środa, 28 lutego 2018

Leśna pieczeń z dzika czyli spotkanie blogowe

Niedziela była dla nas dniem wyjątkowym. Oczekiwaliśmy szczególnego gościa. Liczyliśmy na długą pogawędkę o górach, książkach i życiu. A wiadomo, że najlepiej rozmawia się przy dobrym jedzeniu. Zależało mi, żeby było pożywnie, smacznie, pokazywało oryginalność mojej kuchni, a jednocześnie zaznaczało jej śląskie korzenie.

Podałam więc:
-rozgrzewającą zupę krem z czerwonych warzyw (przepis) ,
-tradycyjne szare śląskie kluski i czerwona kapustę (czorne kluski i modro kapusta (przepis)),
-pieczeń z dzika,
-kolorowe warzywa w occie jabłkowym,
-moczkę,
-kruche ciasto ze śliwkami.
Większość potrwa opisywałam już na blogu, więc skupię się na pieczeni.

LEŚNA PIECZEŃ Z DZIKA
Składniki:
1,5 kg szynki z młodego dzika
1szklanka octu świerkowego (5 niedojrzałych szyszek macerowanych w 1 l octu z krwawnika przez pół roku)
garść suszonych grzybów
1 cebula
1 nieduża marchew
kilka ziaren jałowca
sól, pieprz
Wykonanie:
Przygotowujemy zalewę z octu (z szyszką w środku), soli, pieprzu, jałowca. Wkładamy do niej szynkę. Odstawiamy na przynajmniej 24 godziny w chłodne miejsce, obracając dwa razy dziennie. Brytfannę z dziczyzną ustawiamy na rozgrzanej blasze, dusimy powolutku, dodając pozostałe składniki. Jeśli zachodzi taka potrzeba dolewamy wodę lub bulion) Po mniej więcej 2 godzinach powolnego duszenia (odwracamy mięso kilkakrotnie) wyjmujemy pieczeń, a sos miksujemy na jednolitą masę.
Podajemy z kluskami i kapustą.

25 lutego 2018, godz. 7.00, temp. -18 stopni
Przyznacie, że przy takim posiłku rozmowa toczy się sama. Tak było i tym razem. Krzysztof , bo dla niego przyrządzałam te delicje, wrócił z wyprawy na Jelenie Skały zmarznięty (temperatura o świcie wynosiła -18 stopni), ale zadowolony i pełen wrażeń. W czasie kilku godzin rozmowy jak zwykle przeskakiwaliśmy z tematu na temat, nie mogąc się nacieszyć swoja obecnością i nadziwić, że znów udało nam się tak zgrać terminy, by się spotkać.
Nic tak przecież nie cieszy, jak możliwość spotkania ludzi, w których towarzystwie czujemy się swobodnie i po prostu dobrze.  No i jak zwykle mieliśmy za mało czasu, który biegł zdecydowanie zbyt szybko i dopiero, gdy światła samochodu Krzysztofa znikły za zakrętem, uświadomiłam sobie, że znów nie zrobiłam ani jednego zdjęcia ze spotkania.
No i co ze nie za blogerka, która o takich rzeczach zapomina ;)
Koniecznie zajrzyjcie na blog Krzysztofa: http://krzysztofgdula.blogspot.com/, zrozumiecie, dlaczego rozmowy z nim są fascynujące. Polecam też jego fantastyczną książkę o wędrówkach po Sudetach:  https://www.wydawnictwocm.pl/krzysztof-gdula-sudeckie-wedrowki-p-224.html




8 komentarzy:

Niania w Paryzu pisze...

Strasznie duzo dań i pracy, ale chwała gospodyni! Chętnie zajrzę na stronę twojego gościa bo musiało byc fascynująco!

baja pisze...

Ale mnie zadziwiłaś taką róznorodnością dań,wspaniała z Ciebie kucharka.

Agnieszka Mycoffeetime pisze...

No no, co za wystawne menu! Toż to niebo dla podniebienia:)
pozdrawiam serdecznie z nad filiżanki kawy:)

Krzysztof Gdula pisze...

Dopiero teraz zajrzałem tutaj, zajęty zdjęciami z niedzieli.
Ojej, Anno! Tyle dla mnie i o mnie? Dziękuję za tak wiele starań i miłych słów.
Obiad był bardzo dobry. Przy pierwszej łyżce zupy poczułem tę inność smaków, jakiej zaznałem przy pierwszej degustacji Twojej zupy, już ponad dwa lata temu w Ustroniu, zupy z kwiatami :-) Mięso soczyste, miękkie i aromatyczne, a o surowce pisałem w smsie – że mogłem zubożyć Twoją piwnicę o jeszcze jeden słoiczek. Tylko wiesz… tak dalece nie jestem przyzwyczajony do bycia w gościnie, że po powrocie wspominam przebieg spotkania i zaraz znajduję swoje towarzyskie potknięcia.
Przepraszam za nie.
A czas z Wami faktycznie mija szybko. Zdawałoby się, że zjedliśmy obiad, wypiliśmy herbatę i niewiele później pożegnałem się, a minęło cztery godziny.
Podałaś stronę wydawnictwa, za co dziękuję Ci, Anno. Czasami tam zaglądam i zwróciłem uwagę na licznik z ilością moich książek na stanie. Malał, później było zero, a następnie rosnące liczby ujemne. Dziwne. Wydawnictwo ma na stanie minus 25 książek…
Porządkując zdjęcia znalazłem parę zrobionych ze skał stojących w pobliżu Jelenich i nieco wyżej od nich. Wygląda na to, że jednak byłem na skale szczytowej, o której rozmawialiśmy, ale odnoszę silne wrażenie, że jest ona niższa od szczytu południowego, tego, który jest w pobliżu gołoborza. W komputerze znalazłem fragment jakiejś starej mapy, przebieg poziomic na niej jest podobny do ich układu na mapie Sygnatury i wskazuje południowy szczyt jako wyższy. Warto by jeszcze gdzieś poszperać w poszukiwaniu potwierdzenia informacji, może po publikacji zajmę się tym. Wiesz, ten czas jest jak zając, który szybko ucieka, a powinien być jak kalorie, których zawsze za dużo.
A propos: zwróciłem uwagę na pewną cechę moczki, mianowicie tak jest skomponowana, że można zjeść jej dużo, mimo iż tyle w niej słodkości. Czuję się jakąś… winność?

Aleksandra pisze...

To musiało być bardzo miłe spotkanie i Twoje smakołyki palce lizać. Często zaglądam na stronę Twojego gościa. Tak ciekawie opisuje swoje wędrówki.

Paweł Zatoński pisze...

Dziczyzna w takich okolicznościach przyrody i krajobrazu - nie ma nic wspanialszego. Niech te miliony Polaków, które nie mieszkają w Lasku, zazdroszczą :D

Anna Kruczkowska pisze...

Nianiu, Baju i Agnieszko, gotowanie dla niezwykłego gościa jest sposobem na pokazanie mu, ile dla nas znaczy. To dlatego miało być smcznie i różnorodnie (no i nie ukrywajmy, lubie patrzeć, jak gościom smakuje moje jedzenie, a Krzysztof piękni epotrafi się zachwycać!)
Krzysiu,Mogłęś z tej piwniczki wybrać, co chciałeś. Może powinnam Cię w niej na trochę zamknąć, abyś miał czas na wybieranie? (tylko trochę zimno było) Towarzyskie potknięcia? W gronie przyjaciół nie ma takiego pojęcia! Wchodząc na stronę wydawnictwa też zwróciłam uwagę, zę nakład się wyczerpał. Ciekawe, kiedy zrobią dodruk.
Kurczę, już sama nie wiem, co z tą Tłoczyną. Może faktycznie tylko złudzenie optyczne? Chyba jeszcze raz na nią wlezę!
Winnośc w moczce pochodzi z powideł śliwkowych, suszonych owoców i ciemnego piwa ( niektóre gospodynie zamiast piwa wlewają wino) i zgadzam się, ze można ją jeść i jeść (kilkoro moich znajomych przyznaje się do tego, że nikomu z rodziny nie chwalą się prezentem ode mnie i sami zjadają cały słoik)
Pawle, nie da się ukryć, jest czego zazdrościć. W końcu nie każdy może mieszkać w miejscu, gdzie kończą się drogi ;) (Zajrzyj na blog mojego gościa, jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś, spodobają Ci się opisy jego sudeckich wędrówek)

Krzysztof Gdula pisze...

Aniu, dziękuję raz jeszcze za spotkanie, obiad, i za tyle ciepłych słów tutaj.
Oczywiście pewności też nie mam, ale gdy wspominam marsz przez las od południowego szczytu w stronę Jelenich Skał, to przypominam sobie sporo spadków, niewielkich, ale jednak sporo, natomiast podejść raczej nie, chyba tylko przy tych skałach, które później uznałem za te, o których pisałaś. Zdjęcie z nich zrobione jest opublikowane, ma odpowiednią nazwę i 19 numer kolejny. Piszę o tym, bo może widok coś Ci powie.
Na pewno trzeba jeszcze raz tam się wybrać; przy tej okazji poznać bieg tej ładnej kamiennej ścieżki biegnącej poniżej Jelenich Skał.