sobota, 2 grudnia 2017

Tu, gdzie kiedyś płonęło ognisko

- Prześlij mi zdjęcia Polany. - poprosiła znajoma na fb. Polana... niewielki bezdrzewny , prawie płaski obszar na szczycie Stożka. Miejsce zarośnięte malinami i młodymi brzózkami, rozjeżdżone kołami traktorów ściągających drewno. Można przejść obok obojętnie, niezauważając go prawie (no chyba, że akurat jest lato i chcemy nazbierać malin, którymi kuszą dorodne krzaczki). Dlaczego ktoś chce zdjęcia tego akurat miejsca w Gierczynie? Wokół tyle ciekawszych widoków. A jednak takiej prośbie nie mogłam odmówić, więc zrobiłam kilka fotek w czasie spaceru na Prochową, o której pisałam niedawno (klik)

Żeby zrozumieć tę prośbę trzeba cofnąć się o jakieś 30-50 lat. Gdzieś od końca lat pięćdziesiątych XX w. dawne niemieckie schronisko Forstelbaude stało się Domem Kolonijnym KWK Marcel.
Podejrzewam, że w Radlinie nie ma 40-60- latka, który choć raz nie byłby tu na koloniach. A co można było robić na kolniach na takim odludziu? Ano chodziło się nad strumyk albo na polanę. A gdy padał deszcz, spędzało się czas na świetlicy, rozległej leżalni albo w pokojach (jak ktoś miał szczęście i nocował w pokoju, a nie na leżalni) Raz w ciągu trzytygodniowego pobytu organizowano wycieczkę autokarową (np. na Chojnik), raz cała kolonia pieszo wędrowała do Świeradowa Zdroju. Największą atrakcją był jednak przyjazd kina objazdowego i zabawy taneczne organizowane w niewielkim drewnianym budynku przy basenie. Tak, tak basen też był, ale nie wszyscy mieli szczęście, by się wykąpać, bo nie zawsze była w nim woda.
Większość czasu spedzaliśmy na świeżym powietrzu. Zaczynało się o poranku apelem na sporym placu apelowym. Codziennie echo niosło po górach hymn: "Wszystko co nasze Polsce oddamy". Potem śniadanie i zajecia w grupach kolonijnych. Na zmianę łaziliśmy nad Przecznicki Potok, gdzie budowaliśmy tamy lub wylegiwaliśmy się na szarych kocach ( późniejsze roczniki miały koce w czerwono-niebieską kratę) Nad strumieniem mieściła się jedna, w porywach dwie grupy, reszta zatem szła na Polanę. Tu można było pograć w piłkę czy lotki, uczyliśmy się piosenek, ćwiczyli skecze, przygotowywali przebrania na Dzień Kolonisty.
Największą atrakcją Polany były jednak ogniska przygotowywane zazwyczaj w ramach Dnia Kolonisty. Wszystkie grupy pokazywały przygotowane przez siebie przedstawienia, śpiewały piosenki i prezentowały stroje. Potem piekliśmy kiełbaski, a stary las (tak, tak, wtedy rósł tu stary las) rozbrzmiewał dziecięcym śpiewem i śmiechem.
Robiło się coraz ciemniej, coraz bardziej nastrojowo. Śpiewaliśmy harcerskie piosenki o ognisku, ale na mnie nawiększe wrażenie robiło zawsze "Szerokie pole".
Tak... Polana dla nas radlinioków była miejscem niezwykłym. Tu nawiązywały się przyjaźnie i pierwsze miłości, tu spędziliśmy piękne chwile swojego dzieciństwa.
Szkoda, że teraz leży taka opuszczona. Na szczęście sam budynek Domu Kolonijnego ma się doskonale. Po generalnym remoncie stał się klimatycznym hotelem, w którym można spędzić miły weekend (strona Leśnego Kurortu)
Z tamtego okresu ( na koloniach w Gierczynie byłam dwukrotnie) zachowało mi się jedno jedyne zdjęcie. Był rok 1976, skończyłam pierwszą klasę i rodzice wysłali mnie do Gierczyna. Początkowo czułam się trochę zagubiona wśród obcych dzieci, ale jako stała bywalczyni Gierczyna ( do Domku pod Orzechem jeździłam od 4 lat) znałam miejsca nieznane innym. Dodatkowo rodzice zadbali, by miał kto nade mną czuwać- pracownikiem gospodarczym był mój ukochany wujek Roman, kuzyn taty. Mimo to miałam do rodziców żal, że wysłali mnie samą na kolonie zamiast wspólnie przyjechać do Domku, w którym razem z kuzynką i babcią tak dobrze się zawsze bawiłyśmy. Dopiero dużo poźniej dotarło do mnie, że rodzice chcieli oszczędzić mi widoku coraz słabszej, chorującej mamy.


7 komentarzy:

Agnieszka Mycoffeetime pisze...

Co za wspomnienia....
A dzisiaj? Kolonie chyba wyglądają trochę inaczej;)
pozdrawiam serdecznie z nad filiżanki kawy:)

Aleksandra pisze...

Piękne wspomnienia, chociaż z nutką smutku. Uzmysłowiłaś mi jakie to odległe lata, kiedy Ty pierwszy raz wybierałaś się na kolonię ja już kilka lat pracowałam. Pozdrawiam

Anna Kruczkowska pisze...

Agnieszko, zdecydowanie inaczej. My byliśy mniej wymagający. Wystarczyło nam, że wyjedziemy z brudnego miasta na trawę, do lasu. Teraz liczne obozy oferują mega atrakcje, no chyba, że to kolonia socjalna, bo wtedy nadal rozrywką jest spacer nad morze lub do lasu.
Aleksandro, dawno to było. Rzadko wracam wspomnieniami do dzieciństwa, bo tak, jak napisałaś zabarwione było tą nutą smutku. Jednak mieszkając teraz w miejscu, gdzie spędziłam w dzieciństwie sporo czasu, nie sposób do tego czasu nie wracać choć czasami.

Andrzej pisze...

Fakt często wracamy do wspomnień. Dobrze mieć takie miejsce gdzie chciało by się być a Ty takie znalazłaś. Ile w tym plany a ile przypadku? Ważne że jest i niech trwa a każda chwila będzie odkrywaniem. Czy to lasu, polany, śniegu skrzypiącego pod butami dobrze że jest w nas radość z życia jakie wybraliśmy.

Anna Kruczkowska pisze...

Oj, tak Andrzeju, radość z tego co mamy jest bardzo ważna :)

Krzysztof Gdula pisze...

Aniu, zastanawiam się nad swoimi krokami i wyszło mi, że musiałem przechodzić przez polanę. Pamiętam równy teren i nic szczególnego w wyglądzie.
Pod Łodzią jest miejscowość, w której byłem na koloniach. Zdarza mi się przejeżdżać tamtędy i zawsze wtedy wspominam tamten czas.
Ale, ale! Zdradź nam tajemnicę: która to dziewuszka jest Anią?

Anna Kruczkowska pisze...

Krzysiu, na pewno przechodziłeś tamtędy, tylko miejsce straciło już swoj urok.
A jeśli chodzi o dziewczynkę na zdjęciu... nawet Gui mnie nie poznała, choć jeśli dobrze się przyjrzeć, to przypominam na nim moją bratanicę. Ale już nie trzymam Cię w niewiedzy- stoję w pierwszym rzędzie, druga po prawej stronie- w białej bluzeczce i spódniczce na szelkach.