poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Ruda w świecie filiżanek

Bolesłąwieckie Święto Ceramiki było jedną z tych imprez, które chciałam odwiedzić i nigdy mi się nie udało. Do teraz.
Po raz pierwszy spędzam w Gierczynie drugą połowę sierpnia, więc mogliśmy pojechać na ten największy w Polsce ceramiczny targ.

Początkowo wybieraliśmy się w sobotnie popołudnie, ale po piątkowych atrakcjach i upale wszyscy byli wymęczeni. Podjęliśmy więc decyzję, że pojedziemy w niedziele przed południem, tak, by skorzystać nie tylko z jarmarcznej atmosfery, ale także takiegoż jedzenia.
To była świetna decyzja! Dzień obudził się pogodny i raczej spokojny. Bez pośpiechu wpakowaliśmy się do samochodu i bocznymi drogami dojechaliśmy do Bolesławca. Ponieważ większość zwiedzających pojawia się dopiero po południu, nie mieliśmy problemów z zaparkowaniem samochodu.
Ruszyliśmy w górę, w stronę rynku, intuicja podpowiadała, że to włąśnie tam odbywa się impreza. Jakoż chwilę później oglądaliśmy już pierwsze stoiska. Na razie wystawiali się zbieracze staroci, bo Giełda Staroci była jedną z imprez towarzyszących. Czegoż tam nie było... porcelana obok przedwojennych okuć, płyty winylowe przy kolekcji broni, archaiczne narzędzia rolnicze obok plastikowych zabawek, z których ktoś wyrósł. Wśród masy rupieci wszelakich znalazła się nawet... armata!
Giełdę obeszliśmy raczej pobieżnie, bo przecież nas, a dokładnie mnie interesowała ceramika bolesłąwiecka, którą bardzo lubię.
Cały rynek zastawiony był stoiskami z ceramiką. Znalazły się tu zarówno typowe dla Bolesławca kobaltowe zdobienia z kilkunastu chyba manufaktur, jak i wszelkiego rodzaju kamionki, wyroby garncarskie czy ceramika artystyczna. Każdy zwiedzający znalazł tu coś dla siebie: użyteczne wielkie gary na ogórki i kapustę, kubki, filiżanki, całe zastawy stołowe, wazoniki, butelki na nalewki, przyprawniki. Dla wybredniejszych klientek była biżuteria, bibeloty i wszelakie „durnostojki”.
Z okazji rocznicy ślubu Ślubny postanowił zrobić mi prezent i mogłam go sobie wybrać. Nie miałam łatwego zadania, bo wszystkie filiżanki krzyczały do mnie : „weź mnie!”. Ja jednak była twarda i postawiłam tym razem na funkcjonalność- wybrałam uroczą cukiernicę z zakładu ceramicznego w Siekierczynie.
Wojtek, bratanek Ślubnego, którego zabraliśmy w góry na wakacje tez wybrał drobiazgi dla swoich kobiet: mamy i siostry. Myślę, że spodobają im się prezenty.
Powoli snuliśmy się w kierunku stanowisk z jedzeniem. Jednak nim na dobre rozsiedliśmy się przy stole, postanowiliśmy jeszcze zajrzeć do „Wioski garncarskiej”. Miejsce przygotowane z myślą o najmłodszych przyciągało nie tylko adresatów. Dorośli także z uwagą przyglądali się pracy kilku garncarzy, którzy wspólnie z dziećmi przygotowywali wybrane przez maluchy naczynia- wazoniki, talerzyki, kubki. Potem takie naczynku Maluch mógł sobie samodzielnie udekorować farbami i zabrać do domu. Tuż obok rozstawiony był warsztat tkacki miejsce, przy którym ja przystanęłam na dłużej, bo praca krosien potrafi mnie zahipnotyzować. To niesamowite, jak z pojedynczych włókien tworzy się barwna tkanina!
Dalej kowale wykuwali proste kształty, a powroźnik skręcał linę. Przy wyjściu (lub wejściu) ustawiło się stanowisko malowania wzorów bolesławieckich na twarzy. W efekcie spora część pań i dzieci wychodziła wyglądając jak filiżanka.
Na obiad każdy wybrał , to na co miał ochotę golonka, zapiekanki, pajdy ze smalcem...
Zrobiło się popołudnie. Tłum gęstniał niemiłosiernie, a z północy nadciągała wielka ciemna chmura. Zrezygnowaliśmy z reszty atrakcji, myśląc tylko o tym, by przede deszczem znaleźć się w samochodzie. Udało się! Pierwsze krople spadły , gdy ruszałam z parkingu.
W drodze powrotnej dyskutowaliśmy o tym, jakie naczynia kupimy na jarmarku za rok, gdzie zatrzymamy się, by narwać nawłoci, która właśnie spektakularnie zakwitła oraz... gdzie przebiegała granica między Śląskiem a Łużycami. Z naszych obserwacji na trasie wynikało, że miejscowości na prawym brzegu Kwisy mają człon Śląski, a te na lewych Łużycki, co jednoznacznie wskazywało, ze granicą jest Kwisa. Po powrocie sprawdziłam w internecie- mieliśmy rację- granica między Śląskiem a Łużycami biegła wzdłuż Kwisy i Bobru, choć sprawa tego podziału nie jest wcale taka prosta, jak mogłoby się wydawać. Na forum historycy.orghistorycy.org trafiłam na niezwykle ciekawą dyskusję na ten temat.

Tak czy siak Gierczyn leży w historycznych granicach Śląska, więc ja Ślązaczka znów jestem u siebie.


8 komentarzy:

Krzysztof Gdula pisze...

Zaciekawiłaś mnie opisem, Ślązaczko, a że widziałem bezlik takich imprez, sztuka to nie lada. Nie jest łatwo zobaczyć w XXI wieku sztukę malowania naczyń lub pracę powroźnika.
Wyobrażam sobie, jakie tam miałaś używanie :-)
Czy Ślubny wykazał się dzielnością i nie marudził chodząc za Tobą?
Nawłoć kwitnie! Takie zwykłe badyle, a przecież takie ładne.

Anna Kruczkowska pisze...

Wiesz, Krzysiu, byłam mile zaskoczona stoiskami, bo tandeta wyrzucona została na peryferia i można ją było ominąć. Królowała ceramika i starocie. Strefa dzieci faktycznie się organizatorom udała i przyciągnęła mnóstwo dzieciarni zaciekawionej ceramiką. Ślubny był bardzo dzielny. Przekupiłam go możliwością wypicia piwa regionalnego z kija- był to Namysłów, bo ja prowadziłam samochód w drodze powrotnej.
O tak! Nawłoć kwitnie niesamowicie i raduje oczy! Także w moich wazonach! No i jeszcze coś z niej przygotowałam, ale to temat na inny wpis.

Sol (Blog Włóczykijów) pisze...

Ale super impreza! Nigdy o niej nie słyszałam, też kiedyś chętnie odwiedzę. Zdjęcie na filiżance jest boskie! :D

Andrzej pisze...

Trochę przekombinowane to umieszczenie Gierczyna na Śląsku ale fakt, Ślązaczką zawsze byłaś nawet na Pomorzu.
To w końcu kwestia urodzenia.

Anna Kruczkowska pisze...

Sol, polecam. Podobałoby Wam się!
Andrzeju, no jak przekombinowane? Dolny Śląsk to też Śląsk. Warto o tym pamiętać!

Andrzej pisze...

Dolny Śląsk z nazwy i owszem ale sama wiedz Ślązok to odmienny stan świadomości i inna kultura ukształtowana przez kilka narodów mieszkających tu razem od pokoleń. To efekt zakończonego sukcesem szukania drogi do polski i pielęgnowania polskości w domach.

Anna Kruczkowska pisze...

Andrzeju, pielęgnowanie polskości, czy śląskości? Obawiam się, że wielu Ślązaków nie zgodziłoby się z Twoją definicją. Zwłaszcza teraz, gdy przypomina się, że Śląsk był zawsze śląski a nie polski. Ba! W granicah Polski był stosunkowo krótko! Podobnie jak Pomorze, które polskie nigdy nie było. Oba te regiony były słowiańskie, ale w granicach bardzo róznych państw. A Polska róznie się z nimi obchodziła.

Andrzej pisze...

Zależy kogo słuchasz. Są Śląscy Niemcy ze swoją autonomią i mniejszość niemiecka mająca jak w Raciborzu stałe przedstawicielstwa. Są i kabociorze jak Pani Wieczorek z Rydułtów która ucząc w Liceum polskiego tępiła gwarę a teraz wiedzie prym w mniejszości niemieckiej.
Masz zatem racje część Ślązaków by się ze mną nie zgodziła, ale oni nie zgadzają się nawet ze sobą - tylko trochę po czasie.
Zmiany administracyjne to co innego - ich nie zmienimy. Obowiązuje stan obecny.
Ślązacy którzy tego nie zaakceptowali już dawno mieszkają w Niemczech.
Tak to wygląda przez kilkadziesiąt lat moich obserwacji.