poniedziałek, 28 maja 2018

IX Klasyk Radkowski

Sympatyczny drobiazg od Pawła :)
Pobudka o 4:30 nie jest dla mnie już niczym niezwykłym - wstaję tak dość często do pracy, więc budzik w wolną sobotę nie był niczym strasznym. Szybkie śniadanie, pakowanie rowerów i ruszamy z Krzysiem. Naszym celem jest Radków. 
Dojeżdżamy po niecałych dwóch godzinach, meldujemy się w bazie, odbieramy pakiety - jak zwykle pełne - czekolada, napój, skarpetki. I brak bonu na obiad - tutaj są niepotrzebne - Orgowie nakarmią każdego, najchętniej z trzema dokładkami. Ale i chętnych nie brakuje, bo tradycyjna potrawka z ryżem jest OBŁĘDNA. 


Szykujemy siebie i rowery - spokojnie, nieśpiesznie. Prowadzimy kolejne rozmowy, witamy się ze znajomymi. Ja startuję o 8:02, Krzyś 6 minut później. Przez pierwsze kilometry utrzymuję się w swojej grupie - ja i czterech chłopaków na rowerach innych. Na podjeździe pod Batorów udaje mi się nawet niektórych wyprzedzić. A mnie wyprzeda Krzyś. Ładnych kilka km później niż rok temu. Niestety - wypracowana pod górkę przewaga znika z górki - na szczycie podjazdu powinna czekać na mnie sterta cegieł na dociążenie i flaszka wódki na odwagę. W tym roku na zjeździe do Szczytnej nie było już dziur. Z prostego powodu - nie było już asfaltu. Zaciskam zęby i zjeżdżam modląc się w duchu, by opony to wytrzymały. Staram się nie zaciskać za to hamulców, poza momentami, które tego naprawdę wymagają. Mija mnie jednak jeden z gigantów - starych maratończyków z wieloletnim doświadczeniem - wcale nie jedzie duszo szybciej ode mnie po tych dziurach - czuję się usprawiedliwiona. Na trasie jedna niewielka zmiana drogi - nowe widoki! Ileż ja się na łąki napatrzyłam! Ale, ale, nie zwiedzamy, jedziemy dalej. 
Ups!
Na podjeździe pod wysypisko mija mnie Iza - prędzej, czy później musiało to nastąpić. Hopkę pod punkt żywieniowy pokonuję na stojąco - garmin pokazuje 23% nachylenia. Na pierwszym kółku nie zatrzymuję się, zrobię to na następnym. Zanim to jednak nastąpi, to podjazd pod Karłów (aaa! tempem kolejnego starego maratonowego wyjadacza!), zjazd do Radkowa, Ratno, skręt na Wambierzyce i...guma! 

Zorientowałam się wstając z siodełka pod kilkumetrową hopkę i czując, że przód jest dziwne miękki. Szybki telefon po wóz serwisowy i przymusowa przerwa. Zjeżdżam w cień na pobocze i zaczynam rozbrajać koło. Sama zdjęłam oponę i dętkę, ale nie podjęłam się dalszej wymiany - nigdy tego nie robiłam, dętkę miałam jedną i nie chciałam jej stracić przez nieumiejętne założenie. W międzyczasie kilka osób mnie mija - padają oferty pomocy, pełne troski pytania, Odpowiadam jednak z uśmiechem, że jest ok, radzę sobie - wiadomo, każdemu jakoś tam zależy na wyniku (nawet, jak twierdzi inaczej). Niektórzy gotowi są się zatrzymywać, Jacka muszę zapewnić, że naprawdę sobie poradzę, jest ok i może jechać bez wyrzutów sumienia - okazał się dobrym duchem tej imprezy.  Bogdan w żółtym aucie przyjeżdża, szybko doprowadza mój rower do stanu nadającego się do dalszej jazdy. Zanim jednak ruszę, pojawi się Wiesiu - ma do Radkowa pecha, tym razem nie wystartował, ale stwierdził, że nie odpuści możliwości przejechania się po okolicy i razem jedziemy parę km - aż do początku mojego drugiego podjazdu pod Batorów. 
Ponad dwudziestominutowa wymuszona przerwa pozwoliła mi trochę odpocząć, więc na podjeździe zaczynam wyprzedzać część zawodników, którzy mijali mnie, gdy czekałam na serwis. Pnę się cierpliwie i z coraz większym lękiem myślę o zjeździe. Podejmuję decyzję, że jeżeli zdarzy mi się kolejny defekt, to skracam maraton. Na szczęście obywa się bez tego. Pilnuję kadencji, ułożenia nóg, picia i jedzenia. I jadę. Na drugiej pętli zatrzymuję się na punkcie, by uzupełnić picie w bidonach. Chwytam też pomarańczkę i drożdżówkę. Znowu Karłów, zjazd, Radków i ostatnia pętla. 
Trzeci Batorów podjeżdżam jakoś tak...mimochodem. Przekonana, że przede mną jeszcze jedno wypłaszczenie, a później ścianka z pewnym zdziwieniem stwierdzam, że nie - to już szczyt. Tym razem muszę jednak trochę bardziej uważać na skrzyżowaniach - dotychczasowa obstawa wolontariuszy i policji opuściła już posterunki - nie robi mi to wielkiej różnicy - trasę znam, wiem, gdzie muszę zwolnić i zachować większą uwagę. Nie zatrzymuję się na punkcie, tylko jadę od razu na metę. Na początku podjazdu pod Karłów orientuję się, że...mam o jednego batonika mniej, niż myślałam. Nie jestem jeszcze głodna, ale rozsądek podpowiadał, by coś zjeść. Trudno - napiję się. Ten podjazd mi się dłuży, bo widzę na zegarku kolejne uciekające minuty. 
Zakładałam zmieścić się w 10 godzinach, ale apetyt rośnie... Postanowiłam, ze dam radę w 9:30 z pomiaru czasu. Ze szczytu zjeżdżam trochę na łeb na szyję. Hamuję tylko tam, gdzie jest to naprawdę niezbędne. Na metę wpadam po 9 godzinach i 27 minutach. Czas jazdy to niecałe 9 godzin! Jestem mega zadowolona, ale moją radość mąci widok na mecie - czeka na mnie Krzyś poowijany bandażami. Na 5 km przed metą podczas szybkiego zjazdu został zahaczony lusterkiem. Kierowca nawet się nie zatrzymał, gdy mój chłopak wylądował na asfalcie. Wiem, że nie należy ludziom źle życzyć, ale klątw, które w myślach posłałam w stronę kierowcy, który zbiegł z miejsca wypadku nie powstydziłaby się żadna wiedźma. Mimo paskudnych otarć i stłuczeń Krzyś ukończył maraton na pierwszym miejscu w kategorii. 

Głodna jak wilk szybko spakowałam rowery do auta i dołączyłam do towarzystwa  czekającego na dekoracje. Zjedliśmy, wymieniliśmy się wrażeniami, odebraliśmy puchary - oboje stanęliśmy na najwyższym stopniu podium. Tak - byłam bezkonkurencyjna w kategorii. W Open natomiast zajęłam drugie miejsce! I tym samym w Pucharze Polski awansowałam na drugą pozycje wśród kobiet - nie wiem, na jak długo tam zabawię, ale hej - zrobiłam to. 

Alu! Dziękujemy za zdjęcia! <3
Podsumowując - pal licho asfalty (lub ich brak) - klasyki organizowane przez KKZK należą do mojej ścisłej czołówki, jeżeli chodzi o poziom - wszystko jest na swoim miejscu i działa jak w zegarku. Do zobaczenia pod koniec lipca w Zieleńcu! 

5 komentarzy:

Pawel Majchrzak pisze...

Bardzo miło było Was spotkać. Niesamowita atmosfera i przesympatyczni ludzie. Cieszę się że nawet mały drobiazg potrafi sprawić radość. Serdecznie pozdrawiam

Iwona Zmyslona pisze...

Niestety nie jeżdżę na rowerze, jednak podziwiam ludzi(bez względu na płeć), którzy uprawiają ten rodzaj sportu. Gratuluję pierwszego miejsca w kategorii i drugiego wśród pań. Mam nadzieję, że obrażenia Krzysia okażą się niegroźne i szybko się zagoją. Pozdrawiam cyklistów.

Chuda pisze...

Pawle każde spotkanie z Tobą jest źródłem radości ;) Do zobaczenia na trasie!
Iwono dziękuję, Krzyś czuje się już lepiej, wkrótce kolejne zawody, sądzę, że zrobi wszystko, by do tego czasu dojść do siebie.
Pozdrawiam cieplutko

Agnieszka Mycoffeetime pisze...

Wow! Gratulacje!
pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

Chuda pisze...

Dziękuję Agnieszko! :)