Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rewal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rewal. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 października 2018

Zakończenie sezonu maratonów 2018 po raz...drugi ;)

Podobnie, jak rok temu, tak i w tym roku sezon maratonowy zamykałam w Rewalu i to...drugi raz w 2018. Z powodu rozłamu w cyklu powstały dwa cykle, z których każdy kończył się gdzie indziej i w innym terminie. I wprawdzie w "cyklu nadmorskim" nie jeździłam w tym roku - ie te terminy, odległości i możliwości brania wolnego - ale maraton w Rewalu stał się pretekstem do przyjazdu w rodzinne strony. 

środa, 20 września 2017

Pożegnanie z supermaratonami 2017

Sezon Supermaratonów Rowerowych dobiegł końca. W ostatni weekend uczestniczyłyśmy w podsumowaniu zmagań w Rewalu. Nim jednak zgarnęłyśmy trofea odbył się jeszcze ostatni w sezonie maraton- Supermaraton Rewal Bike System . Już wcześniej podjęłam decyzję, że w nim nie będę uczestniczyć, swoją obecność zaznaczając obsługą fotograficzną imprezy Na trasę wyjechała więc tylko Chuda, której relację można przeczytać na blogu rowerowym. Za to my wspólnie z Gui spędziłyśmy sobotę robiąc setki zdjęć rowerzystom na starcie i mecie imprezy.

wtorek, 13 września 2016

Towarzyska trzysetka- Utramaraton w Rewalu

Pomysł, by wykupić noclegi w Rewalu pojawił się nagle, gdy okazało się, że nie da się do małego autka Chudej wcisnąć trzech rowerów i tyluż ludzi. Zamiast więc kombinować, zarezerwowałam drewniany domek nad morzem i w piątkowe południe ruszyliśmy na trzydniowy urlop nad morzem. Chuda spakowała bagaże i swój rower do auta, a Robert i ja przejechaliśmy te kilkanaście kilometrów rowerami. W planach mieliśmy leniwe popołudnie na plaży, gdyż od rana ostro świeciło słońce. Jakież było nasz rozczarowanie, gdy po przyjeździe na miejsce okazało się, że nadciągnęła mgła.

niedziela, 29 maja 2016

I z mgły wyłaniali się kolarze... III Supermaraton Rewal Bike System

Piątkowe popołudnie zapowiadało się gorąco i to nie z powodu pogody, ale nowego sposobu losowania grup startowych. Próba choć słuszna miała swoje mankamenty i wielu przeciwników zwłaszcza wśród kobit, które org Marek postanowił wystartować razem. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie godzina startu. 5.20 sprawiała, że do zamknięcia trasy miałam 12 godzin i 40 minut, a ja z doświadczenia wiem, że potrzebuję 13 godzin. Podobnie było na dystansie mini, gdzie zamknięcie trasy o 15.00 sprawiało, że większość kobiet, a i kilku panów na "rowerach innych" nie była w stanie zmieścić się w limicie. Na szczęście org przyjął nasze postulaty i na odprawie technicznej wydłużył limity tak, że każdy miał szansę dojechać do mety na czas.
Gdy otwieram w sobotę oczy, na dworze jest jeszcze zupełnie ciemno. Start na dystansie 301 km przewidziano od piątej, a my musimy jeszcze dojechać do Rewala... Tym razem ten najdłuższy dystans wybraliśmy z Robertem, Chuda zdecydowała się na mini.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Bałtyk świąteczny...

Jadąc rowerem, mam czas na refleksję, na wsłuchiwanie się w siebie, odczuwanie całą sobą, odbieranie świata wszystkimi zmysłami. To między innymi dlatego ciągnie mnie wciąż dalej i dalej...

piątek, 20 marca 2015

50 km wolności

15.15. Wpadam do domu. Na dworze świeci słońce, wiatr prawie nie wieje. Do zachodu kilka godzin.
Rzadko zdarza się, bym po pracy znalazła czas na rowerową wycieczkę, dlatego te wyjazdy w środku tygodnia zawsze postrzegam jako dodatkowo podarowane godziny, kilometry wolności.

czwartek, 2 października 2014

Szare na szarym - Bałtyk zamglony

Zamiast słów, kilka zdjęć dzisiejszego Bałtyku. Było niesamowicie spokojnie, krzyczały mewy, szumiały fale...
 W Rewalu jeszcze można spotkać spacerowiczów i słychać muzykę.

poniedziałek, 22 września 2014

Rewalskie słońce, czyli to już jest koniec?

Najtrudniej zacząć... zwłaszcza, gdy trzeba napisać o ostatnim maratonie w tegorocznej edycji Supermaratonów Szosowych. No niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy. Ale to jeszcze nie czas na podsumowanie. Na nie przyjdzie czas później, gdy zejdą emocje. Teraz jest czas na opowieść o maratonie Gryflandu. 

niedziela, 22 czerwca 2014

Bo w Niechorzu musi wiać!

Kolejny weekend pod hasłem: "jedziemy na maraton". Tym razem nie mieliśmy daleko, bo Niechorze oddalone jest od Trzebiatowa o 16 km. Jest to jedyny maraton, po którym wracamy we własne pielesze w tym samym dniu. Z jednej stron y trochę tracimy na rozmowach pomaratonowych, z drugiej odpoczywamy we własnym domu. 
Na piątkową odprawę techniczną ledwo zmieściliśmy się w naszym rodzinnym samochodzie, gdyż do Niechorza jechali z nami panowie moich dziewczyn. Ślubny stwierdził, ze nie jedzie, bo przecież trasę zna, a ze znajomymi zdąży pogadać czekając w sobotę na nas. Odebrałyśmy numery startowe, wysłuchały uwag organizatora i po kilku radosnych powitaniach, kilku rozmowach wróciliśmy do domu. Tu jeszcze szybkie pakowanie, sprawdzanie rowerów i czas spać. 

W sobotni poranek z niepokojem spoglądamy w niebo. Pada, żeby nie powiedzieć leje, wiatr zgodnie z prognozami silny, północno-zachodni. Myślami jesteśmy z naszymi znajomymi, którzy o 4.00 lub o 6.00 wystartowali na najdłuższym dystansie Rewal Bike System Maratonu - 304 km. 
Po pożywnym śniadaniu jesteśmy gotowi do wyjazdu. Spod bloku startują dwa załadowane rowerami auta (do jednego się nie mieścimy, startując w czworo) 
Chuda, Gui i ja wybrałyśmy dystans mega- 152 km, Ślubny dystans mini- 75 km. 
Cały czas zastanawiamy się, czy wystarczy nam samozaparcia, by w niesprzyjających warunkach przejechać oba okrążenia. 
Pogoda jednak ustala się na znośnym poziomie- NIE PADA! a do pomorskich wiatrów jesteśmy przyzwyczajone. Przecież tu zawsze wieje! (chociaż nie zawsze z prędkością 35 km/h i porywami do 70 km/h)
Jak zawsze mamy swoje cele- nadrzędny- dojechać do mety. Szczegółowe są różne. Gui, startująca razem ze mną założyła, że spróbuje dotrzymać mi koła, Chuda, że nie pozwoli się dogonić (startuje 5 minut wcześniej) a ja? Ja chciałabym dojechać w 6 godzin. 
Zaraz po starcie Gui mi... ucieka, goniąc grupę. Zostaję sama na pogorzelickim polbruku. Prze chwilę jadę z koleżanką, ale przed Konarzewem zostaje w tyle. Cały czas widzę przed sobą różową bluzę Gui, ale jest za daleko, by ją dogonić, zmagając się z silnym wiatrem w twarz. 
Mijają mnie kolejni rowerzyści- Na maratonie Gryflandu będziemy się mijać i tasować wielokrotnie, gdyż nie tylko jest on prowadzony po pętlach, ale dodatkowo przez kilka kilometrów jedziemy "wahadłem". Za Cerkwicą dojeżdża do mnie znajomy i wita słowami: 
- teraz ja daję zmianę! 
Och z jaką radością przyjmuję tę propozycję! Jedziemy wspólnie rzetelnie i sprawiedliwie zmieniając się na prowadzeniu. Za Gryficami doganiamy samotną Gui. Cieszy się, a w jej głosie słychać odrobinę pretensji, że... dopiero teraz ją dogoniliśmy ;)
Nadal nie pada, a chwilami nawet wygląda słońce. 
Przed Stuchowem zauważamy turkusową kurtkę Chudej. Z jednej strony się cieszymy, bo może dalej pojedziemy razem, a z drugiej zastanawiamy , co się stało, że ją dojechałyśmy. Już po chwili wiemy, że Chuda miała drobny defekt roweru- spadł jej łańcuch i stąd małe opóźnienie. Siada na koło i jedziemy już w czworo. Zmieniamy się na prowadzeniu, choć po prawdzie najbardziej pracuję ja i nasz znajomy. Przez kolejne 70 km nic się nie zmienia. Na wahadle spotykamy Ślubnego, machamy sobie i cieszymy się, że nie jedzie sam- ma towarzystwo rowerzysty, z którym startował w grupie, z resztą także naszego wspólnego znajomego z Gryfic.
Wiatr wieje nadal, ale fakt, że można się za kimś schować i odpocząć niweluje skutki wichury. Stwierdzam, że rację ma biblijny Kohelet, twierdzący, że łatwiej dwóm niż jednemu.
Jedzie mi się naprawdę dobrze, o czym świadczą jęki dziewczyn, gdy wychodzę na zmiany:
- O nie, mama będzie ciągnąć pod górkę! 
I choć jęczą, jakoś dają radę. Utrzymują się na kole, choć widać, ze kosztuje je to sporo wysiłku. W końcu Chuda daje na wygraną. Zostajemy w troje. I w takim składzie dojeżdżamy do mety. Bramkę przejeżdżam wspólnie z Gui. Sędzia zawodów podchodzi do nas i stwierdza:
- Koleżanka była lepsza o ćwierć koła.
- To nie koleżanka- próbuję sprostować.
- A co, już teraz nie koleżanka, bo wygrała?
- To nie koleżanka, to moja córka.
Mina sędziego- bezcenna. Jeszcze lepszą robi 15 minut później , gdy dojeżdża Chuda. 
Na mecie dziękuję znajomemu za wspólną jazdę. To była świetna współpraca.


No dobrze, ale przecież te 150 km to nie tylko jazda, to także czas na podziwianie krajobrazów i własne myśli. Tyle, że gryfickie krajobrazy znam prawie na pamięć, bo wielokrotnie przejeżdżam tę trasę. Wiem, gdzie są dziury w asfalcie, a gdzie na drogę wyłażą dziki. Kiedy będzie podjazd, a kiedy zjazd. W którym miejscu kwitną maki, rumianki i bławatki. I wiem, kiedy zacznie się mój ulubiony bukowy las, piękny o każdej porze roku. Przed Niechorzem wspólnie z Gui obserwujemy polowanie myszołowa i dyskutujemy o mewach. Ale zabawa lisów w wąwozie, o której później opowie nam Chuda jakoś nam umknęła. 
A jak nasze cel? Osiągnięte połowicznie. Do mety dojeżdżamy w 6 i pól godziny. Gui dotrzymuje mi koła i... dokłada Chudej 10 minut. Już w czasie maratonu dziewczyny stwierdzają, że trzeba trochę potrenować, a po zakończeniu potwierdzają te deklarację.
Na mecie zjadamy zupę z kiełbaską , a czekając na dekoracje idziemy na lody. Potem jeszcze spacer po Niechorzu, wizyta nad Bałtykiem - no przecież Bałtyk być musi! Gui z M. rozmawiają o fenomenie mojego zachwytu nad morzem. Przecież to tylko woda, jak można tak się nią ekscytować. Wreszcie M. Dochodzi do wniosku, że to wina mojego śląskiego dzieciństwa. Coś w tym jest- wychowana w mieście z ograniczonym widnokręgiem potrzebuję przestrzeni, a tej nad Bałtykiem nie brakuje. Przed 18.00 idziemy na halę, rozmawiamy ze znajomymi, dzielimy się wrażeniami, potwierdzamy maratonowe plany na kolejne tygodnie. Nie wszyscy są zadowoleni, coś poszło nie tak, ten zmókł, tamten zaliczył wywrotkę. Każdy narzeka na silny wiatr. Mam jednak nadzieję, że gdy emocje opadną, pozostaną już tylko dobre wspomnienia. Nasze zawsze są dobre, bo my po prostu lubimy się bawić i traktujemy nasze starty jak dobrą zabawę.
Dekoracja rozpoczyna się o 18.00 i przebiega dosyć sprawnie, tylko że jesteśmy coraz bardziej zmęczeni. Za oknami znów pada, a potem pojawia się tęcza. 

Swoje sukcesy świętujemy w domu.  Cieszymy się jeszcze swoją bliskością, bo niedzielny poranek Chuda wraca do Szczecina, wyjeżdżają też Gui i M. 
W domu robi się cicho i tylko porozrzucane tu i ówdzie dziewczęce ciuszki przypominają, że miałyśmy radosny weekend. 


wtorek, 13 sierpnia 2013

Morskie potwory w Rewalu

- Radości życia powinniśmy się uczyć od dzieci.- stwierdziłam, gdy już obie z moją koleżanką Dorotą klapnęłyśmy na drewnianej ławce w Parku Wieloryba w Rewalu. 
- Ale to wcale nie jest takie proste, westchnęła Dorota, sącząc mrożoną kawę przez słomkę. Uśmiechnęłam się do niej. W tej chwili akurat my też już miałyśmy wszystko, co było nam potrzebne do szczęścia. Po ponadgodzinnej bieganinie za dwojgiem dzieciaków wreszcie mogłyśmy usiąść, bo dzieci zajęte były skakaniem na dmuchanej trampolinie. 
To było rewelacyjnie spędzone popołudnie. 

Już od początku wakacji obiecywałam bratankowi mojego męża, że odwiedzimy Park Wieloryba. Jeszcze w czerwcu widziałam, jak budowano tę nową rewalską atrakcję i byłam jej bardzo ciekawa. Moje dzieci są już jednak za duże na taką zabawę, więc zwiedzanie zaplanowałam z Wojtkiem (czasami "pożyczam" go, gdy mam ochotę na jakąś dziecięcą zabawę). Do towarzystwa zabrałam jeszcze Dorotę z Weronką - w końcu miałam wolne miejsca w samochodzie, a i towarzystwo koleżanki wydawało mi się wskazane.

Miałam pewne obawy dotyczące parkingu. Okazało się jednak, że ten przy parku jest dosyć przestronny i łatwo znalazłam miejsce. Po zakupie biletu rodzinnego (cena 60 zł) - bardzo nowoczesna rodzina 2+2 ;) znalazłyśmy się na terenie parku. Dzieciaki radośnie popiskiwały już od dobrych kilku minut, teraz rzuciły się do zwiedzania. Ledwo nadażyłyśmy za tą roześmiana parą. Co jakiś czas maluchy przystawały. Wojtek jako starszy, czytał nazwy ryb lub innych stworów, wymieniał się z Weronką spostrzeżeniami. My zaś biegałyśmy z aparatami fotograficznymi, by uwiecznić tę niskrępowaną dziecięcą beztroskę. 


Gdy już wszystkie stwory zostały dokładnie obiegnięte, obejrzane i sfotografowane, dzieci poszły na plac zabaw, a my delektowałyśmy się wspomnianą już kawą. 


Obie stwierdziłyśmy, że pomysł na zabranie tu pociech to strzał w dziesiatkę. Dzieci były żywo zainteresowane przedstawionymi  stworzeniami morskimi, chętnie słuchały ciekawostek na ich temat , a nawet same próbowały czytać nazwy. 
Nam spodobała sie lokalizacja parku. Po pierwsze usytuowany jest na wjeździe do Rewala, z dala od plażowo-jarmarcznego zgiełku. Po drugie świetnie wykorzystuje możliwości terenu. Zachowano zarówno wzniesienia, jak i nieckę z bagnami. Zamiast niwelować teren, wybudowano kładki, z których ogląda się wychylające się z trzcin stworzenia. Po niewielkim stawie pływa tratwa z szkieletem pirata, z wody wystają płetwy rekina, a na niewielką plażę próbuje się wydostać nurek. 

Na plaży umieszczono też leżaki, ławy, parasole i sztuczne palmy, by utrudzeni rodzice mieli gdzie odpocząć, zjeść i napić się kawy. Nawet niewielki sklepik z pamiątkami oferuje dosyć wyważoną tandetę z zachowaniem tematyki morskiej. Pozwoliłyśmy zatem dzieciom na pobuszowanie po sklepiku i wybranie pamiątek. 

Myślę, że Park Wieloryba jest ciekawą alternatywą dla panoszących się wszędzie dinozaurów. 

niedziela, 19 maja 2013

Ileż można jeździć do Rewala?

Cóż, na pytanie zadane w tytule odpowiedź jest jedna- często. Ilekroć mam 3 godziny czasu i ochotę na Bałtyk, wybieram trasę w kierunku Rewala lub Niechorza. Tym razem było podobnie. Przez Rewal przejeżdżałam wczoraj, towarzysząc znajomym, którzy wybrali się na wycieczkę po Wybrzeżu Rewalskim właśnie. Kręciliśmy sobie niespiesznie, podziwiając widoki i oglądając co ciekawsze miejsca. Dzisiaj znów znalazłam się w Rewalu, ale powód był zupełnie inny. Wycieczkę tę planowaliśmy z mężem od tygodnia. Rano nie odstarszyły nas ani gęste chmury i chłód, ani wiejący dosyć mocno wiatr. Skoro zaplanowaliśmy obiad w Rewalu, to będzie obiad w Rewalu. 
Mąż nadał dobre tempo od samego początku, więc nie było czasu na rozmowy, bo zasapalibyśmy się niezmiernie. Jednak , gdy już osiagnęliśmy cel, czyli pizzernię "Róża Wiatrów", mieliśmy czas na pogaduszki o wszystkim o niczym. Przede wszystkim opowiedziałam wczorajsze wrażenia i zaplanowaliśmy kolejne eskapady we dwoje, bo okazuje się, że po pierwsze dobrze nam to wychodzi, a po drugie, lubimy ze sobą spędzać czas.
Gdy na stół wjechało jedzonko z zapałem zabraliśmy się za pałaszowanie. 
Pizzernię "Róża Wiatrów" wybraliśmy nieprzypadkowo. Kiedyś zawitałyśmy tu z Gui i zachwycił nas wystrój oraz sposób podania herbaty, o czym Gui pisała tu . Postanowiłyśmy wtedy, że wrócimy. Ba... nawet próbowałyśmy, ale wtedy przyjechałyśmy za wcześnie, o czym pisałyśmy  tu. 
Tym razem byliśmy w sam raz, by zjeść  pyszny obiad w całkiem przyzwoitej cenie. 
Potem pokręciliśmy się po Rewalu, obejrzeliśmy rewalskie wieloryby i kłódki na punkcie widokowym, przejechaliśmy obok Małego Księcia, któremu ktoś już ukradł różę, spojrzeliśmy na ławeczkę Romea i Julii . 
Właśnie pomyślałam, że Rewalowi należy się osobny wpis, a to znaczy, że niedługo znów tam pojedziemy i zrobimy zdjęcia tym wszystkim miejscom, o których przed chwilą pisałam , a także tym, które przemilczałam.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Rowerowa niedziela


Pretekstem do niedzielnej wycieczki był nowy zakup Marzenki. Z okazji osiemnastki Marzena zażyczyła sobie roweru szosowego i ten rower właśnie dotarł do adresatki. Początkowo miałyśmy jechać we dwie. Jednak, gdy okazało się, że niedzielę możemy spędzić we trzy nawet na chwilę się nie zastanawiałyśmy i już o 10.00 byłyśmy w trasie. Do wyboru były dwie możliwości- Gryfice z obiadem w Hosso albo Rewal z obiadem w Róży Wiatrów. Dziewczyny wybrały opcje nadmorską, zwłaszcza, że Marzena miała w planach sesję zdjęciową ze swoim nowym rowerem nad morzem- postanowiła wziąć udział w konkursie fotograficznym poświęconym miłości do roweru.
Opcja ta wygrała także z powodu malowniczej trasy , zwłaszcza między Karnicami a Rewalem.
Jechałyśmy sobie niespiesznie, podziwiając widoki, rozmawiając. Gui co jakiś czas wyprzedzała nas, by sprawdzić możliwości szosówki, Chuda marzyła o chwili, gdy będzie miała swój nowy rower. Nim się obejrzałyśmy, byłyśmy w Rewalu.  Niestety okazało się, że Róża Wiatrów jest jeszcze nieczynna. Postanowiłyśmy zatem zajrzeć do zajazdu „Złoty Róg”, który mieści się przy rondzie w Rewalu. Często mijałyśmy to miejsce, ale nie miałyśmy okazji go odwiedzić. Zajazd robi niezłe wrażenie. Drewniany, stylizowany na wiejską karczmę zaprasza , by doń zajrzeć.

Po wejściu do środka wpadłyśmy w zachwyt. Klimatyczne wnętrze przypadło nam do gustu. Drewniane stoły pokryte płóciennymi obrusami, bawełniane firaneczki w oknach, stylowe lampki na stołach i bogaty zbiór różności: starych maszyn do szycia, saksofonów, zegar z kukułką, bibeloty z XIX w.
Menu raczej tradycyjne. Wybrałyśmy zupę gulaszową (no bo przecież jestem fanką tejże zupy) . Niestety nie był to najlepszy wybór. Zupa była gęsta i aromatyczna, ale mięso okazało się żylaste.
Nie mniej wyszłyśmy najedzone.
Potem pojechałyśmy na plażę. Dawno nie byłam przy centralnym zejściu na plażę w Rewalu, więc widok dwóch stylizowanych wielorybów mocno mnie zaskoczył. Pstryknęłyśmy kilka fotek i ruszyłyśmy w drogę powrotną do domu.