Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świnoujście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świnoujście. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Odpocząć nad Świną- Domki Zbyszko w Świnoujściu

W telefonie usłyszałam ciepły, męski głos. Kilka chwil rozmowy wystarczyło, bym poczuła sympatię do tego zupełnie obcego człowieka- właściciela domku, w którym zamówiłam noclegi na ultramaraton w Świnoujściu. Podobnego uczucia doświadczyłam kilka minut później, gdy potwierdzałam rezerwację u pani Teresy- żony pana Zbyszka. Oboje posiadają fantastyczne ciepłe głosy, w których pobrzmiewa nuta poczucia humoru i radości życia. Nim przyjechaliśmy, wiedziałam, że to muszą być niesamowicie sympatyczni ludzie.

360 km jazdy towarzyskiej- Ultramaraton w Świnoujściu

Ultramaraton w Świnoujściu od zawsze był dla nas bardzo ważną impreza w maratonowym kalendarzu. To własnie tu w 2012 r. przejechałyśmy z Gui swój pierwszy maraton zaliczany do Pucharu Polski w Supermaratonach Szosowych. Tu swoje rekody w długości przejazdu biła Chuda, a ja rekord prędkosci przejazdu. Wreszcie to tu jest rewelacyjna, zgrana ekipa przygotowująca imprezę (od tego powinnam zacząć!) Zatem i w tym roku nie mogło nas zabraknąć, zwłaszcza, że to jedyny w tym roku ultramaraton cyklu.
Noclegi zamówiłam na wyspie Wolin, żeby nie martwić się przeprawą promową o świcie. Naszej kwaterze poświęcę osobny post, gdyż miejsce nas zauroczyło!

poniedziałek, 19 września 2016

Od świtu do nocy- Ultramaraton w Świnoujściu

Po zwiedzeniu Fortu Gerharda i zjedzeniu solidnej porcji obiadokolacji pojechałyśmy z Chudą na odprawę techniczną. W MDK w Świnoujściu zebrała się już spora grupa znajomych, więc do odprawy miałyśmy czas dokładnie wypełniony. Oczywiście trzeba się było z wszystkimi przywitać- przede wszystkim z Elą i Czarkiem, którzy od lat organizują ten maraton. Z niecierpliwością czekałam na informacje o trasie, gdyż w tym roku Org Czarek, rezygnując z tradycyjnych kółek wzdłuż Zalewu Szczecińskiego, wyznaczył prawie 350 km ultramaraton do Nowego Warpna i z powrotem. Mnie przerażał przejazd przez Szczecin, miałam więc sporo wątpliwości, które po odprawie niestety pozostały. Niepokoiła mnie też prognoza pogody- zapowiadano bardzo silny północno-wschodni wiatr.

niedziela, 18 września 2016

Spacer po Forcie Gerharda

Gdy w 2011 zaczynałyśmy z Gui szlak latarń morskich,odwiedziłyśmy latarnię w Świnoujściu. Przejeżdżałyśmy wówczas obok obiecująco wyglądającego obiektu o nazwie Fort Gerharda. Niestety, plany miałyśmy napięte, więc zwiedzanie zostawiłyśmy na bliżej nieokreśloną przyszłość.

niedziela, 31 maja 2015

"I wszystkie pory roku będą równocześnie" - XV Ultramaraton w Świnoujściu

Deszcz, grad, wiatr... te trzy słowa wystarczyłyby za cały opis tego, co przeżyłyśmy w sobotę w Świnoujściu. Ale przecież nie zostawię moich czytelników z takim komentarzem.
Zatem od początku.


niedziela, 11 maja 2014

Deszczowe Świnoujście

Do Świnoujścia przyjeżdżamy z niekłamaną przyjemnością od trzech lat. I tym razem umawiałyśmy się na radosne spędzanie czasu w swoim towarzystwie. Niestety, Gui nie miała transportu nad morze i została we Wrocławiu, było to o tyle zrozumiałe, że przecież moja Najmłodsza zdaje właśnie maturę. 

środa, 18 września 2013

Piątek trzynastego, czyli jedziemy do Świnoujścia

Gui od miesiąca pomieszkuje we Wrocławiu. Ciągle mam nadzieję, że wreszcie o swoim nowym mieście napisze. Póki co, aby się z nią spotkać trzeba się nieźle nagimnastykować, czyli np. wybrać się na maraton.
Umówiłyśmy się w… piątek 13 .  W Świnoujściu. Gdy wybiła 14.00 razem z Chudą wsiadłyśmy do samochodu , mając nadzieję spotkać się z Gui za jakieś 2 godziny. Zapomniałyśmy jednak, że przecież mamy piątek, trzynastego… Najpierw utknęłyśmy na światłach (jedynych w naszym mieście), potem okazało się, że na stacji paliw akurat jest dostawa gazu i trzeba było jechać na następną. Tam zaś pracownik wziął taczki pojechał do innej piaskownicy. Nim wrócił minęły kolejne minuty. Sama droga do Świnoujścia przebiegła bezproblemowo, gadałyśmy sobie z Chudą o wszystkim i niczym, coraz bardziej podniecone zbliżającą się imprezą. Na przeprawie promowej stałyśmy godzinę, czekając na rozładowanie kolejki, a Gui w tym czasie zdążyła dojechać do campingu i się w nim rozlokować. Niestety była coraz bardziej głodna, bo to my wiozłyśmy jej cieplutki domowy obiad.
Wreszcie po 17.00 zameldowałyśmy się na campingu „Relaks”. Nie był to jednak koniec naszego pecha- okazało się, że w naszej łazience coś wylało i było brudno, a żarówka się przepaliła. Zgłoszenie problemu na recepcji na niewiele się zdało: dostałam nową żarówkę i…. bawełniany podkoszulek zamiast szmaty, żeby sobie posprzątać. Zachwycona nie byłam i zastanawiam się , czy w przyszłym roku zanocujemy w tym samym miejscu. Na tym nasz pech się wyczerpał i mogłyśmy cieszyć się zbliżającą się przygodą.
Po odebraniu pakietów startowych w domu kultury, poszłyśmy w poszukiwaniu kolacji. Nasz wybór padł na … „Krewetkę”. Taka nazwę nosił bar kuszący dużym napisem pizza z pieca. Weszłyśmy do środka. Wyglądało sympatycznie i schludnie. Zamówiłyśmy herbatę i pizzę hawajską z podwójnym serem. Oczekując na posiłek zrobiłyśmy sobie kilka fotek. Wtedy tez okazało się, że przez okno przygląda nam się ciekawie wyglądający gość: przyprowadził go … rower, bo trudno powiedzieć, że tym rowerem przyjechał- tak się chwiał. Na rowerze przywieszone miał torby, siatki i różne takie. Strój gościa i ogólny look wskazywał na gatunek menelski, ale z kulturą. Menel przez szybę nam pomachał, cieszył się, że robimy sobie zdjęcia i coś tam pod nosem mamrotał.
Potem zadzwonił telefon. Mój. Usłyszałam męski głos informujący mnie, że rozmowa będzie nagrywana a on dzwoni z propozycją.
- Znaczy, chce mi pan coś sprzedać?- zapytałam lekko rozbawiona, bo widziałam miny moich dziewczyn.
- Dzwonię z pewną propozycją- niezrażony kontynuował głos.- Teraz ja musiałam zrobić głupią minę, bo dziewczyny wybuchnęły gromkim śmiechem, którym zagłuszyły wywód męskiego głosu w telefonie. Nie dowiedziałam się, na jakie spotkanie chce mnie zaprosić i co mi wcisnąć, bo krztusiłam się ze śmiechu i dalsza rozmowa nie miała sensu.


Pizza okazała się wielka, pożywna i smaczna- na ziołowym cieście. Objadłyśmy się jak bąki, a ostatni kawałek zapakowano nam do domu (Gui zjadła na śniadanie) .
Po takiej radosnej kolacji wróciłyśmy do MDK na tzw. odprawę techniczną. Wysłuchałyśmy wszystkich ważnych informacji i przywitały się ze znajomymi, którzy gromadnie przybyli na imprezę.



A w sobotę ruszyłyśmy przed siebie, ale o tym w następnym poście:)