Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izery. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

Gravmageddon 2022, czyli o pogodzie i przygotowaniu

 Gdy rok temu ukończyłam pierwszą edycję Gravmageddonu, nie wiedziałam jeszcze, jak szybko zatęsknię do tej atmosfery i nocy na rykowisku. Co więcej moja rowerowa stajnia wzbogaciła się o urodzinowy prezent od Krzysia - rasowego górala, idealnego do pokonywania mniej gościnnych fragmentów trasy wspomnianego maratonu. Niepomna zeszłorocznych doświadczeń zapisałam się, oczywiście, na długi dystans, licząc w skrytości ducha, że w międzyczasie trasa ulegnie może jakimś niewielkim zmianom...

Do Domku pod Orzechem przyjechałam na tydzień przed planowanych startem. W planach miałam troszkę pojeździć rowerem, przede wszystkim jednak stawiałam na odpoczynek. Kilka dni w towarzystwie rodziców upłynęło mi szybko i beztrosko. Wcześniej przejechałam niektóre z fragmentów trasy, które w zeszłym roku okazywały się dla mnie wyjątkowo trudne - ścieżkę za Barcinkiem czy szlak do Siedlęcina - oba one nawet w dzień nie wzbudzały we mnie specjalnego entuzjazmu. Już przed startem założyłam więc, że niektóre fragmenty najwyżej przejdę - dając sobie na to w pełni świadomą zgodę ;) Na ten rok nie poczyniłam żadnych założeń w kwestii czasu przejazdu, czy średniej, jaką chciałabym uzyskać. Niewiele jeździłam, więc forma pozostawiała wiele do życzenia i wolałam podejść do tego na zupełnym luzie, z zastrzeżeniem jednak, że fajnie byłoby dotrzeć do mety w sobotę przed zmierzchem. 



W czwartek po południu pojechałyśmy z mamą do Szklarskiej Poręby, gdzie ponownie mieściła się cała baza imprezy. Tym razem jednak usytuowana była przy hotelu Bornit - większość zamieszania rozgrywało się na terenach zielonych przy chacie grillowej, ale na odprawę techniczną wspięliśmy się na taras widokowy obiektu - rozciągający się stamtąd widok zapierał dech w piersiach. Zaskoczeniem był dla mnie widok Krzysia - ze względów zawodowych miał dojechać dopiero w czwartek wieczorem i uznał, że od razu skieruje się do Szklarskiej, gdzie porobi już zdjęcia i porozmawia z ludźmi. Wraz z mamą wypatrzyłyśmy też Pawła - zaprzyjaźnionego izerskiego fotografa, który kilka dni wcześniej pytał, z kim się kontaktować w sprawie robienia zdjęć w trakcie tego wydarzenia. Zarówno Krzyś, jak i mama mieli jeszcze do ustalenia pewne szczegóły organizacyjne z Mariuszem - te dotyczące Pit Stopu w Domku pod Orzechem oraz te związane z piątkowym upałem i obecnością Krzysia na trasie. Do samochodu mamy spakowano kilka skrzyń owoców dla zawodników, kawę, zbiorniki na wodę, izotonik.



Po powrocie do domku kończę przygotowywać rower - pakować wszystkie niezbędne rzeczy - elektronikę, ogniwa do latarek, jedzenie, ubrania na zmianę. Rzutem na taśmę dorzuciłam parę ubrań "na w razie czego", które do Gierczyna pojechały ze mną z myślą o wcześniejszych przejażdżkach, a nie starcie. I jak się okazało później - dobrze, że to zrobiłam... Szybka kolacja i do spania, bo czekała mnie pobudka o 5 rano...

Poranną owsiankę zjadłam jedynie z rozsądku - żołądek zaczynał skręcać się w supełek w przedstartowych nerwach. Wypiłam kawę, wbiłam się w strój rowerowy i ruszyliśmy na start. Rodzice też się już krzątali po domu - zaczynali przygotowania do czekającego ich wyzwania. Wiele rzeczy było zrobionych już wcześniej, ale ciasto musiało być przecież świeże... 



W Szklarskiej Porębie odebrałam nadajnik GPS, za pomocą którego można było śledzić mnie na trasie, dopytałam jeszcze o ostatnie szczegóły przebiegu śladu i starałam się nie dawać po sobie poznać, jak bardzo jestem zdenerwowana. Na niewiele się to zdało, gdyż tuż po starcie, zamiast skierować się na trasę, skręcam w ścieżkę kończącą się schodami. Na szczęście szybko zostaję z niej zawrócona i jadę dalej prawidłowo. Niedługo później okazuje się, że część moich towarzyszy, którzy również startowali o 8:15 ma wgrany w nawigacji zeszłoroczny ślad, który różni się paroma istotnymi szczegółami w przebiegu trasy. Ot, choćby miejscem startu... Tym sposobem do 7 km jadę w grupie. Ze względu na dużą liczbę zawodników, którzy startują jeszcze za mną nazywam ten dzień "dniem konwersacyjnym" - co chwilę ktoś mnie mija, z kilkoma zawodnikami się tasuję - oni jadą szybciej, ale częściej stają.


Robi się coraz cieplej. Przejazd przez Orle, w okolicy Chatki Goszystów czy przy Kopalni Stanisław przebiega jeszcze dosyć komfortowo, po zjeździe z Zakrętu Śmierci uzupełniam jednak bidony u Krzysia, który tego dnia poza rolą fotografa ma też inne zadanie - pojawi się w kilku miejscach z wodą dla zawodników.  Przejazd na Rozdroże Izerskie zacienionym szutrem jest całkiem przyjemny. Później Płoka, Wysoka, Modrzewiowa Droga, zjazd do Świeradowa i...podjazd pod Drwale. Upał staje się nie do zniesienia. Zsiadam z roweru i moczę stopy w przydrożnym cieku. Wodą ochlapuję też głowę. Na szczycie spotykam kilku zawodników, którzy nie tak dawno mnie wyprzedzali - teraz odpoczywają pod drzewem. Jadę dalej - ku Katordze. Ostrzegam jeszcze przed tym zjazdem napotkanego zawodnika i lecę w dół. Jest równie paskudnie, co rok temu - tym razem wprawdzie nie ma turystów, ale za to drogą ściągano pnie drzew, w związku z czym asfalt pokryty jest ich włóknami i korą - nic przyjemnego. 


Później zjazd singlami i kilkadziesiąt kilometrów po pogórzu. Miałam nadzieję, że będzie to część trasy, na której troszkę odpocznę - o ja naiwna! Słońce pali niemiłosiernie, powietrze stoi w miejscu, głębszy wdech wydaje się zupełnie niemożliwy. Brzegi mijanych strug są wysoki i strome, albo strasznie zarośnięte. Każdą plamę cienia witam, jak wybawienie, każdy wyjazd znowu na słońce wypompowuje ze mnie siły. W końcu widzę mostek, a tuż obok niego ścieżynkę. Rzucam rower na trawę i wchodzę do wody - moczę stopy, chłodzę łydki, opłukuję dłonie. Mam wrażenie, że mimo zastosowania kremu z filtrem, mam poparzoną skórę. Nowy odcinek - do Stankowic - niesamowicie malowniczy, wiodący wśród pól staje się moim tegorocznym koszmarem. Kilkakrotnie muszę po prostu się zatrzymać, by złapać głębszy oddech. Marzę o chmurach, lekkim wiaterku i temperaturze w okolicy 25 stopni. 


Po drodze zdarza mi się jeszcze z kimś pożartować, chwilę porozmawiać. Niektórzy pytają, gdzie mogą spodziewać się Krzysia z wodą, gdzie zaplanował kolejne przystanki - wielu zawodników korzysta z możliwości dolania wody do bidonów. Sam Krzyś jest później w lekkim szoku, gdy policzy ile tej wody zeszło mu w trakcie tej imprezy. Do Domku pod Orzechem, gdzie mieści się pit stop dojeżdżam ostatkiem sił. Moim marzeniem w tamtej chwili jest położyć się na chłodnej trawie w cieniu i leżeć. Zanim jednak mi się to uda muszę podejść niemal do połowy łąki - co najmniej kilkunastu rowerzystów korzysta już bowiem z tej możliwości odpoczynku. Niektórzy dokonują drobnych przeglądów sprzętu, inni coś jedzą czy piją, wielu po prostu odpoczywa. Jest jeszcze dość wcześnie, ale słyszę, że w Domku kończą się powoli miejsca noclegowe - także te na podłodze w kuchni. Na łąkę dojeżdża Edyta - ona także jedzie na MTB i właśnie mnie wyprzedza. Jest nas, według listy, pięć w tej kategorii, więc mam nadzieje na podium, ale nie przywiązuję się do tego specjalnie mocno. Nie w tym roku ;) Chwilę rozmawiamy, wskazuję Edycie łazienkę, sama słyszę od niej kilka naprawdę miłych słów. Odpoczywa krócej niż ja i szybciej zbiera się z łąki. Mi zajmuje to więcej czasu...


Przebieram się w świeży strój, jem coś, wypijam kawę, dopakowuję kieszonki i po półtorej godziny ruszam dalej. Zapada zmierzch. Na noc zapowiadają burze, ulewy, gradobicia. Wciąż mam nadzieję, że "przejdzie bokiem". Wjeżdżam na Modrzewiową Drogę i mknę w stronę Tłoczyny. Po drodze zatrzymuję się na ostrym zakręcie, by zrobić zdjęcie i jadę dalej. Dwa mostki, droga na Jelenie Skały, zjazd na Antoniów. Wyprzedzam Edytę w miejscu, gdzie ścieżka wiedzie dawno zapomnianym śladem drogi. Podczas wspinaczki na Kozią Szyję dogania mnie kolejny zawodnik. Chwilkę rozmawiamy, opisuję mu dalszy przebieg trasy, a później po prostu mozolnie wspinamy się na górę. Niebo zasnute jest chmurami i w oddali czasem coś błyska. Burza jest jednak daleko. Jedziemy zbliżonym tempem, więc kolejny odcinek pokonujemy wspólnie - jadę właściwie na pamięć, ten kawałek dobrze znam. Dojeżdżamy do Barcinka, gdzie czeka Krzyś - uzupełniam bidony, ostrzegam mojego towarzysza, że najbliższy docinek sprawia mi pewne problemy, więc fragmentami mogę iść i ruszamy w las. Wojciech jeździ zdecydowanie pewniej ode mnie, ale bardzo spokojnym tempem pokonuje trudności terenowe i ten jego spokój ułatwia i mnie ich pokonywanie. Niemniej po pewnym czasie, gdy koło ślizga mi się na ścieżynce zsiadam i idę. Tracę z oczu czerwoną lampkę Wojciecha, ale zobaczę ją już niedługo - w okolicy zapory w Pilchowicach. Chwilę będę go gonić, by zaraz później wspólnie szukać schronienia przed zbliżającym się oberwaniem chmury. Na przystanku w Wrzeszczynie spędzamy dłuższą chwilę schronieni pod folią razem z rowerami. Póki deszcz nas nie zagłusza chwilę jeszcze rozmawiamy.


Ulewa przechodzi, więc opuszczamy prowizoryczne schronienie i ruszamy dalej. Przed nami drugi z moich najnieulubieńszych odcinków tej trasy - ścieżka wzdłuż zbiornika wrzeszczyńskiego - wąska, i pełna obecnie mokrych i śliskich korzeni. I znowu - dzięki spokojnej jeździe mojego towarzysza niemały odcinek udaje mi się pokonać na siodełku, ale po kolejnym uślizgu zsiadam i idę. Docieram do Siedlęcina, gdy znów zaczyna lekko padać. Na razie jednak nic strasznego - jadę dalej. Na szlaku do perły Zachodu rozpoczyna się miarowa ulewa. Nie ma się gdzie schować. Do Jeleniej Góry docieram przemoknięta. Spotykam Krzysia, szybko uzupełniam bidon i lecę dalej - chwilę rozważam, czy się nie zatrzymać, ale szybko pojawia się refleksja - po co? Jestem i tak doszczętnie mokra, przerwa spowoduje tylko wychłodzenie. Znam swoje ciało na tyle, by wiedzieć, że zatrzymanie na przystanku będzie oznaczało dla mnie koniec jazdy. Pod jedną z wiat spotykam niedawnego towarzysza - nie przemókł w takim stopniu jak ja, postanawia więc chwilę przeczekać. 

Deszcz przybiera na sile, burza jest coraz bliżej - błyskawice rozświetlają momentami całe niebo, a ja wspinam się na Górę Szybowcową. Na szczycie zatrzymuję się pod balkonem knajpki i zakładam dodatkowe termo - sprawdzam, czy trzy mokre warstwy grzeją lepiej niż dwie mokre warstwy. Grzeją. Widok jest niesamowity, ale widoczny tylko w tych ułamkach, gdy cały świat zalewa białe światło błyskawicy. Wiem, że powinnam pozostać w ciągłym ruchu, w  przeciwnym razie przemarznę. Z Szybowcowej nie jestem w stanie zjechać po mokrej trawie w czasie ulewy. Idę więc przed siebie energicznym krokiem. Liczę na to, że wypada się i przestanie, ale deszcz będzie mi towarzyszył do rana. 



Kolejne kilometry to naprzemienna jazda i prowadzenie roweru. Robi się zimno, na zjazdach przemarzam, mimo że jadę powoli, ostrożnie. Na podjazdach robi mi się troszkę cieplej, gdy zjeżdżam z asfaltów sporo prowadzę rower - nie ufam mokrym kamieniom i korzeniom. Docieram do drugiego pitstopu, pod Schroniskiem Szwajcarka. Robi się już szaro, unoszą się zimne mgły. Temperatura spada do 11 stopni. Wciągam rower na górę i, upewniwszy się, że nie ma nic ciepłego do picia - sprowadzam go na dół. Po drodze spotykam Mariusza, który idzie z ciepłą herbatą dla uczestników, którzy schronili się na punkcie. Na mnie ciepły napój czeka na dole wraz z Krzysiem. Piję herbatę, jem bułkę z serem i ruszam w stronę Mniszkowa - na długim podjeździe płaczkę, klnę, zagryzam zęby. Mam dość. Bolą mnie stopy, jestem przemoczona, obtarły mnie spodenki, jest zimno. Ale prę przed siebie. Przed kolorowymi jeziorkami przestaje padać, wieje, drogi przesychają. Przebieram się w suche ubrania. Zakładam na siebie wszystkie warstwy, które jeszcze mogę - nogawki, termo, ciepłą bluzę, wiatrówkę. Mam nieustająco mokre buty i...biustonosz. Jem śniadanie, z zimna zaczynam się trząść, więc ruszam na jeziorka, które pokonuję spacerem. 



Na zjazdach klnę na inżynierów, którzy wymyślili betonowe przepusty na leśnych drogach - nie potrafię ich przeskoczyć, więc zwalniam, by pokonywać je jak najłagodniej. Momentami jest jeszcze mokro, gdy akurat wjeżdżam w mgłę, ale deszcz ustał. Zaczynam czuć się lepiej, mija najgorszy kryzys. Pilnuję jedzenia, picia i staram się nie liczyć ile przewyższeń pozostaje mi na ostatnich 100 km. Wyklinam na Czarnów, w Kowarach spotykam Krzysia, łapię coś do picia i jadę. Zachwycam się parkiem w Bukowcu, nie pamiętam, czy w zeszłym roku przez niego jechaliśmy. Pod Zamek Księcia Henryka rower podprowadzam, z góry sprowadzam - dzięki temu, ze ułożyłam to sobie w głowie nie tracę czasu na bezowocnych próbach, wsiadaniu, zsiadaniu - po prostu - idę. 

A później zaczyna się droga przez mękę. Podjazd z Sosnówki do Karpacza. Ciągnie się i ciągnie. Robi mi się za ciepło, za duszno, nie pamiętam, jak długi on jest, wiem za to, że w Karpaczu czeka Krzyś. Nie wiem ile czasu mija. Dla mnie jakieś pół wieczności zanim wreszcie dojeżdżam. Pociesza mnie tylko fakt, ze tego roku było jakby mniej motocyklistów na tej trasie. W Karpaczu zdejmuję z siebie warstwy, uzupełniam wodę, jem i szybko ruszam przed siebie, bo chwila w cieniu powoduje, ze robi mi się zimno - daje o sobie znać zmęczenie. Przede mną Olbrzymy. W zeszłym roku kosztowały mnie dużo stresu, bo są techniczne. W tym po prostu przeszłam fragmenty, których nie umiała przejechać. 

Później już tylko cudowny zjazd do Przesieki, Podjazd do Zachełmia, Piechowice, Michałowice, Złoty Widok niemal przebiegnięty po skałach i jazda do mety. Ostatnie kilka km. zrobiłam na stojąco - na siedząco bolał mnie tyłek i kolana. Ostatni podjazd do mety nie brał jeńców - nie wiek ile %, ale tyle, że gdy się zorientowałam, że będzie bolało, to nie było już mowy, by się zatrzymać i wypiąć stopę z pedałów. Dociągnęłam się jednak pod kościół, starając się nie klnąc zbyt głośno. Dwa zakręty i wjazd na metę. Byłam w tym miejscu ponownie po 34h i 22min. Poprawiłam zeszłoroczny czas, ale trasa była nieco krótsza. Samej jazdy było 28h i 21 min, czyli 6 godzin spędziłam na różniej natury postojach. 


Na mecie spędziłam tylko chwilę, bo przykryta przez Krzysia kocem mało nie zasnęłam na leżaku. Zjadłam więc makaron (pyszny!), zapozowałam do kilku zdjęć i pojechaliśmy do domku spać. Rodzice zmęczeni, ale szczęśliwi ogarniali się właśnie po drugim dniu obsługiwania zawodników. Czworo ze startujących w sobotę spało tej nocy w Domku, spotkaliśmy się więc przy śniadaniu. Chwila rozmowy z 11letnim (!) Benkiem, który z tatą pokonywał trasę SHORT, nieco relaksu w ogródku i o 11 byliśmy ponownie w Szklarskiej Porębie. Tym razem jednak razem z mamą i kuzynką Marysią. Na 12 zaplanowano dekorację zwycięzców długiego dystansu. Z pewnym zdziwieniem przyjęłam informację o swoim zwycięstwie w kategorii MTB wśród Pań. Ucieszyło mnie to bardzo. Kolekcja bolesławieckiej rowerowej ceramiki wzbogaciła się o kolejne elementy, podobnie jak moja rowerowa garderoba. 


Cudownie było spotkać się jeszcze z ludźmi, porozmawiać o przejechanej trasie - w zeszłym roku w niedzielę było duuuużo spokojniej, ale to pewnie kwestia liczby uczestników i famy, jaka się rozniosła po kolarskim światku - że w Górach Izerskich jest najlepiej. 

I już tradycyjnie - garść podziękowań:

Krzysiowi - że był, że poganiał, motywował, troszczył się i opiekował - o mnie i o całą masę innych zawodników, którzy pierwszego dnia baaardzo potrzebowali wożonej przez niego wody.

Mamusi i tatusiowi za święty spokój na tydzień przed tym wzywaniem.

Mariuszowi i Łukaszowi za świetną organizację i piękną trasę. I widzimy się za rok - już nie mówię, ze nigdy więcej, tylko wypatruję zapisów ;) 

Wszystkim, którzy kibicowali, trzymali kciuki, słali ciepłe myśli <3

I tym, którzy podeszli do mnie w trakcie tej imprezy powiedzieć, że poprzedni wpis dobrze się czytało. :D Do usług!

Albumy Krzysia:

Album 1

Album 2


czwartek, 3 maja 2018

Pierwszy w tym roku Jarmark Perski Izerski w Kopańcu

Pamiętacie post z zeszłego roku, gdy odwiedzałam Inkwi w Kopańcu? Tym razem zdecydowałam się na podobną wycieczkę, z tym, że skorzystałam z propozycji Inkwizycji, by wystawić trochę moich ziół. Nie było tego dużo, więc wsadziłam pudełko ze skarbami do auta koleżanki, a sama dojechałam rowerem. Szkoda tylko, że impreza odbyła się w jedyny deszczowy dzień majówki?

wtorek, 6 marca 2018

Lodowy potok

Mróz trochę odpuścił, więc korzystając z ładnej pogody wybrałam się nad Przecznicki Potok, a raczej nad jego lewą odnogę. Zima zda się wymarzoną porą na spacer dnem doliny, która płynie wąska struga. Latem teren ten porastają gęste zarośla, a nad samym strumieniem tworzy się grzęzawisko. Teraz po kilu dniach tęgich mrozów wszystko jest jeszcze zamarznięte, można więc bezpiecznie przejść dnem parowu nad samym potokiem.

środa, 14 lutego 2018

Zimowe wejście na Jelenie Skały

Jelenie Skały to jedno z tych miejsc, które powinien odwiedzić każdy gość Domku pod Orzechem. Spacer polecam każdemu, kto pyta, co tu trzeba zobaczyć. O tym, że warto wspiąć się na granitognejsowe wypiętrzenie na zboczach Tłoczyny wiedzieli już Niemcy, prowadząc tam malowniczy szlak turystyczny od Byczej Chaty do Przecznicy i zabezpieczając skały metalowymi poręczami. Obecnie skały sterczą prawie zapomniane, czasem ktoś się na nie wespnie, ale nie zobaczy już widoku, który podziwiali dawni turyści. Młode wszędobylskie brzozy porosły tak bardzo, że zasłoniły szeroką i rozległą panoramę Pogórza Izerskiego, którą jeszcze kilkanaście lat temu można było stąd podziwiać. Nadal jednak można spojrzeć na Przecznicę i Kamienicki Grzbiet z Dłużcem i Blizoborem.

niedziela, 28 stycznia 2018

"Wyprawa po rogi", czyli spacer z nastolatkiem


-Puk, puk, puk- woła Gui, wykonując ruch stukania do nieistniejących drzwi. Stoi u szczytu omszałych schodków na jednej z wielu fersztlowych ruin. Kończymy wycieczkę po zboczach Stożka. Jest mglisto, zaczyna siąpić, ale nas nie opuszczają dobre humory. Dlaczego? Bo w nogach mamy kilka kilometrów, a głowy pełne wrażeń.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Noworoczna wyprawa do Stuletniej Wody

Moją noworoczną tradycją jest spędzenie tego dnia aktywnie. Może wiać, lać albo mrozić, ja wychodzę z domu. Przez ostatnie 10 lat chyba tylko raz warunki były tak ekstremalne, że zatrzymały mnie w domowych pieleszach. Na Wybrzeżu robiłam kilkadziesiąt kilometrów rowerem, w Izerach najczęściej idę w góry.

piątek, 7 lipca 2017

Wiejska sielanka


Z ogniska unosi się aromatyczny dym- rano wykarczowałam rozrośnięty nad wyraz bez i teraz Ślubny pali gałęzie. A wydawało się, że z dzisiejszego ogniska nic nie wyjdzie, bo po południu zawarczało w odddali, błysnęło się, zerwał się silny wiatr...

piątek, 16 czerwca 2017

Rowerem po Górach Izerskich- Kamienicki Grzbiet

Rozkładam mapę... tyle dróg, tyle miejsc! Dokąd jechać? Czy wybrać znajome zakątki o niewielkim nachyleniu dróg? Objechać pobliskie asfalty? A może sprawdzić możliwości nowego roweru, który wisi na strychu od kilku miesięcy i czeka na prawdziwe wyzwanie, bo przecież nie można nazwać sprawdzeniem roweru tych czterdziestu kilometrów po asfalcie! Wybieram wyjazd w góry. Po maratonach w Radkowie i Świnoujściu podjazdy nie powinny sprawić mi problemu.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Na spotkanie z Górą

Poranna łuna rozświetlała wschodnie niebo. Pomarańczowiało... zewsząd jednak ciągnęły ciemne deszczowe chmury, które przekonały mnie do pozostania w ciepłej izbie. Przez umyte okna obserwowałam sloneczny spektakl. Chmury podbarwialy się różowo, a później żółto. Cały lekko zamglony świat stał się nagle żółtozłoty, by po chwili zszarzeć i ściemnieć. A potem nagle i niespodziwanie znad wielkiej sinej chmury wystrzeliły słoneczne promienie.
Po śniadaniu ruszyłam przed siebie. Wszak w zaleceniach mam dużo ruchu. Poszłam oczywiście przywitać Górę. Obeszłam ją zachodnim zboczem aż do południowego stoku. To tu pozostawiono ją samej sobie. 

czwartek, 13 kwietnia 2017

Kwiecień plecień

Izery przywitały nas słonecznie, co było o tyle zaskakujące, że większość trasy z Trzebiatowa pokonywaliśmy w deszczu. Jedynie silny wiatr dawał się we znaki. Nie przeszkodziło mi to jednak zjeść obiadu na ławce przed domem (opatuliłam się kurtką, kocem i dałam radę).

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Izerskie ścieżki zimą

Zima odsłania ścieżki, których latem nie dostrzegamy. Pozwala wędrować miejscami niedostępnymi w innych porach. Na spacer wybrałam się w porze, która wcale spacerom nie sprzyjała- dął silny zimny wiatr, zacinając drobnym równie zimnym deszczem. Miałam jednak dosyć siedzenia w domu. Ileż można przyglądać się światu przez niewielkie okna Domku pod Orzechem, wiedząc, że wyżej panorama jest rozleglejsza, a poczucie wolności pełniejsze.

sobota, 13 lutego 2016

Tak trudno pożegnać Izery

Lekko oprószona śniegiem ścieżka pnie się do góry. Puchu jest niewiele, nocą spadło odrobinę, ale lutowe ostre słońce sprawia, że biel niknie w oczach. Jak na luty jest ciepło i po pięciu dniach porywistego wiatru nareszcie spokojnie.W przejrzystym powietrzu widać odległe pagórki pokryte lasami, łąki i rozsypane po Pogórzu miejscowości. Idę odwiedzić Górę. Obserwuję zwierzęce tropy- sarny, jelenie i ... pies (mój własny). Bo przecież moją ścieżką rzadko kto podąża.

czwartek, 11 lutego 2016

Gdzie mnie asfalty poniosą...

Mokry poranek nie zapowiadał niczego dobrego, gdy więc w południe przejaśniło się i ustał wiatr, postanowiłam natychmiast wsiąść na rower i wykorzystać tę spokojniejszy czas. Tym razem ciągnęło mnie na zachód Pogórza Izerskiego- chciałam przejechać przez Wolimierz, Giebułtów, Mirsk i tradycyjnie zatrzymać się w Rębiszowie u Inkwi. Początkowo jechałam zgodnie z wytyczoną trasą.

wtorek, 29 grudnia 2015

Między mgłą a szadzią

Noc długo nie chciała się skończyć. Wydawało się, że na dobre rozpanoszyła się nad Izerami, że oto słońce skapitulowało i będziemy mieli noc polarną. Wreszcie po niewiarygodnie długim czasie ciemność powoli łagodniała, ale na wschodzie nie pojawiła się charakterystyczna łuna wschodu, tylko gęsta szarość stawała się coraz jaśniejsza aż zbielała całkowicie, ukazując widzowi tylko najbliższe elementy pejzażu- drzewo, krzew, kawałek łąki. Resztę spowiła gęsta niczym wiejska śmietana mgła. Z różnym natężeniem mgła utrzymywała się cały dzień, dzięki czemu mogłam wczesnym popołudniem wyjść na swoją Górę.

niedziela, 27 grudnia 2015

Nad Stawy Rębiszowskie

Gdy przed siódmą otworzyłam oczy, spojrzałam w okno wychodzące na wschód. Przez głowę przeleciała mi myśl: „zaczyna się”.  Jeszcze przez moment odganiałam resztki snu, by po chwili wstać, podłożyć drwa do pieca, szybko się ubrać, złapać aparat  i wyjść w ów rozpoczynający się dzień. Nad domem wisiał jeszcze bledniejący księżyc, zaś między drzewami Księżego Lasu na zboczu Stożka rozgrywał się bajeczny spektakl. Ilekroć zimą chcę obejrzeć wschód słońca, wychodzę na przeciwległy stok, który skutecznie zasłania najpiękniejsze widoki. Gdybym chciała poczekać, aż słońce pojawi się nad Księżym Lasem, przegapiłabym najistotniejsze momenty.

wtorek, 28 lipca 2015

Od świętej Anki...-czas pożegnać Izery

Ludowe przysłowie mówi: „Od świętej Anki chłodne wieczory i zimne ranki”. Przekonałam się o tym, gdy w poniedziałkowy poranek wyszłam przed dom. Kawę piłam w … zimowej kurtce. 

niedziela, 19 lipca 2015

W niebieskiej kuchni serwujemy zupę czereśniową

W Domku pod Orzechem są dwie kuchnie, o czym wiedzą ci, którzy albo śledzą moje wpisy, albo odwiedzili moje gierczyńskie królestwo. W lecie najczęściej korzystam z tej  niebieskiej, tzw. letniej. I do niej Was dzisiaj zapraszam. Jako, że obrałam czereśnie, na obiad serwowałam dziś zupę czereśniową. Nie pamiętam z dzieciństwa zup owocowych, bo się ich na Śląsku nie gotowało. Moja zupa jest zatem całkiem autorska.

Przygotowałam:
kubek wypestkowanych czereśni,
wodę źródlaną (innej u nas nie ma)
1 łyżkę cukru
3 łyżki gęstej kwaśnej śmietany ( moja była swojska)
1 łyżkę mąki
100 g makaronu kokardki
szczyptę soli.

Czereśnie ugotowałam w 1/2 l wody z cukrem. Osobno zgodnie z opisem ugotowałam makaron. Gdy owoce zmiękły, zabieliłam zupę śmietaną wymieszaną z mąką, zagotowałam. Na talerz wyłożyłam makaron, wlałam zupę. Udekorowałam kwiatami prawoślazu.
Moja zupa czereśniowa wyszła kwaskowa, więc jeśli ktoś woli słodkości, powinien ją trochę dosłodzić.

Inne lekkie dania z mojej niebieskiej kuchni to potrawka z kurkami i kurczakiem oraz chłodnik ogórkowy (ostatnia torebka winiarów z akcji rekomenduj.to) Jako zieleniny użyłam ziela burzynka, czyli  przetacznika ożankowego.







A takie widoki prezentuje mi natura.

czwartek, 16 lipca 2015

Wschód słońca w Domku pod Orzechem

-Jutro idziemy na kurki.- zdecydował Ślubny, gdy opowiadałam, ilu ludzi z kurkami stało na drogach zielonogórskich.  Wyszedł z założenia, że jeden dzień laby w zupełności wystarczy.
-Pewnie.- odpowiedziałam ochoczo, bo przecież jeśli Ślubny zaprasza na grzyby, to trzeba iść.
Nagle Ślubny się zreflektował:
-Ale moje rano, nie twoje.- bo przecież moje rano jest o świcie, a Ślubnego o... 10.00.

środa, 15 lipca 2015

Bałtyk- Izery. Podejście drugie



Na początku zawsze jest marzenie. Potem decyzja i realizacja. Przynajmniej w moim wypadku. Gdy rok temu w ciągu dwóch dni dojechałam rowerem z domu w moje ukochane Izery (pokonując przy tym rekord długości trasy), wiedziałam, że to nie koniec, że przede mną kolejne wyzwania. Jeździłam coraz dłuższe dystanse, sprawdzałam swoje możliwości. Wreszcie, gdy nadszedł urlop, wsiadłam na rower.
Było bardzo wcześnie, jeszcze nie rozpoczął się świt. Pierwsze kilometry pokonywałam przy blasku lampek rowerowych i nikłej poświacie gdzieś na północnym wschodzie.

niedziela, 4 stycznia 2015

W drodze do Narnii

Cisza. Tak przejmująca, że wprost nierealna. Wokół pusto. Nie poruszają się gałęzie drzew, śnieg wygłusza jakiekolwiek odgłosy.
Stoję przed Domkiem pod Orzechem i raduję się tą ciszą. Dołącza do mnie brat. Nie musimy nic mówić- czujemy to samo. Przecież właśnie po tę ciszę tu przyjechaliśmy.