wtorek, 4 września 2018

XIII Choszczeński Maraton Rowerowy

Tego lata miałam dwa urlopy - 4 dni na przełomie czerwca i lipca, gdy pojechaliśmy do Wisły oraz kolejne 4 dni na przełomie sierpnia i września przeznaczone na maraton w Choszcznie. Już w czwartek po południu zjawiam się więc w Krotoszynie, skąd następnego dnia mamy ruszyć na północ. Wieczorem jeszcze chwila na basenie i spać. W piątek od rana przygotowuję kanapki na drogę i makaron na kolację, robię śniadaniowe zakupy, wychodzę na spacer. Sporo czasu spędzam przy wolierze w krotoszyńskim parku przy Pałacu Gałeckich. Dostrzegam nowego pawia o dziwnym ubarwieniu, robię parę zdjęć. 
Krzyś wraca z pracy, jemy obiad i ruszamy. Do Choszczna dojeżdżamy wieczorem. Nocleg mamy w Hoteliku Razem - po zeszłorocznych przebojach z chrapiącym maratończykiem na hali sportowej Krzyś zdecydował, że na hali nie śpimy i zarezerwował jedyny dostępny już nocleg (równolegle z maratonem odbywały się także Mistrzostwa Polski w Kajak Polo oraz imprezy okolicznościowe). Na miejscu okazuje się, że moje śniadaniowe zakupy były zbędne - posiłek jest w cenie, ale...nocleg zapisano nam tylko jeden. Rano staramy się wyjaśnić sytuację i zamiast usłyszeć "Zaszła pomyłka", słyszymy "rezerwował pan jeden, to jest jeden, niech mi pan nie wmawia". Cóż... jeżeli chodzi o rezerwacje, to w obiekcie panuje niemały bałagan - inni maratończycy nie otrzymali zamówionej dostawki, kto inny miał olbrzymi problem żeby w zbitce literowej zanotowanej w zeszycie rozpoznać swoje nazwisko. Na szczęście dostajemy pokój na drugą noc, ale wiąże się to z poranną przeprowadzką. Zamiast mieć więc dodatkowe 15 minut na spokojne przygotowanie do startu przeprowadzamy się do...oficyny. Pokój jest wprawdzie większy i w lepszym stanie, ale sposób w jaki załatwiono tę sprawę pozostawia wiele do życzenia. W przyszłości trzeba chyba będzie w każdym obiekcie wymagać potwierdzenia złożonej rezerwacji, chociażby w formie SMSa czy maila. 
Fot. Renata
Po przebojach z pokojem udało nam się jednak dotrzeć na start. Pakiety dzień wcześniej odebrał nam Jacek, więc w sobotę pozostało tylko dojechać kilkaset metrów i wystartować. Startuję w ostatniej grupie na dystansie GIGA, MEGA i MINI mają zupełnie inne trasy, wiem więc, że nikt nie będzie mnie już mijał. Chcę pojechać jak najlepiej, czuję się nieźle, ale mam też świadomość, że ten maraton już raczej niczego nie zmieni w dotychczasowych wynikach. 
fot. Powiat Choszczno
Startuję i jadę od początku za chłopakami z Trzebnicy, jeszcze przed wyjazdem z Choszczna orientuję się, że chwilowo zostaliśmy we trójkę - reszta została na podjeździe pod wiadukt. Zaraz jednak dołączają i jedziemy. Tempo jest mocne, ale daję radę - kilkakrotnie nawet wychodzę na zmianę. Czasem mam możliwość samodzielnie z niej zejść, czasem jednak moje zmiany są "kasowane" przez kolegów, dla których chyba jadę trochę za wolno na prowadzeniu. Doganiamy najpierw Tomka na szosie, później także po 50 km Gosię, Jacka oraz pana Tytusa i kilku innych szosowców. Kilka razy ktoś szarpie i część grupy zostaje w tyle, ale zaraz się zjeżdża. Niestety w pewnym momencie z prawej strony z drogi podporządkowanej z piskiem opon wyjeżdża wiśniowe BMW ze świńskim blondynem za kierownicą wymuszając pierwszeństwo na naszej grupie. Gwałtowne hamowanie, ucieczka w bok i ktoś w kogoś wjeżdża, ktoś zostaje bez szprychy i musi zakończyć imprezę, kto inny goni nas później przez jakiś czas i dogania. Jak nie życzę ludziom źle, tak kretynowi w BMW raczej nie wysłałam przychylnych myśli...
Fot. Krzyś
Trasa, jak na maraton w Choszcznie jest szybka i zaskakująco płaska. Wiedzie w większości po dobrych asfaltach, długo jest bezwietrznie. Ale w końcu zaczyna wiać, a my wjeżdżamy na paskudnie wyboisty fragment. Akurat jestem z tyłu, ktoś z przodu szarpie, szosowiec przede mną robi dziurę, później spawa, z Jackiem na zmianę dojeżdżamy do grupy i gubimy ją. No i ja ostatecznie gubię. Gonię jeszcze jakiś czas, ale dziury, wiatr, kilka hopek i wiem, że nie dojdę. Jem więc, uspakajam oddech i czekam na Sławka z Szerszeni, który także został na tym odcinku. Zawsze to lepiej jechać we dwoje niż samotnie w odstępie 100m. Przed nami jeszcze jakieś 60 km. Część po słabych asfaltach, które dają się we znaki w kolanach, nadgarstkach i wszędzie indziej. Zatrzymujemy się na ostatnim punkcie, do naszej grupy tracimy już kilka minut. Uzupełniamy wodę, chwytam bułkę i jedziemy dalej. Czasem rozmawiamy (są dwa typy kolarzy - ci którym się gęba nie zamyka i ci, którzy myślą jak zamordować tych, którym się gęba nie zamyka... Tak, jestem tym pierwszym typem). Nasze tempo wyraźnie spada - z ponad 30 km/h z grupą do 25-27 we dwójkę. Ale gdy dostrzegamy między drzewami wieżę choszczeńskiego kościoła - przyspieszamy. Pod sam kościół pod górkę ciśniemy na maksa i wspólnie wjeżdżamy na metę, gdzie czeka Krzyś z aparatem (tym razem nie wyjechał po mnie z powodu problemu z kolanem), wolontariusze z wodą i medalami. 
Przebieramy się i wracamy na obiad - najlepszy w cyklu - wprawdzie wolała pomidorową od tegorocznej ogórkowej, ale drugie danie domowe i sycące. Później spacer na grilla przy jeziorze i powrót na wieczorną posiadówkę na hali. To jedyna tegoroczna impreza w cyklu, która pozwoliła mi poczuć jeszcze tę atmosferę, którą pamiętam z początków swoich startów - zarządca hali, jak zawsze tryska humorem, opowiada dowcipy, podpuszczony przynosi nawet świeczki. 
W niedzielę od rana pakujemy samochód, ogarniamy się i jedziemy pod halę, gdzie odbędzie się zakończenie. Każde z nas przynajmniej kilkakrotnie stanie na podium. Zanim to jednak nastąpi - rozmowy, żarty, wrażenia z poprzedniego dnia i całego sezonu...
fot. Powiat Choszczno
Zakończenie przebiega sprawnie i około południa pozujemy już do ostatnich zdjęć, żegnamy się ze znajomymi - z niektórymi na ponad pół roku i wychodzimy z całym naręczem pucharów. Krzyś realizował swoje plany, u mnie też wyszło całkiem...nieźle. ;) 
W planie miałam podjąć w tym roku rywalizację z dziewczynami stojącymi na podium w Open Kobiet. I tak z głupia frant...znalazłam się na tym podium... Zajęłam:
- 3 miejsce w Pucharze Polski Supermaratonów Szosowych
- 1 miejsce w Generalce Górskiej Kobiet
- 2 miejsce w Małym Pucharze Polski na dystansie Giga 
- 1 miejsce w K2 oraz wśród kobiet na rowerach innych
oraz 2 miejsce w Open Kobiet w sobotnim maratonie. 
Maraton - jak zawsze - przeprowadzony bardzo dobrze. Świetnie oznakowana, ciekawa (chociaż miejscami dziurawa) trasa, zaopatrzone we wszystko, co trzeba bufety, dobre jedzenie po imprezie, fantastyczni wolontariusze. Od lat niezmiennie ten sam, wysoki poziom. Mam nadzieję, że widzimy się w przyszłym roku! 
fot. Powiat Choszczno

4 komentarze:

  1. Moje serdeczne gratulacje!
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Od dziecka pokochałam jazdę na rowerze i zawsze chętnie biorę udział w takich rajdach.

    OdpowiedzUsuń
  3. Serdecznie gratuluję i chyba mnie zmotywowałaś do podróży na jednośladzie. Dawno nie jeździłam!

    OdpowiedzUsuń