poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Maraton Szosowy Kargula i Pawlaka w Lubomierzu

Kocięta mamy w butach Krzysia. Ach! te sznurówki!
Że na maraton do Lubomierza pojedziemy, wiedzieliśmy od dawna. Że skorzystamy przy tej okazji z gościnności moim rodziców - też. Że jak zawsze będzie za mało czasu - niekoniecznie...


Krzyś przyjechał do mnie w piątkowy wieczór, spakowaliśmy samochód i ruszyliśmy w góry do Domku pod Orzechem. Droga upłynęła nam dość szybko, ale na górce zameldowaliśmy się dopiero późnym wieczorem. Do domu zabraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy planując rozpakowanie auta na sobotni poranek. Gringo obszczekiwał nas z uporem godnym lepszej sprawy, koty lękliwie chowały się w kątach. Zjedliśmy kolację, pogadaliśmy trochę i około północy poszliśmy spać. Rano obudziła nas...uparta mucha, która nie dała wylegiwać się do południa. O poranku wszystkie straszne bestie wydają się mniej groźne, więc pies rodziców podchodził do nas już z większą ufnością, a koty dawały się ukochać. Z Gringo zostaliśmy nawet w domu, gdy rodzice pojechali na zakupy - pies na początku był spanikowany, ale dostateczna porcja pieszczot i spacer dały radę go przekonać, że nie gryziemy. Po powrocie rodziców ruszyliśmy rowerami do Lubomierza po pakiety. Biuro zawodów według komunikatu na FB miało być czynne od 12. I było. Ale odebrać mogliśmy tylko pakiety, bez numerów startowych, z których korzystali jeszcze zawodnicy MTB. Wróciliśmy wobec tego do domu na obiad, zabraliśmy Gringo na kolejny spacer, ucięliśmy sobie drzemkę z kotami i wczesnym wieczorem wyruszyliśmy do Lubomierza po raz kolejny, tym razem autem. I z lepszym skutkiem. Odebraliśmy pakiety i numery, porozmawialiśmy z kilkorgiem znajomych, po czym wróciliśmy na górkę na grilla. 

Rano szykowaliśmy się dość niespiesznie. Start dystansu giga wyznaczono dopiero na godzinę 10, co napawało mnie pewną niechęcią. W perspektywie miałam 200 km po górkach i przyjazd na metę ok godziny 19. A przecież następnego dnia Krzyś musi być rano w pracy... Razem z nami pojechała Mama, która postanowiła pokręcić się, przywitać ze znajomymi, porobić zdjęcia. Tata ze słoikami miał dojechać później. Na starcie okazało się, że dystans został skrócony - organizator ugiął się pod naporem uwag uczestników. Według krążącej wiadomości czekała nas więc dwukrotnie pętla dystansu mega, co w efekcie miało dać ok 140 km...

Byliśmy na tyle wcześnie, że zdążyliśmy jeszcze porozmawiać z kilkorgiem znajomych, ustalić w którym kierunku jest start, a w którym finisz. Na giga startowały cztery grupy, ja wraz z 5 zawodnikami na rowerach innych zamykaliśmy dystans startem o 10:06. Czterech panów odjechało mi właściwie na początku, kolega Krzysiu od razu został z tyłu. Jechałam. Dosyć szybko udało mi się złapać Iwonkę, która startowała dwie minuty przede mną. Na dojeździe do pętli droga dość szybko zaczęła piąć się w górę długim, acz łagodnym podjazdem, który na samym końcu zaskoczył króciutką ścianką. Później był długi malowniczy zjazd i wjazd na pętle. Niemal od razu kolejny długi podjazd z jedną ścianką o nachyleniu kilkunastu %, kolejny piękny zjazd z krzyżem pokutnym na rozstaju dróg i...fragment, który sprawił mi najwięcej problemów, czyli kilkanaście kilometrów po pagórkach - krótkie podjazdy i zjazdy. Zrzucać przerzutki, czy stanąć na pedały i przepchnąć? Czas byłoby coś zjeść, ale hopka hopkę pogania... Jedzie mi się źle. Tak źle, jak już dawno mi się nie jechało. Nogi mam ciężkie, w nosie coś mnie kręci... 

Na drugim punkcie żywnościowym doganiam Gosię. Jedziemy jakoś czas razem, dojeżdżamy do kolejnego punktu i...rozjazdu dystansów mega i giga! Ale jak to? Przecież mieliśmy robić dwie pętle mega? Otóż...no nie. Jedziemy giga. hopki, pagórki, plotki, ploteczki. Gosia na chwilę zostaje z tyłu, ale właściwie ciągle gdzieś majaczy jej sylwetka. Poza momentem, gdy tracę pewność, że nie mylę drogi. Po podjeździe z Podgórek do Dziwiszowa strzałka kieruje mnie na zfrezowany zjazd do Jeleniej Góry. Asfalt robi się coraz gorszy, a ani za mną ani przede mną nie widać nikogo. Podejmuję decyzję, że jeżeli na następnej krzyżówce nie będzie strzałki, to staję, czekam parę minut i najwyżej zawrócę (robi mi się smutno na samą myśl o konieczności powrotu pod górę). Na szczęście strzałka jest! Skręcam i jadę. Dojeżdżam do połączenia tras mega i giga i po kilku kilometrach widzę drogę do piekła. Może kilkaset metrów. I kilkanaście procent nachylenia. Kilka osób z przodu prowadzi rowery. Ja podjeżdżam z ogromnym wysiłkiem. Niedługo potem wjazd na drugą pętlę. Staję na pierwszym z punktów żywieniowych, wypijam kubek wody, proszę o napełnienie obu bidonów w których niemal nie ma już picia. 


Według moich wyliczeń, żeby wyszło 140 km drugą pętlę powinnam robić po trasie mega. Tym spostrzeżeniem dzielę się z Gosią, która mnie dogania na hopkach. Jedziemy razem. A na rozjeździe znów kierują nas na giga. Tłumaczymy, ze to drugie okrążenie, że miało być 140, ale strażak jest nieugięty - giga jedzie giga. No to jedziemy. Ze 140 km robi się niemal 170. Wiem już, że jedzenia wystarczy mi na styk, bo po drodze nie ma już bufetów, a po informacji o skróceniu trasy oddałam jeden z batoników mamie. Wiem, że czeka nas długi podjazd w Podgórkach. Niby tylko 11-12%, ale byłam nastawiona, że tym razem go miniemy. Coraz bardziej zmęczone jedziemy. Coraz mniej rozmawiamy, czasem tylko klniemy. Co podjazd Gosia pyta, czy to już ta sztajfa - ma na myśli kawałek o nachyleniu 17%. Jeszcze nie. Wjeżdżamy na trasę obu dystansów. Ja podjeżdżam ściankę, Gosia za mną zsiada z roweru. Na szczycie widzę zbliżającą się w naszą stronę charakterystyczną sylwetkę - to Krzyś! "Gosia cię goni!" woła zawracając tuż przy mnie. "Gosia ze mną jedzie" dyszę usiłując złapać oddech. Kończymy podjazd, otwieram colę i mam nadzieję, że zawartego w niej cukru wystarczy do mety. Krzysiu nas pogania, podnosi na duchu, motywuje. Robi zdjęcia, polewa wodą z bidonu. Przed nami jeszcze tylko długi podjazd w lesie na dojeździe do mety i kilka hopek. Doganiamy Pana Edka i coraz szybciej lecimy do mety. trochę się wypłaszcza, trochę gna nas chęć jak najszybszego zejścia z rowerów. Wpadamy na metę z Gosią niemal równocześnie. Na samym finiszu dopinguje nas jeszcze biegnący Jacek, czekają rodziny i znajomi. Dziękujemy sobie za wspólną jazdę i zjeżdżamy do bufetu. 

Okazuje się, że nie tylko nam z obliczeń wyszło co innego niż z trasy...niektórzy zostali skierowani nie na te okrążenia, na które powinni - ci którzy się przyznali otrzymali kary czasowe w zależne od przejechanego dystansu. Czy wszyscy przyznali się uczciwie? Tego nikt nie wie, bo na trasie nie było żadnego punktu pomiaru czasu. Pałaszujemy makaron z sosem, lody, zapijamy piwem bezalkoholowym. Z Gosią odbieramy nagrody - za pierwsze i drugie miejsce open oraz za zwycięstwo w kategoriach. Żegnamy się ze znajomymi, pakujemy rowery i słoiki i ruszamy do Wrocławia. 

O tej imprezie można napisać sporo. Trasa poprowadzona została w większości bocznymi drogami o małym natężeniu ruchu i bardzo ładnych asfaltach. Była mega zróżnicowana - byłby długie podjazdy, na których czuję się dobrze oraz krótkie ścianki i pagórki, których nie cierpię. Była naprawdę nieźle zabezpieczona oraz oznakowana. I wszystko byłoby super, gdyby nie zamieszanie ze skróceniem dystansu tuż przed startem. Mimo że już od jakiegoś czasu organizator otrzymywał komentarze, że start jest za późno na taki dystans, że niektórzy będą jechać do nocy, to decyzję podjął dopiero przed samym startem - zabrakło więc rzetelnego i dokładnego poinformowania zawodników co i jak. A wystarczyłoby przecież stanąć przed startem każdej z grup i zapowiedzieć "Jedziecie dwa razy pętlę oznaczoną na strzałkach, jako giga, razem około 165 km" i nie byłoby większości nieporozumień. Zwycięzcy open otrzymali pamiątkowe tabliczki z wizerunkiem "Samych swoich", dyplomy oraz koszulki, zwycięzcy kategorii pamiątkowe drobiazgi i dyplomy. Dla kilku osób niedociągnięciem był brak pucharów lub innych pamiątkowych statuetek (które osobiście wolę od plastikowych pucharków). Gdyby nie opisane zamieszanie z dystansem, to impreza byłaby naprawdę super - ciekawa, odpowiednio oznakowana, wymagająca i malownicza trasa zabezpieczona przez sporą ilość strażaków, dobry makaron na mecie, sympatyczni organizatorzy... Do trzech razy sztuka? Miejmy nadzieję, że orgowie z Pławnej nie zniechęcą się, wyciągną naukę z dwóch poprzednich imprez i za rok zorganizują maraton, na którym nie będzie można mieć uwag odnośnie organizacji. Trzymam za to kciuki. 

5 komentarzy:

  1. Przeczytałam z uwagą.Sama wolę pieszo wędrować.Nogi mniej bolą.Przynajmniej będzie co wspominać do następnego razu.Idealne imprezy nie pozostają w pamięci

    OdpowiedzUsuń
  2. Aż mi się w głowie pomieszały te trasy. Wielkie GRATULACJE.

    OdpowiedzUsuń
  3. W takim razie ja tez trzymam. No i gratulacje:D
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jejku! Prawie 200 km w jeden dzień! WOW! Podziwiam. No i gratuluję!!!! Ja to najwyżej z 10km na rowerze na dzień zrobię :) A że na rowerze w te wakacje tylko 2 razy siedziałam, to zrobiłam ze 20 km i nie mam się czy pochwalić w porównaniu do tych prawie 200 km w jeden dzień! Jeszcze raz Gratuluję!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Zawsze podziwiam osoby biorące udział w tego typu wydarzeniach.

    OdpowiedzUsuń