niedziela, 21 stycznia 2018

Spacer zimowym lasem

Dzień budził się bez ekstremalnych widoków, za to z lekkim mrozem i zerowym wiatrem. Ledwo się rozwidniło, wyszłam pobiegać na nartach. Trzeba korzystać z idealnych warunków. O dziwo na 3 km, przewróciłam się tylko 3 razy!
Dla mnie to nie lada sukces, bo każda aktywność, która wymaga utrzymania równowagi, sprawia mi przecież problem. Z przyjemnością biegałam w te i we wte po zboczu Kufla, oglądając budzący się do życia świat. O ile dla mnie było to przyjemny poranek- promienie słońca oświetlały śnieg, skrzący się niczym diamenty, o tyle mieszkańcy Mirska i Gryfowa już tak szczęśliwi nie byli- z wysokości Kufla widziałam smog tym gęstszy, im więcej ludzi budziło się i zaczynało przykładać do pieców.
Potem zabrałam na spacer kozy, przyglądałam się, jak spod śniegu wyszukują smakołyków :krzaczków jagód, młodych pędów jarzębiny, zeschłej trawy i gałązek świerku. Było po 11, gdy wreszcie poszłam w góry. Początkowo chciałam zabrać Ślubnego i Wojtka, który kolejny raz spędza u nas dni wolne od lekcji. Niestety, żaden nie wyraził chęci na zimowy spacer. Tradycyjnie więc wędrowałam sama. Ponieważ kilka ostatnich dni było z lekkim mrozem, pomyślałam, że da się przejść Tytoniową Ścieżkę, tam więc skierowałam swoje kroki. Nim dotarłam na górny asfalt zauważyłam, że słoneczna pogoda panuje tylko w dolinach. Dłużec ukryty był w szarej mgle. Trochę mnie to zasmuciło, bo znaczyło, że nie spojrzę na panoramę Grzbietu Wysokiego Kamienia. 
 Na Pięć Dróg wdrapałam się najmniej uczęszczanym duktem, po ścieżce wydeptanej przez sarny i jelenie. To dzięki nim nie zapadałam się po kolana, idąc pewnie. Cieszyłam się, że jelenie to duże i ciężkie zwierzęta i ich racice żłobią ślady na tyle głębokie, że ja będąc pewnie lżejszą, nie zapadam się bardziej niż one. Na rozdrożu śnieg wydeptany był przez niezliczone zwierzęta: sarny, jelenie i pewnie jeszcze przez inne stworzenia posiadające łapki: lisy, psy. Powodem takiego ruchu były trzy bele kiszonki wystawione dla leśnego towarzystwa. Ludzie ślady były tylko jedne. Ktoś przede mną znalazł się na Pięciu Drogach- szedł z Rozdroża Izerskiego na Sępią Górę.
Ja wybrałam tę drogę, po której nie szedł nikt. Dokładnie nikt. Nawet zwierzęta nie zdeptały dziewiczego śniegu na Tytoniowej Ścieżce. Byłam tu całkiem sama. Panowała niczym niezmącona cisza, gdyż nadal nie było wiatru, a ptaki zamilkły. Bo i co miały tu robić? Żadnych owoców, żadnych owadów. Tu nikt nie zawiesił słoninki dla sikorek, więc i te maleństwa, budzące mnie swoimi kłótniami o świcie tu nie przylatują.
I znów, jak po wielokroć myślałam o martwym lesie, jaki widziałam tu lata temu, o sterczących nagich kikutach, gałązkach trzeszczących pod nogami, niepokojącej ciszy i wszechogarniającej szarości. Teraz stroi tu młody las, skutecznie zasłaniający widoki na obie strony ścieżka prowadzi prawie płaskim szczytem górującym nad dwoma głębokimi dolinami. Tu i ówdzie stoi jeszcze zeschły, chybotliwy pień z nielicznymi resztkami gałązek. Strażnik pamięci. Ma się wrażenie, że pień chce do człowieka przemówić: „Pamiętaj, człowiecze, to z twojej winy wymarł pradawny las. To ty, przez swój egoizm, krótkowzroczność i głupotę doprowadziłeś do śmierci lasu. Nie popełnij więcej takiego błędu.” Czy człowiek zrozumie? Patrząc na zasnuty smogiem Mirsk, na leżące przy drodze pnie przygotowane do wywozu, na koleiny wyryte ciężkim sprzętem mam ogromne wątpliwości.
Mgła na szczycie gęstniała, zrobiło się chłodno i mroczno, a do tego dochodziła 12.45. Jeżeli chcę dokończyć niedzielny obiad, muszę zacząć schodzić do asfaltu. Ach, dlaczego wymyśliłam sobie parowce do kaczki? Nie mogłam zarządzić ziemniaków? Teraz Ślubny gotowałby te kartofle, rozmrażał upieczoną wcześniej kaczkę, wykładał zawekowana czerwoną kapustę, a ja miałabym jeszcze dodatkową godzinę na wędrówkę. Ech!


Schodziłam bez ścieżki prosto w dół, pomiędzy gęstymi gałązkami młodych świerków, mokrym żlebem, w śniegu powyżej kolan. Miałam przy tym mnóstwo frajdy, choć co pewien czas moją marszrutę spowalniały powalone ostatnią wichurą drzewa. Dopiero teraz, zagłębiając się w las, widziałam skutki ostatnich huraganów. Przecinając asfalt zwróciłam uwagę na mgłę, która teraz przeciskała się przecinką od strony Gierczyna w górę. Domyśliłam się, że ta mgła właśnie mnie osacza jedna wisi zahaczona o szczyty, druga pnie się od strony wsi. Tylko wąski pas pomiędzy nimi pozostaje bez mlecznej zasłonki.
Jakoż, gdy wyszłam z lasu, widziałam jedynie kontury domów położonych ponad Domkiem pod Orzechem. Swojego domu nie widziałam.

Przed 14.00 stanęłam na ganku.  
Poprzedni spacer Tytoniową Ścieżką można znaleźć tu: Izerskie ścieżki zimą

11 komentarzy:

Paweł Zatoński pisze...

Widzę, że wywołałem temat tej ścieżki :D Myślałem, że z tym Wiedźminem to tylko takie gadanie, bo krajobraz "się zgadza", ale skoro kuzynka potwierdza, to wszystko jasne. Nie wiem, czy widziałaś, ale Nadleśnictwo Świeradów wrzuciło fotkę z fotopułapki na ich profil na fb i w kadrze stoi nie kto inny, jak pan wilk. Tło zdjęcia przypomina mi właśnie okolice tytoniowej ścieżki. Super zdjęcie z tą mgłą!

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Kiedy ciśnie z góry, widać doskonale układający się nad miejscowościami smog, zwłaszcza tych położonych w dolinach; O! Aniu, wilki macie w swoich lasach:-) jeszcze trochę i niedźwiedzie się pojawią:-) oglądałam kiedyś na yt filmik o jakiejś jaskini w Sudetach, i turysta w panice wycofujący się od jej wejścia ... w otworze okazał się wielki rogaty łeb, jak sam diabeł; potem było wyjaśnienie, że komuś uciekły z hodowli kozy afgańskie i żyją dziko, a w jaskini znalazły schronienie; wrażenie niesamowite; kiedy nie wieje, bardzo przyjemnie wędruje się przez zaśnieżony las, ja jednak jestem panikara, oglądam się tylko, czy niedźwiedzia nie widać:-)

Aleksandra pisze...

Podziwiam Twoją odwagę żeby tak samej wędrować po bezdrożach. Chociaż wiem, że to duża przyjemność być tylko z przyrodą i widokami sam na sam. Pozdrowienia

Krzysztof Gdula pisze...

Aniu, Tytoniowa Ścieżka zwróciła moją uwagę już wcześniej, bo lubię iść drogą mającą swoją nazwę. Przeszedłbym nią, tylko nie jestem pewny, czy odnajdę. Teraz pomyślałem, że przy okazji odwiedzenia Was w Domku wypytam się o szczegóły dojścia do niej. Sądząc po czasach, jej początek nie jest daleko od Kufla.
Zimowym świtem bieg na nartach? Masz zacięcie, Anno. Ja najchętniej przeciągnąłbym się i przewrócił na drugi bok :-)

Andrzej pisze...

Biega moja droga dopóki jest po czym. Tu po śniegu tylko kałuże pozostały. Jest 6 stopni ciepła a ma się jeszcze ocieplać. Sam na sam z niedźwiedziem czy wilkiem to nieco zmienia definicję obcowania z przyrodą.

Anna Kruczkowska pisze...

Tak, Pawle, widziałam to zdjęcie. Mnie powrót wilków cieszy, choć nie każdy tę radość rozumie. Zdjecie zrobione jest jednak w innym miejscu niż nasza ścieżka. Wracając do Wiedźmina- mam w rodzinnym albumie zdjęcia ścieżki z tego okresu. To właśnie te pejzaże.
Mario, lubię tę moją samotność w lesie. Panikarą chyba nie jestem, choć z niedźwiedziem nie chciałabym się spotkać. Kozy, kozami. Rok temu ktoś wrzucił zdjęcie "dzikich izerskich koni", tylko że one nie były dzikie tylko uciekły sąsiadce.
Aleksandro, samotność w górach jest fajna. Zawsze tak chodziłam. Krzysiu, odległość jest pojęciem względnym. Ale faktycznie jest blisko . Chętnie udzielę wskazówek.No i wiadomo, kocham świty!
Andrzeju, przyroda to przyroda 😃

Andrzej pisze...

Jak zwykle masz rację Anno- chyba że przyroda chce Cię zjeść lub przegonić. Przypadkiem znalazłem się kiedyś między lochą a młodymi - nie polecam. W Bieszczadach śpiąc w szałasie przy szlaku w okolicach Rozsypańca zostałem obudzony przez młodego niedźwiedzia. Był bardziej przestraszony niż ja i uciekł jednak pamiętam to do dzisiaj a raczej strachliwy nie jestem.

Paweł Zatoński pisze...

Zastanawiałem się właśnie, w którym miejscu ten wilk mógł "zapozować" do fotopułapki - takie wypłaszczenia i szerokie drogi są charakterystyczne dla dróg na południe i południowy-wschód od Sępiej Góry, czy tego skrzyżowania zwanego Pięć Dróg. Myślisz, że właśnie w tym rejonie mógł się pojawić, czy bardziej w okolicach Hali Izerskiej? Widziałem jesienią wilcze ślady kilka kilometrów na zachód od Chatki Górzystów.

Anna Kruczkowska pisze...

Andrzeju, taki incydent z lochą i młodymi też miałam w czasie wycieczki rowerowej. Szybko pedałował AM stamtąd. Ale zawsze uważałam, że bardziej bać trzeba się się ludzi niż zwierząt. Pamiętam do dziś jak ewakuowaliśmy się spod sklepu w Ustrzykach, gdy panowie zaczęli sobie powojenne zaszłości przypominać.
Pawle, ponieważ jest to leśnictwo Niedźwiedzia Góra, to może to być droga między Pięcioma Drogami a Sepią Górą. Droga na której stoi jest regularna i dobrze utrzymana, a to wyklucza Tytoniową Ścieżkę.

Andrzej pisze...

Tak czy inaczej to były fajne czasy. Miło powspominać.

Andrzej pisze...

Co do panów z pod sklepu to nie rozliczyliśmy wielu spraw kiedy był na to właściwy czas. Nie było by takich sytuacji. Obecnie przyjechało ich kilka milionów o przyszłych konsekwencjach nikt teraz nie mówi - to niepoprawne. Z moich kontaktów wynika że nic się nie zmieniło. Nadal "Polscy Panowie" mają dobra a goście po nie przyjechali. Nie koniecznie chcą na nie zapracować. Telewizja stara się ucywilizować nasze relacje, wszystko to jednak sztuczne i nie prawdziwe. Nie sposób przekonać kogoś komu wymordowano rodzinę że teraz to całkiem inni ludzie. Nawet młode pokolenie bo wspomnienia są żywe, przekazywane z ust do ust.