę tylko wrócić do pewnej blogowej rutyny i tyle.

czwartek, 8 września 2022

Domowe SPA z kosmetykami AVON


 Zasłużyłam na odpoczynek. Tegoroczne lato było wyjątkowo pracowite i ekscytujące. Dużo się działo, spotkałam mnóstwo ciekawych ludzi, wzięłam udział w kilku ciekawych wydarzeniach. W niektóre zaangażowałam się osobiście. Było świetnie, ale czuję się wymęczona sezonem. Póki co nie mogę jeszcze pojechać na mini urlop, ale mini spa mogę sobie urządzić w mojej łazience.

czwartek, 1 września 2022

Papryka faszerowana kozim serem i ziołami


 Co widzisz, idąc na spacer? Pewnie łąki, zagajniki, las... Ja wszędzie widzę potencjalny obiad!

Izerskie łąki po pokosie i deszczach zazieleniły się od nowa. Pełne są delikatnych jadalnych listków wszewłogi, krwawnika, szczawiu, babki, przytuli. Nic tylko rwać i przetwarzać! Tym razem zerwane na spacerze zielsko stało się składnikiem farszu do papryczki.

piątek, 26 sierpnia 2022

Święto Ceramiki w Bolesławcu


Odwiedziny w Bolesławcu w czasie corocznego święta weszło do tradycji Domku pod Orzechem. Moja kuzynka planuje tak urlop, by w połowie sierpnia zawitać do Giercyzna, spędzić tu kilka przyjemnych chwil i pojechać do Bolesławca. W tym roku grono odwiedzających było większe i do Bolesławca pojechała pięcioosobowa kobieca ekipa.

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

Gravmageddon 2022, czyli o pogodzie i przygotowaniu

 Gdy rok temu ukończyłam pierwszą edycję Gravmageddonu, nie wiedziałam jeszcze, jak szybko zatęsknię do tej atmosfery i nocy na rykowisku. Co więcej moja rowerowa stajnia wzbogaciła się o urodzinowy prezent od Krzysia - rasowego górala, idealnego do pokonywania mniej gościnnych fragmentów trasy wspomnianego maratonu. Niepomna zeszłorocznych doświadczeń zapisałam się, oczywiście, na długi dystans, licząc w skrytości ducha, że w międzyczasie trasa ulegnie może jakimś niewielkim zmianom...

Do Domku pod Orzechem przyjechałam na tydzień przed planowanych startem. W planach miałam troszkę pojeździć rowerem, przede wszystkim jednak stawiałam na odpoczynek. Kilka dni w towarzystwie rodziców upłynęło mi szybko i beztrosko. Wcześniej przejechałam niektóre z fragmentów trasy, które w zeszłym roku okazywały się dla mnie wyjątkowo trudne - ścieżkę za Barcinkiem czy szlak do Siedlęcina - oba one nawet w dzień nie wzbudzały we mnie specjalnego entuzjazmu. Już przed startem założyłam więc, że niektóre fragmenty najwyżej przejdę - dając sobie na to w pełni świadomą zgodę ;) Na ten rok nie poczyniłam żadnych założeń w kwestii czasu przejazdu, czy średniej, jaką chciałabym uzyskać. Niewiele jeździłam, więc forma pozostawiała wiele do życzenia i wolałam podejść do tego na zupełnym luzie, z zastrzeżeniem jednak, że fajnie byłoby dotrzeć do mety w sobotę przed zmierzchem. 



W czwartek po południu pojechałyśmy z mamą do Szklarskiej Poręby, gdzie ponownie mieściła się cała baza imprezy. Tym razem jednak usytuowana była przy hotelu Bornit - większość zamieszania rozgrywało się na terenach zielonych przy chacie grillowej, ale na odprawę techniczną wspięliśmy się na taras widokowy obiektu - rozciągający się stamtąd widok zapierał dech w piersiach. Zaskoczeniem był dla mnie widok Krzysia - ze względów zawodowych miał dojechać dopiero w czwartek wieczorem i uznał, że od razu skieruje się do Szklarskiej, gdzie porobi już zdjęcia i porozmawia z ludźmi. Wraz z mamą wypatrzyłyśmy też Pawła - zaprzyjaźnionego izerskiego fotografa, który kilka dni wcześniej pytał, z kim się kontaktować w sprawie robienia zdjęć w trakcie tego wydarzenia. Zarówno Krzyś, jak i mama mieli jeszcze do ustalenia pewne szczegóły organizacyjne z Mariuszem - te dotyczące Pit Stopu w Domku pod Orzechem oraz te związane z piątkowym upałem i obecnością Krzysia na trasie. Do samochodu mamy spakowano kilka skrzyń owoców dla zawodników, kawę, zbiorniki na wodę, izotonik.



Po powrocie do domku kończę przygotowywać rower - pakować wszystkie niezbędne rzeczy - elektronikę, ogniwa do latarek, jedzenie, ubrania na zmianę. Rzutem na taśmę dorzuciłam parę ubrań "na w razie czego", które do Gierczyna pojechały ze mną z myślą o wcześniejszych przejażdżkach, a nie starcie. I jak się okazało później - dobrze, że to zrobiłam... Szybka kolacja i do spania, bo czekała mnie pobudka o 5 rano...

Poranną owsiankę zjadłam jedynie z rozsądku - żołądek zaczynał skręcać się w supełek w przedstartowych nerwach. Wypiłam kawę, wbiłam się w strój rowerowy i ruszyliśmy na start. Rodzice też się już krzątali po domu - zaczynali przygotowania do czekającego ich wyzwania. Wiele rzeczy było zrobionych już wcześniej, ale ciasto musiało być przecież świeże... 



W Szklarskiej Porębie odebrałam nadajnik GPS, za pomocą którego można było śledzić mnie na trasie, dopytałam jeszcze o ostatnie szczegóły przebiegu śladu i starałam się nie dawać po sobie poznać, jak bardzo jestem zdenerwowana. Na niewiele się to zdało, gdyż tuż po starcie, zamiast skierować się na trasę, skręcam w ścieżkę kończącą się schodami. Na szczęście szybko zostaję z niej zawrócona i jadę dalej prawidłowo. Niedługo później okazuje się, że część moich towarzyszy, którzy również startowali o 8:15 ma wgrany w nawigacji zeszłoroczny ślad, który różni się paroma istotnymi szczegółami w przebiegu trasy. Ot, choćby miejscem startu... Tym sposobem do 7 km jadę w grupie. Ze względu na dużą liczbę zawodników, którzy startują jeszcze za mną nazywam ten dzień "dniem konwersacyjnym" - co chwilę ktoś mnie mija, z kilkoma zawodnikami się tasuję - oni jadą szybciej, ale częściej stają.


Robi się coraz cieplej. Przejazd przez Orle, w okolicy Chatki Goszystów czy przy Kopalni Stanisław przebiega jeszcze dosyć komfortowo, po zjeździe z Zakrętu Śmierci uzupełniam jednak bidony u Krzysia, który tego dnia poza rolą fotografa ma też inne zadanie - pojawi się w kilku miejscach z wodą dla zawodników.  Przejazd na Rozdroże Izerskie zacienionym szutrem jest całkiem przyjemny. Później Płoka, Wysoka, Modrzewiowa Droga, zjazd do Świeradowa i...podjazd pod Drwale. Upał staje się nie do zniesienia. Zsiadam z roweru i moczę stopy w przydrożnym cieku. Wodą ochlapuję też głowę. Na szczycie spotykam kilku zawodników, którzy nie tak dawno mnie wyprzedzali - teraz odpoczywają pod drzewem. Jadę dalej - ku Katordze. Ostrzegam jeszcze przed tym zjazdem napotkanego zawodnika i lecę w dół. Jest równie paskudnie, co rok temu - tym razem wprawdzie nie ma turystów, ale za to drogą ściągano pnie drzew, w związku z czym asfalt pokryty jest ich włóknami i korą - nic przyjemnego. 


Później zjazd singlami i kilkadziesiąt kilometrów po pogórzu. Miałam nadzieję, że będzie to część trasy, na której troszkę odpocznę - o ja naiwna! Słońce pali niemiłosiernie, powietrze stoi w miejscu, głębszy wdech wydaje się zupełnie niemożliwy. Brzegi mijanych strug są wysoki i strome, albo strasznie zarośnięte. Każdą plamę cienia witam, jak wybawienie, każdy wyjazd znowu na słońce wypompowuje ze mnie siły. W końcu widzę mostek, a tuż obok niego ścieżynkę. Rzucam rower na trawę i wchodzę do wody - moczę stopy, chłodzę łydki, opłukuję dłonie. Mam wrażenie, że mimo zastosowania kremu z filtrem, mam poparzoną skórę. Nowy odcinek - do Stankowic - niesamowicie malowniczy, wiodący wśród pól staje się moim tegorocznym koszmarem. Kilkakrotnie muszę po prostu się zatrzymać, by złapać głębszy oddech. Marzę o chmurach, lekkim wiaterku i temperaturze w okolicy 25 stopni. 


Po drodze zdarza mi się jeszcze z kimś pożartować, chwilę porozmawiać. Niektórzy pytają, gdzie mogą spodziewać się Krzysia z wodą, gdzie zaplanował kolejne przystanki - wielu zawodników korzysta z możliwości dolania wody do bidonów. Sam Krzyś jest później w lekkim szoku, gdy policzy ile tej wody zeszło mu w trakcie tej imprezy. Do Domku pod Orzechem, gdzie mieści się pit stop dojeżdżam ostatkiem sił. Moim marzeniem w tamtej chwili jest położyć się na chłodnej trawie w cieniu i leżeć. Zanim jednak mi się to uda muszę podejść niemal do połowy łąki - co najmniej kilkunastu rowerzystów korzysta już bowiem z tej możliwości odpoczynku. Niektórzy dokonują drobnych przeglądów sprzętu, inni coś jedzą czy piją, wielu po prostu odpoczywa. Jest jeszcze dość wcześnie, ale słyszę, że w Domku kończą się powoli miejsca noclegowe - także te na podłodze w kuchni. Na łąkę dojeżdża Edyta - ona także jedzie na MTB i właśnie mnie wyprzedza. Jest nas, według listy, pięć w tej kategorii, więc mam nadzieje na podium, ale nie przywiązuję się do tego specjalnie mocno. Nie w tym roku ;) Chwilę rozmawiamy, wskazuję Edycie łazienkę, sama słyszę od niej kilka naprawdę miłych słów. Odpoczywa krócej niż ja i szybciej zbiera się z łąki. Mi zajmuje to więcej czasu...


Przebieram się w świeży strój, jem coś, wypijam kawę, dopakowuję kieszonki i po półtorej godziny ruszam dalej. Zapada zmierzch. Na noc zapowiadają burze, ulewy, gradobicia. Wciąż mam nadzieję, że "przejdzie bokiem". Wjeżdżam na Modrzewiową Drogę i mknę w stronę Tłoczyny. Po drodze zatrzymuję się na ostrym zakręcie, by zrobić zdjęcie i jadę dalej. Dwa mostki, droga na Jelenie Skały, zjazd na Antoniów. Wyprzedzam Edytę w miejscu, gdzie ścieżka wiedzie dawno zapomnianym śladem drogi. Podczas wspinaczki na Kozią Szyję dogania mnie kolejny zawodnik. Chwilkę rozmawiamy, opisuję mu dalszy przebieg trasy, a później po prostu mozolnie wspinamy się na górę. Niebo zasnute jest chmurami i w oddali czasem coś błyska. Burza jest jednak daleko. Jedziemy zbliżonym tempem, więc kolejny odcinek pokonujemy wspólnie - jadę właściwie na pamięć, ten kawałek dobrze znam. Dojeżdżamy do Barcinka, gdzie czeka Krzyś - uzupełniam bidony, ostrzegam mojego towarzysza, że najbliższy docinek sprawia mi pewne problemy, więc fragmentami mogę iść i ruszamy w las. Wojciech jeździ zdecydowanie pewniej ode mnie, ale bardzo spokojnym tempem pokonuje trudności terenowe i ten jego spokój ułatwia i mnie ich pokonywanie. Niemniej po pewnym czasie, gdy koło ślizga mi się na ścieżynce zsiadam i idę. Tracę z oczu czerwoną lampkę Wojciecha, ale zobaczę ją już niedługo - w okolicy zapory w Pilchowicach. Chwilę będę go gonić, by zaraz później wspólnie szukać schronienia przed zbliżającym się oberwaniem chmury. Na przystanku w Wrzeszczynie spędzamy dłuższą chwilę schronieni pod folią razem z rowerami. Póki deszcz nas nie zagłusza chwilę jeszcze rozmawiamy.


Ulewa przechodzi, więc opuszczamy prowizoryczne schronienie i ruszamy dalej. Przed nami drugi z moich najnieulubieńszych odcinków tej trasy - ścieżka wzdłuż zbiornika wrzeszczyńskiego - wąska, i pełna obecnie mokrych i śliskich korzeni. I znowu - dzięki spokojnej jeździe mojego towarzysza niemały odcinek udaje mi się pokonać na siodełku, ale po kolejnym uślizgu zsiadam i idę. Docieram do Siedlęcina, gdy znów zaczyna lekko padać. Na razie jednak nic strasznego - jadę dalej. Na szlaku do perły Zachodu rozpoczyna się miarowa ulewa. Nie ma się gdzie schować. Do Jeleniej Góry docieram przemoknięta. Spotykam Krzysia, szybko uzupełniam bidon i lecę dalej - chwilę rozważam, czy się nie zatrzymać, ale szybko pojawia się refleksja - po co? Jestem i tak doszczętnie mokra, przerwa spowoduje tylko wychłodzenie. Znam swoje ciało na tyle, by wiedzieć, że zatrzymanie na przystanku będzie oznaczało dla mnie koniec jazdy. Pod jedną z wiat spotykam niedawnego towarzysza - nie przemókł w takim stopniu jak ja, postanawia więc chwilę przeczekać. 

Deszcz przybiera na sile, burza jest coraz bliżej - błyskawice rozświetlają momentami całe niebo, a ja wspinam się na Górę Szybowcową. Na szczycie zatrzymuję się pod balkonem knajpki i zakładam dodatkowe termo - sprawdzam, czy trzy mokre warstwy grzeją lepiej niż dwie mokre warstwy. Grzeją. Widok jest niesamowity, ale widoczny tylko w tych ułamkach, gdy cały świat zalewa białe światło błyskawicy. Wiem, że powinnam pozostać w ciągłym ruchu, w  przeciwnym razie przemarznę. Z Szybowcowej nie jestem w stanie zjechać po mokrej trawie w czasie ulewy. Idę więc przed siebie energicznym krokiem. Liczę na to, że wypada się i przestanie, ale deszcz będzie mi towarzyszył do rana. 



Kolejne kilometry to naprzemienna jazda i prowadzenie roweru. Robi się zimno, na zjazdach przemarzam, mimo że jadę powoli, ostrożnie. Na podjazdach robi mi się troszkę cieplej, gdy zjeżdżam z asfaltów sporo prowadzę rower - nie ufam mokrym kamieniom i korzeniom. Docieram do drugiego pitstopu, pod Schroniskiem Szwajcarka. Robi się już szaro, unoszą się zimne mgły. Temperatura spada do 11 stopni. Wciągam rower na górę i, upewniwszy się, że nie ma nic ciepłego do picia - sprowadzam go na dół. Po drodze spotykam Mariusza, który idzie z ciepłą herbatą dla uczestników, którzy schronili się na punkcie. Na mnie ciepły napój czeka na dole wraz z Krzysiem. Piję herbatę, jem bułkę z serem i ruszam w stronę Mniszkowa - na długim podjeździe płaczkę, klnę, zagryzam zęby. Mam dość. Bolą mnie stopy, jestem przemoczona, obtarły mnie spodenki, jest zimno. Ale prę przed siebie. Przed kolorowymi jeziorkami przestaje padać, wieje, drogi przesychają. Przebieram się w suche ubrania. Zakładam na siebie wszystkie warstwy, które jeszcze mogę - nogawki, termo, ciepłą bluzę, wiatrówkę. Mam nieustająco mokre buty i...biustonosz. Jem śniadanie, z zimna zaczynam się trząść, więc ruszam na jeziorka, które pokonuję spacerem. 



Na zjazdach klnę na inżynierów, którzy wymyślili betonowe przepusty na leśnych drogach - nie potrafię ich przeskoczyć, więc zwalniam, by pokonywać je jak najłagodniej. Momentami jest jeszcze mokro, gdy akurat wjeżdżam w mgłę, ale deszcz ustał. Zaczynam czuć się lepiej, mija najgorszy kryzys. Pilnuję jedzenia, picia i staram się nie liczyć ile przewyższeń pozostaje mi na ostatnich 100 km. Wyklinam na Czarnów, w Kowarach spotykam Krzysia, łapię coś do picia i jadę. Zachwycam się parkiem w Bukowcu, nie pamiętam, czy w zeszłym roku przez niego jechaliśmy. Pod Zamek Księcia Henryka rower podprowadzam, z góry sprowadzam - dzięki temu, ze ułożyłam to sobie w głowie nie tracę czasu na bezowocnych próbach, wsiadaniu, zsiadaniu - po prostu - idę. 

A później zaczyna się droga przez mękę. Podjazd z Sosnówki do Karpacza. Ciągnie się i ciągnie. Robi mi się za ciepło, za duszno, nie pamiętam, jak długi on jest, wiem za to, że w Karpaczu czeka Krzyś. Nie wiem ile czasu mija. Dla mnie jakieś pół wieczności zanim wreszcie dojeżdżam. Pociesza mnie tylko fakt, ze tego roku było jakby mniej motocyklistów na tej trasie. W Karpaczu zdejmuję z siebie warstwy, uzupełniam wodę, jem i szybko ruszam przed siebie, bo chwila w cieniu powoduje, ze robi mi się zimno - daje o sobie znać zmęczenie. Przede mną Olbrzymy. W zeszłym roku kosztowały mnie dużo stresu, bo są techniczne. W tym po prostu przeszłam fragmenty, których nie umiała przejechać. 

Później już tylko cudowny zjazd do Przesieki, Podjazd do Zachełmia, Piechowice, Michałowice, Złoty Widok niemal przebiegnięty po skałach i jazda do mety. Ostatnie kilka km. zrobiłam na stojąco - na siedząco bolał mnie tyłek i kolana. Ostatni podjazd do mety nie brał jeńców - nie wiek ile %, ale tyle, że gdy się zorientowałam, że będzie bolało, to nie było już mowy, by się zatrzymać i wypiąć stopę z pedałów. Dociągnęłam się jednak pod kościół, starając się nie klnąc zbyt głośno. Dwa zakręty i wjazd na metę. Byłam w tym miejscu ponownie po 34h i 22min. Poprawiłam zeszłoroczny czas, ale trasa była nieco krótsza. Samej jazdy było 28h i 21 min, czyli 6 godzin spędziłam na różniej natury postojach. 


Na mecie spędziłam tylko chwilę, bo przykryta przez Krzysia kocem mało nie zasnęłam na leżaku. Zjadłam więc makaron (pyszny!), zapozowałam do kilku zdjęć i pojechaliśmy do domku spać. Rodzice zmęczeni, ale szczęśliwi ogarniali się właśnie po drugim dniu obsługiwania zawodników. Czworo ze startujących w sobotę spało tej nocy w Domku, spotkaliśmy się więc przy śniadaniu. Chwila rozmowy z 11letnim (!) Benkiem, który z tatą pokonywał trasę SHORT, nieco relaksu w ogródku i o 11 byliśmy ponownie w Szklarskiej Porębie. Tym razem jednak razem z mamą i kuzynką Marysią. Na 12 zaplanowano dekorację zwycięzców długiego dystansu. Z pewnym zdziwieniem przyjęłam informację o swoim zwycięstwie w kategorii MTB wśród Pań. Ucieszyło mnie to bardzo. Kolekcja bolesławieckiej rowerowej ceramiki wzbogaciła się o kolejne elementy, podobnie jak moja rowerowa garderoba. 


Cudownie było spotkać się jeszcze z ludźmi, porozmawiać o przejechanej trasie - w zeszłym roku w niedzielę było duuuużo spokojniej, ale to pewnie kwestia liczby uczestników i famy, jaka się rozniosła po kolarskim światku - że w Górach Izerskich jest najlepiej. 

I już tradycyjnie - garść podziękowań:

Krzysiowi - że był, że poganiał, motywował, troszczył się i opiekował - o mnie i o całą masę innych zawodników, którzy pierwszego dnia baaardzo potrzebowali wożonej przez niego wody.

Mamusi i tatusiowi za święty spokój na tydzień przed tym wzywaniem.

Mariuszowi i Łukaszowi za świetną organizację i piękną trasę. I widzimy się za rok - już nie mówię, ze nigdy więcej, tylko wypatruję zapisów ;) 

Wszystkim, którzy kibicowali, trzymali kciuki, słali ciepłe myśli <3

I tym, którzy podeszli do mnie w trakcie tej imprezy powiedzieć, że poprzedni wpis dobrze się czytało. :D Do usług!

Albumy Krzysia:

Album 1

Album 2


wtorek, 26 lipca 2022

Otwarte Ogrody Pogórza Izerskiego

 


Lubię inicjatywy oddolne, to chyba wszyscy wiedzą. Niejedną sama inicjowałam, często kosztem stresu i zarwanych nocek. Tym razem pomysłodawcą był ktoś inny, a ja nie mogłam przejść obojętnie obok takiego pomysłu!

czwartek, 14 lipca 2022

Jak pomóc dziecku zrozumieć emocje? Bajki terapeutyczne


 Emocje... Jakże często bagatelizowane i marginalizowane... Tłamszone.

Ile razy słyszeliśmy nie histeryzuj, nie przesadzaj... A jak często sami użyliśmy tych słów?

Warto się nad tym zastanowić i pomyśleć nim znów powiemy „Mężczyźnie nie wypada płakać”, „To tylko kobiece fanaberie”, „No już, nie płacz, przecież nic się nie stało”...

czwartek, 7 lipca 2022

Grodziec i okolice- nieplanowa wycieczka na Pogórze Kaczawskie

 


Gdy stoi się na Kuflu z twarzą zwróconą na północ, zobaczyć można nie tylko Pogórze Izerskie, ale także Góry Kaczawskie i ich pogórze. Na horyzoncie majaczą też dwie dziwnie wyglądające górki. Jedna to Ostrzyca Proboszczowicka, druga …

środa, 29 czerwca 2022

Szukając ochłody w czerwcowe upały

 


Czerwiec zaskoczył upałami. Zamiast długich eskapad po górach ograniczyłam się do wędrówek nad potok i gdy w końcu zdecydowałam się wybrać na rowerową wycieczkę, szybko ją nad potokiem skończyłam. Ale po kolei...

wtorek, 21 czerwca 2022

Małżeńska sypialnia w Domku pod Orzechem. Z cyklu remontowe anegdoty


 Mówi się, że szewc bez butów chodzi i trochę racji w tej ludowej mądrości można znaleźć.

Gdy przeprowadzaliśmy się do Domku pod Orzechem, zadbaliśmy o wygodę naszych gości, przygotowując schludne i funkcjonalne pokoje i kuchnię. Natomiast parter długo musiał czekać na swoją kolej. Do tego zaczęliśmy od tych pomieszczeń, które udostępniamy naszym gościom, sypialnię zostawiając sobie na koniec.

poniedziałek, 13 czerwca 2022

Czym będę pachnieć latem?

 


Lato coraz bliżej, ciepłe promienie słońca, a nawet chwilowy żar lejący się z nieba przypominają, ze to już tuż tuż. Czas zamienić zimowe zapachy na letnie i zapachnieć latem. A jak pachnie lato?

środa, 8 czerwca 2022

"Empuzjon" Olgi Tokarczuk moje refleksje


Należę do tych osób, które z niecierpliwością wyczekiwali nowej powieści Olgi Tokarczuk, zwłaszcza, ze po Noblu na rynek trafił jedynie Czuły narrator. Miłośnikom prozy Noblistki nie pozostało nic innego, jak czytać wywiady w prasie i odświeżać wcześniejsze utwory. Wreszcie gruchnęła wieść, że oto na półki trafi „Empuzjon” . Powieść zamówiły mi dzieci na Dzień Matki i dostałam ją natychmiast po premierze. Domyślacie się, że zaczęłam czytać od razu!

czwartek, 2 czerwca 2022

Praga z perspektywy dziecięcego wózka


Podróże z dziećmi są świetnym sposobem na budowanie wiezi między rodzicami i ich pociechami. I choć czasem taka podróż bywa męcząca, to warto zabierać dzieci nawet w dalekie trasy. My podróżowaliśmy po Polsce bez względu na wiek naszych pociech, więc i Gui nie widzi problemu w organizowaniu wyjazdów z Małą M. Do Pragi pojechałyśmy we trzy, a wycieczkę zaplanowała tak, by Mała M. miała z tej wyprawy jak najwięcej frajdy.

poniedziałek, 30 maja 2022

Praskie zachwyty czyli Praga niekoniecznie na weekend

Nigdy nie byłaś w Pradze?

 


Dziwne, prawda? Zwłaszcza gdy mieszka się 10 km od czeskiej granicy i można skorzystać z wielu różnych opcji dojazdu do stolicy Czech. Nadszedł jednak czas, by zmienić tę sytuację. Gui wpadła na pomysł, że zwiedzimy Pragę w ramach Dnia Matki.

niedziela, 22 maja 2022

Izerski klasyk- rowerem po Wysokim Grzbiecie

 


Czytając mojego bloga można odnieść wrażenie, że Góry Izerskie to Kamienicki Grzbiet i okolice.

Prawdą jest jednak to, że większość turystów zagląda na Grzbiet Wysoki, gdzie ja pojawiam się rzadko. Ale czasem i mnie poniesie na popularniejsza część Gór Izerskich.

poniedziałek, 16 maja 2022

Randka z mężem- Gryfów Śląski i Jezioro Złotnickie


Wspólnie spędzony czas jest bezcenny i nawet wówczas, gdy mieskza się razem, codziennie pije wspólnie poranną kawę i wydaje się, ze już bardziej razem się nie da, to warto czasem zrobić coś szalonego, odmiennego, by nie popaść w rutynę. Bo powiedzmy sobie szczerze, nic tak skutecznie nie zabija związku jak rutyna, przyzwyczajenie i nuda.

niedziela, 8 maja 2022

Kolarstwo ziołowe i zwiedzanie okolicy

 


Wiosna w pełni. Zazieleniło się , rozkwitło. Nawet rzepak zakwitł, co stwierdziliśmy ze zdumieniem, siedząc przed domem, pijąc kawę i spoglądając na Pogórze Izerskie. A skoro wszystko kwitnie, to czas zjechać na izerskie łąki i nazbierać ziół. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Spakowałam torby, torebki i pojemniki na zielsko, usmażyłam placek z pokrzyw, zaparzyłam kawę do termosu i wsiadłam na rower.

czwartek, 5 maja 2022

Zaskocz mamę na Dzień Matki


Nadszedł maj, a więc i Dzień Matki zbliża się wielkimi krokami. To idealna pora, by pomyśleć o prezencie dla najważniejszej w życiu kobiety. Firmy prześcigają się w pomysłach na celebrację tego dnia i mając trochę czasu, można naprawdę zaskoczyć swoją mamę. W takich momentach żałuję, że ja już nie mam mamy i niczym jej nie zaskoczę, a teściowej mogę prezent wysłać.

środa, 27 kwietnia 2022

Wiosenna tarta z chwastami


Zazieleniło się nareszcie. W ogrodzie jednak póki widać tylko apetycznie wyglądające liście podagrycznika, pokrzywę i mniszek lekarski. A to oznacza, ze to właśnie warzywa nieuprawne wrzucę do obiadu.

niedziela, 24 kwietnia 2022

Gdy woła mnie Kamienica


 Pogoda w tym tygodniu nie należała do takich, by chciało się wyjść gdzieś dalej niż na pobliską łąkę. Nawet śnieg popadywał. Ale... przyszła sobota i cudownie się rozpogodziło. Nic nie mogło mnie więc powstrzymać przed pójściem w góry!