W prezencie bożonarodzeniowym dostałam od Gui książkę. W sumie to oczywiste, bo przecież nie bardzo łatwo robi się prezenty- filiżanki i książki.
Na pierwszej stronie Gui napisała: "Na tęsknotę za Bornholmem". Każdy kto śledzi nasz blog od dawana, wie, że Bornholm pokochałyśmy od pierwszego wejrzenia, od pierwszego przejechanego kilometra, od pierwszego oddechu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bornholm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bornholm. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 29 stycznia 2017
środa, 21 sierpnia 2013
Co Bornholmczycy mają w oknach, czyli podsumowanie
Początkowo myślałam, że zmieszczę się ze swoimi
wspomnieniami w dwóch wpisach. Okazało się jednak, że Bornholm tak głęboko
siedzi w nas, że wyrył się w naszych sercach i potrzebuje jeszcze podsumowania.
Po pierwsze dwa dni to stanowczo za mało, by zwiedzić wyspę,
ale akurat tyle, by nabrać apetytu na więcej. Gui przekrzykując wiatr i szum
silników statku, wołała do oddalającej się wyspy: „wrócę tu!”
Nie polecam jednodniowego wypadu z wycieczką autokarową.
Moim zdaniem szkoda pieniędzy. Najlepszym sposobem poruszania się po wyspie z pewnością
jest rower zapakowany sakwami i namiotem, choć dla nie wprawionego turysty może
to być nie lada wyczyn, bo w północnej części wyspy są autentyczne podjazdy do
15-20%. Z noclegami nie ma większego problemu, ponieważ na wyspie znajduje się
sieć campingów, nie należy za to biwakować na dziko.
Ważne, by zapomnieć o przeliczaniu wszystkiego na złotówki.
Bornholm nie należy do tanich. My zapłaciłyśmy 600 zł za rejs w obie strony z
rowerami. Na pobyt założyłam 600 koron i to było trafne założenie: nocleg dla
dwóch osób z własnym namiotem bez karty campingowej (na jedną noc na wyspie nie
trzeba jej wykupić- warto to wiedzieć, bo w przewodniku o tym nie było) – 170 koron,
Dwa śledzie po bornholmsku i dwa małe piwa- 154 korony, średnia pizza i dwa
napoje - też tyle. Resztę wydałyśmy na
bułki, kawę i pamiątki.
Spokojnie można porozumieć się po angielsku, nasza łamana
angielszczyzna była w pełni zrozumiana, do tego na campingu otrzymałyśmy kartkę
z mapą campingu i… całostronicową informacją w języku polskim!
Czasami warto zjechać z utartych szlaków i zobaczyć coś
więcej… A miejsc niezwykłych i ciekawych jest bezliku i to zarówno dla miłośników
cywilizacji, a raczej jej historii, jak
i natury. My chciałyśmy zobaczyć latarnie morskie- znalazłyśmy ich 6. Reszta
została jedynie liźnięta, zaznaczona. Mamy ogromny niedosyt. Tyle jeszcze
miejsc zostało do odkrycia i zobaczenia i do tylu chciałoby się wrócić. Sama
najchętniej wróciłabym na północny cypel, by pozachwycać się skałami
wpadającymi do Bałtyku, by zdążyć na wschód słońca na wschodzie, a na zachód na
zachodzie. By chłonąć aurę tajemniczości wśród wrzosowisk i menhirów. I jeszcze
posłuchać ciszy. A Gui? Jej najbardziej podobało się wschodnie wybrzeże i małe
domki w miasteczkach i wioskach.
A na zakończenie jeszcze kilka słów o bornholmskich oknach.
My na parapetach czasami stawiamy doniczki, rzadziej bibeloty, okna szczelnie
otulamy firankami, zasłonami, żaluzjami, roletami.
Bornholmczycy całe parapety mają zastawione świecznikami,
figurkami z gipsu, metaloplastyką, drewnianymi rzeźbami, doniczkami z kwiatami.
Nieraz pojawiają się dodatkowe półeczki na kolejne drobiazgi. W każdym oknie
inna wystawka. Firanki pojawiają się rzadko i raczej jako element kompozycji.
Przez okno można zajrzeć do środka mieszkania, a nawet na podwórko po drugiej
stronie domu, bo większość domków tak jest zbudowanych, by pokój miał szerokość
domu. I jest w tych domach przestronnie
i jasno. Widać też, że mieszkańcy wyspy mają zmysł artystyczny, w każdej wsi
była przynajmniej jedna galeria. Inną ciekawostką są wystawione przed domem kramy
z warzywami z ogródka lub z rękodziełem, lub z tym , co akurat jest w
nadmiarze, np. zbędne zabawki. Podane są ceny i wystawiona skarbonka.
Potrzebujesz kilogram ziemniaków? Bierzesz woreczek i zostawiasz korony.
Proste, prawda?
Wiem, że jest wiele pięknych miejsc i nie sposób zobaczyć
wszystkiego, ale jeśli będę miała jeszcze możliwość, to wrócę na Bornholm.
wtorek, 20 sierpnia 2013
Latarnie, wiatraki, rotundy czyli drugi dzień na Bornholmie
Obudziłam się przed 6.00, ale brak słońca sprawił, że
jeszcze chwilę poleżałam zawinięta w śpiwór pod namiotem. Obok słyszałam równy
oddech Gui. Namiot mamy tak maleńki, że ledwo obie się w nim mieścimy. Wiedziałam,
że jeśli zacznę się gramolić ze śpiwora, to ja obudzę. Po szóstej zrobiło mi
się niewygodnie, więc ruszyłam do kuchni, aby przygotować śniadanie. Trzeba
przyznać, że zaplecze campingowe było bez zarzutu- dobrze wyposażona kuchnia z
palnikami gazowymi, lodówkami, czajnikiem bezprzewodowym, ekspresem do kawy i
piekarnikiem. Do tego pralka i suszarka. Na zewnątrz grill i wygodne miejsce do
biesiadowania. Równie czyste i estetyczne zaplecze sanitarne. Do tego basen z
sauną i plac zabaw dla dzieci.
Śniadanie zjadłyśmy na świeżym powietrzu, rozmawiając przy
tym i … sprawdzając pocztę mailową ( camping miał, ku wielkiej radości Gui, wifi).
Potem złożyłyśmy namiot, spakowałyśmy sakwy i pożegnałyśmy
przyjazny camping Lyngholt. Początkowo jechałyśmy główną drogą w kierunku
Hasle, jednak biegła ona zbyt daleko od wybrzeża, a my przecież chciałyśmy
widzieć wody Bałtyku. Zjechałyśmy więc w kierunku Jons Capel. Wybrzeże było tam
strome i skaliste. Cyklovej biegł szutrową ścieżką w lesie. W pewnym miejscu
trzeba było zejść z rowerów, gdyż zjazd wynosił 22% i posiadał … schody.
Chwilę później Gui stwierdziła, że musi zejść na brzeg, Nie wiem,
co ją tknęło, ale znalazłyśmy się w urokliwej zatoczce usianej kamieniami i gdzieniegdzie piaskiem. Sporo było też
morszczynu. Jakiś czas podziwiałyśmy to miejsce, zebrałyśmy trochę kamyczków na
pamiątkę i ruszyłyśmy dalej w kierunku Teglkas i Heligpeder. Maleńka wioseczka
ciągnęła się wzdłuż brzegu, wciśnięta między morze a skały, prawie każdy dom posiadał
wędzarnię. Tu wąska plażą pokryta była
grubą warstwą morszczynu, na którym żerowały mewy. Pachniało rybami i słodkawym
zapachem gnijących alg.
Po 10.00 byłyśmy w Hasle. W pierwotnych planach tu miałyśmy
zatrzymać się na posiłek. Było jednak zbyt wcześnie. Sfotografowałyśmy więc
port i skierowałyśmy się w stronę stolicy. Ponieważ okazało się, ze mamy zapas
czasowy, skręciłyśmy w głąb lądu do Neker, gdzie znajduje się jedna z kilku
romańskich świątyń rotundowych. Kościół ten jest najmniejszym na wyspie, a i
tak w związku z niską zabudowa bornholmskich wiosek krzyż świątyni górował nad
wsią i dzięki temu bez trudu ją znalazłyśmy. Ze względu na odbywające się we
wnętrzu nabożeństwo, nie wchodziłyśmy do środka, a tylko obeszły rotundę
dookoła. Do Ronne dojechałyśmy kolejnym cyklovejem poprowadzonym wzdłuż dawnej
linii kolejowej. Był to przyjemny kawałek trasy, gdyż droga biegnie wśród drzew
i w wąwozie, więc byłyśmy osłonięte od wiatru, który tego dnia nieźle dał już nam
popalić.
Ronne jest kolejnym maleńkim miasteczkiem z kolorową
zabudową. Wjechałyśmy na rynek z postanowieniem zjechania drugiego śniadania –
na obiad wciąż było za wcześnie. Znalazłyśmy miejscowa piekarnię, której
zdjęcie zamieszczono w naszym przewodniku po wyspie, kupiłyśmy dwie kawy i
trochę słodkiego pieczywa: bułkę z kawałkami czekolady i dwa ciastka francuskie
osypane białym makiem. Posilone ruszyłyśmy dalej. Obejrzałyśmy kościół (oczywiście z zewnątrz,
bo trwało nabożeństwo) i kolejną latarnię morską- czwartą na naszej trasie. Ta
była wyjątkowo malutka, ale bardzo ładna. Oczywiście zamknięta na głucho, co
nas rozczarowało, bo przecież obchodzono w tym dniu międzynarodowy dzień latarń
morskich!
Przy wyjeździe z miasta zauważyłyśmy biały bastion- budynek muzeum
wojska. Niestety przy niedzieli większość muzeów na Bornholmie jest nieczynna.
Teraz nasz cyklovej prowadził nas do Dueodde. Po drodze
widziałyśmy lotnisko i zjazd do Aakirkeby, gdzie znajduje się największa chyba
atrakcja wyspy- Naturbornholm. My jednak nie miałyśmy go w planach.
Kolejny krótki odpoczynek i zejście nad Bałtyk wyszedł
spontanicznie, gdy zobaczyłyśmy ścieżkę wśród drzew. Zaprowadziła nas ona do ciekawie
zorganizowanego punktu widokowego. Był tam krąg ogniskowy i dwie wiaty, w
których spokojnie można by rozłożyć śpiwory. Wokół rosło mnóstwo jeżyn i
dzikich jabłek, którymi się uraczyłyśmy. Zaciekawiły nas kamienie na brzegu,
gdyż nie były to już znane nam granity i gnejsy. Prawdę mówiąc nie wiem, jaka
to była skała, bo nigdzie nie znalazłam na ten temat informacji (nie był to też
piaskowiec) . Dalej widziałyśmy kolejne
wiatraki i … winnicę!
W południe stanęłyśmy u stóp Dueodde Fyr. I tu czekało nas
największe rozczarowanie, a jednocześnie największy zachwyt. Latarnia, która
zgodnie z przewodnikiem powinna być czynna, akurat była remontowana. Nasze
rozgoryczenie jednak szybko minęło, gdy wspięłyśmy się na wydmę i naszym oczom ukazał
się południowy cypel wyspy. Wydmy w tym miejscu są niesamowicie szerokie i
porastają je wrzosy oraz inna wydmowa roślinność. Widok wrzosowisk schodzącego
do morza zapadł mi głęboko w serce. Siedziałyśmy w zachwycie i nie chciało nam
się ruszać dalej. Dopiero, gdy na wydmach pojawili się ludzie (dotychczas było
zupełnie pusto!) wróciłyśmy na ścieżkę. Sfotografowałyśmy nie tylko wysoką i
smukłą latarnię, ale także jej poprzedniczkę, smutno stojącą obok i niszczejącą
w zapomnieniu.
Doeodde jest popularne wśród Polaków, jednak znacznie różni
się zasadniczo od naszych kurortów. Nie ma tu głośnej muzyki ani modnych knajp.
Przy głównej drodze zauważyłyśmy zaledwie dwie restauracyjki, oblężone przez
naszych rodaków. Zrezygnowałyśmy więc z obiadu w tym miejscu. Domki letniskowe
i campingi porozrzucane są po lesie i nie łączą się w jedną spójną całość. Kolejna
piaszczysta plaża – w Broens Odde też pokryta była grubą warstwą wodorostów co
całkowicie uniemożliwiało kąpiel w morzu i plażowanie.
Obiad zjadłyśmy w Snogabaek. Jest to niewielka miejscowość
wypoczynkowo-portowa z dosyć ładną mariną, położona w pobliżu rezerwatu ptaków.
To tu zaopatrzyłyśmy się w drobne pamiątki- szklane wisiorki i naklejki firmy
Bobedixen. Urzekły nas rowerowe motywy.
Na obiad zaserwowałyśmy sobie pizzę hawajską (Gui już nie chciała
śledzia, bo ma ości!) Jakież było nasze zdziwienie, gdy się okazało, że oprócz
znanych nam dodatków, czyli szynki, ananasa i sera, na naszej pizzy znalazły
się… pieczarki!
Najbardziej znaną piaszczystą plażę Bornholmu- Balkę
ominęłyśmy szerokim łukiem.
Po 15.00 znalazłyśmy się w Nexo. Zrobiłyśmy zakupy w postaci
piwa z Sveneke, ciasteczek z Nexo, ciemnego chleba i anyżowych landrynek. Teraz
miałyśmy czas na obserwację życia wyspy. Zaglądałyśmy ludziom w okna (wiem, że
to nie ładnie, ale w bornholmskich oknach były nieraz zaskakujące wystawki),
zachwycałyśmy się niską zabudową i panująca tu ciszą. Dyskutowałyśmy o tym, jak
żyje się w miejscu odciętym tak naprawdę od świata. Gui zastanawiała się, czy młodzież
dobrze czuje się tu, gdzie nie ma głośnych koncertów, akademickich miast. Zauważyłyśmy, że wiele domów w Nexo i innych miasteczkach jest wystawiona na sprzedaż, co
znaczy, że wyspa się wyludnia.
A potem zaczął padać deszcz i trzeba się było schronić w
porcie. O 17.00 znalazłyśmy się na katamaranie.
P.S. Będzie jeszcze jeden wpis podsumowujący wyprawę.
Gdzie mieszkają trolle?
- A może wybierzemy się na Bornholm?- wypaliła Gui pewnego czerwcowego
popołudnia, gdy już wiedziała, ze nie wszystkie kunsztownie układane plany da
się zrealizować. – Tam jest Az pięć latarń morskich! Zdobyłabym złotą odznakę
miłośnika latarń.- Gui była coraz bardziej podekscytowana, a jej zapał i mnie
zaczął się udzielać. Przecież już rok wcześniej taka idea pojawiła się w czasie
rozmów ze znajomą. Należało więc pomysł przemyśleć
i zająć się realizacją.
Wreszcie w środku długiego sierpniowego weekendu znalazłyśmy
się na katamaranie płynącym do Nexo. My
dwie, nasze rowery i sakwy załadowane śpiworami, karimatami , namiotem i
prowiantem.
Zaopatrzone w mapę i przewodnik po raz kolejny planowałyśmy trasę. Wiedziałyśmy, że mając do dyspozycji tylko niecałe dwa dni (katamaran przypływał o 11.00, a odpływał o 17.30 ) nie zobaczymy wszystkiego. Musiałyśmy atrakcje obowiązkowe i warianty , gdyby się udało więcej.
Statek zawinął do portu w Nexo przed 12.00. Już na starcie
miałyśmy więc godzinę opóźnienia. Szybko wjechałyśmy do miasteczka, by znaleźć
bank i wybrać duńskie korony ( w Trzebiatowie nie udało się ich kupić).
Zwiedzanie Nexo zostawiłyśmy sobie na następny dzień.
Potem wpadłyśmy do portu i ruszyłyśmy w górę do miasteczka.
Tam trafiłyśmy na lokalny jarmark, czyli mydło i powidło z przewagą rękodzieła
i miodu. Spróbowałyśmy tez lokalnego jedzenia, czyli pączków z ciasta
racuchowego smażonych na specjalnej patelni i podawanych z dżemem i cukrem
pudrem.
A potem co chwila słychać było nasze okrzyki zachwytu, gdy
wybrzeże stawało się coraz bardziej poszarpane i skaliste, a oczom naszym
ukazywały się kolejne godne uwagi pejzaże.
W drodze do kolejnego miasteczka- Tejn obejrzałyśmy kilka wiatraków,
z których słynie wyspa, ale zatrzymałyśmy się przy… dzikiej gruszy i jeżynach.
Planowy
postój miałyśmy przy menhirach.
Miejsce magiczne, czuło się powiew historii i cudowności.
- Tu są trolle- szepnęłam do Gui.- Czuję ich obecność. – Gui
popatrzyła na mnie z powątpiewaniem, ale baczniej przyjrzała się dzikiemu
krajobrazowi z sterczącymi głazami prastarych grobów. Schyliłam się , by
sfotografować karłwata roślinność, gdy usłyszałam rozpaczliwe wołanie:
- Mamo! – podniosłam wzrok znak jałowca, by zobaczyć , co
stało się mojej córce.- No, jesteś. Nie widziałam cię i się przestraszyłam.
Uwierzyłam w te twoje trolle.
- Magia miejsca zadziałała.- uśmiechnęłam się do siebie.
Teren wznosił się coraz bardziej i poczułyśmy, że jesteśmy w
górach. Rowerowe podjazdy były coraz
trudniejsze. Około 17.00 znalazłyśmy się północnym cyplu wyspy – Hammeren.
Majestatyczna góra robiła wrażenie. U jej podnóża zostawiłyśmy rowery i pieszo
dotarłyśmy do drugiej tego dnia latarni morskiej. Chwila zachwytu nad pięknem pejzażu,
podziwianie dzikiego wybrzeża, pamiątkowe zdjęcia przy latarni i szybkie
zejście, bo dzień miał się ku końcowi, a my planowałyśmy jeszcze zobaczyć dwa
ciekawe miejsce i znaleźć nocleg.
Ze szczytu widać było niedalekie miasteczka, średniowieczne grodzisko
i cudny brzeg morski. Było też widać brzeg Szwecji, ale to zauważyłyśmy dopiero
przeglądając zdjęcia.
Nocleg znalazłyśmy na Lyngholt Familie Camping. Rozłożyłyśmy
namiot i pojechałyśmy kolejny raz nad Bałtyk, by obejrzeć zachód słońca. Już o
zmroku wracałyśmy wśród menhirów i głazów lasu Finnedal.
To był pasjonujący dzień. O kolejnym napiszę w drugim
wpisie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












