sobota, 12 maja 2018

Zabili mi kumpli! Czyli "Avengers. Wojna bez granic"

Uczciwie ostrzegam - będą spojlery.
"Zabili mi kumpli" - taka była moja pierwsza myśl po wyjściu z kina, gdy już wydmuchałam nos, wytarłam rozpłynięty tusz i westchnęłam głęboko po raz n-ty. No bo tak: od kilku lat śledzę filmowe losy kolejnych postaci z uniwersum Marvela, wiem że to trochę powierzchowne, bo przede wszystkim komiks, a można by jeszcze serial, ale co ja poradzę, że jestem książkowa i filmowa... 
No więc śledzę te losy bohaterów, nadążam za ich wzajemnymi relacjami i zależnościami, przywiązuję się w końcu. A później pojawia się jeden film, w którym połowę wybijają. Ot tak, jak pstryknięcie palcem. Byli, nie ma. Nie oszczędzono nawet małego drewnianego przesłodkiego dziecka. 
Z nadzieją czekałam na jakiś twist fabularny w scenie po napisach, na rozładowanie tej atmosfery. Ale minęły pierwsze napisy - wiecie, te "ładniejsze", po których zwykle w filmach Marvela następuje jakaś zabawna scena, a tu tylko marsz pogrzebowy i...dalsze napisy, już te zwykłe, czarno-białe. Siedzę dalej. 2/3 sali kinowej też. Czekamy. Jest! Scena po napisach, wstrzymujemy oddech. I...żegnamy się z kolejną postacią. 
Ja wiem - to film, to fantastyczne postaci, superbohaterowie, to nawet nie na faktach, nie na motywach życia, ale zdążyłam się przywiązać i było mi po prostu smutno.
Ok, to koniec już znacie, napiszę więc trochę o reszcie filmu. 
Film mi się podobał. Trzyma dobry, marvelowski poziom (wiadomo - co kto lubi). Z napięciem obserwowałam rozwój wydarzeń na ekranie, ciekawa, co będzie dalej. Przez dwie godziny nie sposób się nudzić - ciągle coś się dzieje. Przerzucani jesteśmy z jednego końca świata (galaktyki) na drugi. Lądujemy w kilku zakątkach Ziemi, spotykamy niemal wszystkich bohaterów znanych nam z poprzednich części serii. Dobra gra aktorów pozwala skupić się na akcji, a nie na ich potknięciach, wizualnie wszystko gra - efekty specjalne robią odpowiednie wrażenie, Wakanda jest równie utopijna i piękna, co poprzednio, kosmos zadziwiający i bezkresny. Był za to moment, gdy nie zagrała mi...muzyka. W czasie kolejnego triumfu czarnego charakteru zabrzmiała strasznie pompatycznie - takie wiecie - fanfary zwycięstwa tego złego - aż za bardzo. Lubię, gdy muzyka jest komentarzem tego, co dzieje się na ekranie, ale w tamtym momencie zabrzmiałaby ironicznie, gdyby nie była na serio. 
Jak na Marvela przystało były też żarty. Całe sceny przesycone komizmem, gdy sala śmiała się w głos. Spotkanie Thora z Peterem Quillem i ich pojedynek na zadufanie w sobie były świetne. 
Mimo dużej ilości postaci i ich wzajemnego uwikłania w swoje losy osoby, które dotychczas nie miały specjalnej styczności z tym światem tez mogą dobrze bawić się na seansie - Krzyś wyszedł z kina zadowolony. Wprawdzie kilka rzeczy mu w międzyczasie wyjaśniłam, ale i bez tego zapewne bez problemu śledziłby rozwój akcji. 
Podsumowując - to dobry film, ze świetnymi aktorami, dużą dawką akcji i smutnym zakończeniem. 

3 komentarze:

  1. E... to trochę nie moja filmowa bajka:D
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja i moim znajomi po obejrzeniu tej części nie mogliśmy spać.. Scena ze Spajdermenem i IronMenem rozdarła mi serce.. Całe szczęście Kapitan Ameryka żyje, więc nie muszę ogłaszać żałoby. Wpis super, bo w moim klimacie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Agnieszko również pozdrawiam :)
    Więcej serca niż rozumu - ja z teamu Iron Mana ;)

    OdpowiedzUsuń