sobota, 2 czerwca 2018

Wiedźmińskim szlakiem - Tytoniowa Ścieżka


Świąteczny poranek. Jest szósta, a mimo to termometr wskazuje 25 stopni. Szykuje się kolejny gorący dzień. Karmię kury, wyprowadzam kozy i siadam z aromatyczną, świeżo paloną MK cafe pod orzechem. Waham się, czy iść na wycieczkę, wsiąść na rower, czy może bujać z książką w hamaku. Mimo coraz wyższej temperatury decyduję się na rower. Jadę w góry.

 Dlaczego? Z kilku powodów: po pierwsze: w lesie powinno być chłodniej, a po drugie przedłużająca się susza stwarza niepowtarzalną okazję dotarcia do miejsc zazwyczaj o tej porze niedostępnych. Tak. Zamierzam przejechać Tytoniowa Ścieżką. Zazwyczaj widzę ją tylko zimą i nie udaje mi się przejść jej całej ze względu na trudne warunki- lodowiska, śnieg, mróz i krótki dzień. Znając układ ścieżki wybieram kierunek odwrotny do zimowych wypraw. Podejrzewam, że łatwiej będzie mi zrobić długi podjazd asfaltem, niż podjeżdżać, a raczej pchać rower w głębokich koleinach. 
Kilka minut po ósmej zaczynam wycieczkę podjazdem do górnego asfaltu i dalej ulubioną „ścianką” pod Kowalówkę. Nim się orientuję, jestem u wlotu Tytoniowej Ścieżki. Jest cicho, zielono i pusto. Lekko powiewa wiatr, dzięki czemu upał nie doskwiera. Wjeżdżam w legendarną prawie drogę. Legendarną z kilku powodów.Po pierwsze: jak podaje "Słownik geografii turystycznej Sudetów. T.1" w osiemnastym wieku prowadził tędy szlak przemytniczy. Po drugie: tu kręćono końcowe sceny Wiedźmina. Po trzecie: nim rozjechały ja ciężkie traktory można było w płunącym jej skrajem potoczku znaleźc kryształ górski. 
 Po obu stronach drogi, rosną młode świerki, skutecznie zasłaniając widok, z którego niegdyś słynęła ta trasa (archiwalne zdjęcia zamieściłam na końcu wpisu). Nie na darmo tędy wędrował Geralt z Ciri w Wiedźminie.
Mam w swoich zbiorach zdjęcia z czasów, gdy szczyt Dłużca był całkowicie nagi, gdzieniegdzie wystawały tylko suche kikuty (te same, które znają miłośnicy filmu o serialu „Wiedźmin”)
Teraz wiać tylko las. Gęsty las,gdzieniegdzie przerzedzany w ramach „gospodarki leśnej”, po której pozostają suche gałęzie i zniszczona droga. Na szczęście ciężki sprzęt wyniósł się stąd zimą i teraz powoli przyroda dochodzi do siebie. 
Wokół pełno jagodzisk. Przyjadę tu latem zbierać czarne owoce. Zatrzymuję się przy wielkim kamieniu. Czy to tu ciocia Basia pozowała wujkowi? A może gdzie indziej? Zdziwiłaby się, widząc teraz Tytoniową Ścieżkę. Nie poznałaby jej, bo i dla mnie jest ona jakby zupełnie nową drogą (każdy, kto chodzi po górach wie, że góry latem a góry zima to zupełnie odrębne światy).
Tak jak przewidywałam, droga jest zupełnie sucha. Dopiero poniżej samego szczytu Dłużca na dnie koleiny widać zieloną kałużę i trochę błota. Uprawiając karkołomny downhill, cieszę się, że nie muszę tędy pchać roweru. Zjazd jest trudny technicznie, prawie jakby zjeżdżać po bardzo krzywych schodach, a podjazd byłby niemożliwy. 

Zjeżdżam do Pięciu Dróg. Jest jeszcze wcześnie, więc jadę nad Płokę, gdzie tradycyjnie moczę nogi i odpoczywam nad tamą. Gdy byłam tu ostatnio, żaby właśnie składały skrzek. Teraz woda roi się od kijanek. Zastanawiam się, gdzie dalej. Nie chce mi się zjeżdżać do Rozdroża Izerskiego, ani wracać na Rozdroże pod Kowalówką, czy na Pięć Dróg. Wybieram czwarty wariant- kierunek Świeradów, ale nie zamierzam dojechać starym asfaltem do miasta, tylko wcześniej skręcić, objeżdżając Wysoką dotrzeć praktycznie pod Sępią Górę. I tak pod samym szczytem Wysokiej wreszcie mam odrobinę widoku na Izery. Dojeżdżam do niebieskiego szlaku, ale nie wjeżdżam na szczyt Sępiej- byłam tam całkiem niedawno, a jest to jedyne miejsce, gdzie o tej porze mogę już spotkać ludzi. Zamiast tego zjeżdżam na górny asfalt i nim wracam do domu. 
Na chwilę zatrzymuję się jeszcze na „punkcie widokowym”, gdzie między drzewami majaczą zabudowania wioski z wieżą barokowego kościoła. Jest jedenasta. Za godzinę w świątyni rozpocznie się nabożeństwo Bożego Ciała i tak patrząc na wieś, uświadamiam sobie, że mam ochotę zobaczyć procesję i ołtarz, który Ślubny montował wspólnie z sąsiadem przez ostatnie dni.
Dojeżdżam do domu. Szybki prysznic, strój rowerowy zmieniam w kwiecistą sukienkę i takież trampki i oczywiście rowerem jadę na nabożeństwo. A po południu wreszcie zanosi sie na burzę, słyszymy jak nadchodzi, odczuwamy chłodniejszy, mocny wiatr i gdy wydaje się być tuż, tuż... widzimy tęczę. Burza do nas nie dociera. Znów trzeba podlać cały ogród.

Poprzednie wyprawy na Tytoniową Ścieżkę:
Izerskie ścieżki zimą
Spacer zimowym lasem

A takie widoki były kiedyś... 


Więcej zdjęć: Tytoniowa ścieżka


Góry i Ludzie



13 komentarzy:

Paweł Zatoński pisze...

Uwielbiam te okolice, czysta izerska dzicz. Gdy człowiek chce odpocząć od innych ludzi, to najczęściej wybiera te szlaki, bo masówka ciśnie na Chatkę i Świeradów. Te stare zdjęcia robią niesamowite wrażenie, wtedy to dopiero był widok stamtąd. Nie myślałaś, Anno, żeby wrzucić osobny post ze zdjęciami z czasów klęski przyrodniczej w Izerach? A jeśli nie, to byłoby super, gdybyś dodawała takie do niektórych wpisów, żeby porównać to jak jest dziś, z tym jak było 20 lat temu choćby. Zupełnie inna kraina.

Krys Tek pisze...

Coraz częściej natykam się na ślady "gospodarki leśnej"... i mnie to przeraża

Anna Kruczkowska pisze...

Tak, Pawle, izerska dzicz, którą kocham. Jeśli chodzi o stare sdjęcia, to zamierzam je czasem wrzucić, jak uda mi się je znaleźć w przepastnych archiwach zarówno papierowych jak i cyfrowych. Część zdjęć robionych przez mojego tatę ma moja siostra.
Krrys Tek, szkoda słów.

Krzysztof Gdula pisze...

Aniu, pociągają mnie drogi mające swoją nazwę i historię, dlatego i na Tytoniową Ścieżkę zwróciłem uwagę. Chciałbym kiedyś przejść ją całą, jak przeszedłem Drogę Wieczność czy Dzwonkową Drogę, ale czy jest to możliwe w jeden dzień na piechotę?
Zniszczenia powodowane przez leśników wywożących drewno z lasu faktycznie są wielkie. Teraz nie zanieczyszczenia powietrza, a oni są przyczyną klęski w lasach.

Anna Kruczkowska pisze...

Krzysiu, bez problemu da się przejśç zimą na piechotė z Gierczyna i z powrotem. U mnie problemem było albo towarzystwo psa staruszka albo obiad, który dopiero trzeba ugotować. Trasa ode mnie na Tytoniową i do domu to jakieś 12-14 km. O drwalach nie będę się nawet wypowiadać.

Aleksandra pisze...

Fajnie tak palcem po mapie robić z Tobą wycieczkę. Nie muszę prażyć się na słońcu. W tej chwili już nawet ścieżki leśne nie zapewniają ochłody, tak lasy są przetrzebione. Pozdrawiam

Patrycja Sobolewska pisze...

Coraz bardziej odczuwam potrzebę podróżowania, zdecydowanie bardzo sprawiałoby mi to radość :)

Cahirka pisze...

Co prawda fanką wersji filmowej/serialowej Wiedźmina nie jestem, ale to wystarczyło, żeby mnie przekonać, żeby się tam wybrać. :) Dzięki za inspirację. :))

Justyna Justyna pisze...

Fajna wycieczka. Już nie pmętam kiedy na takiej rowerowej byłam

Agnieszka Mycoffeetime pisze...

Wybrałabym hamak i książkę;) Piękne zdjęcia!

pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

Agnieszka Krawczyk pisze...

Piękny kiedyś był widok. Bardzo lubię takie posty, kocham góry. Podziwiam, bo ja chyba padłabym, jeżdżąc po nich na rowerze. hehe Końcówka mnie rozśmieszyła. Miałam tak ostatnio, dokładnie tak samo, no choć nie, bo tęczy nie było. hehe Wreszcie przyszła do nas burza, ale znów jest upał.

Bardzo przyjemny post, pozdrawiam serdecznie. :)

Krzysztof Gdula pisze...

W zimie poproszę Cię o wskazówki i pójdę tam.

Anna Kruczkowska pisze...

Z przyjemnością Ci wyjaśnię :)