poniedziałek, 8 sierpnia 2022

Gravmageddon 2022, czyli o pogodzie i przygotowaniu

 Gdy rok temu ukończyłam pierwszą edycję Gravmageddonu, nie wiedziałam jeszcze, jak szybko zatęsknię do tej atmosfery i nocy na rykowisku. Co więcej moja rowerowa stajnia wzbogaciła się o urodzinowy prezent od Krzysia - rasowego górala, idealnego do pokonywania mniej gościnnych fragmentów trasy wspomnianego maratonu. Niepomna zeszłorocznych doświadczeń zapisałam się, oczywiście, na długi dystans, licząc w skrytości ducha, że w międzyczasie trasa ulegnie może jakimś niewielkim zmianom...

Do Domku pod Orzechem przyjechałam na tydzień przed planowanych startem. W planach miałam troszkę pojeździć rowerem, przede wszystkim jednak stawiałam na odpoczynek. Kilka dni w towarzystwie rodziców upłynęło mi szybko i beztrosko. Wcześniej przejechałam niektóre z fragmentów trasy, które w zeszłym roku okazywały się dla mnie wyjątkowo trudne - ścieżkę za Barcinkiem czy szlak do Siedlęcina - oba one nawet w dzień nie wzbudzały we mnie specjalnego entuzjazmu. Już przed startem założyłam więc, że niektóre fragmenty najwyżej przejdę - dając sobie na to w pełni świadomą zgodę ;) Na ten rok nie poczyniłam żadnych założeń w kwestii czasu przejazdu, czy średniej, jaką chciałabym uzyskać. Niewiele jeździłam, więc forma pozostawiała wiele do życzenia i wolałam podejść do tego na zupełnym luzie, z zastrzeżeniem jednak, że fajnie byłoby dotrzeć do mety w sobotę przed zmierzchem. 



W czwartek po południu pojechałyśmy z mamą do Szklarskiej Poręby, gdzie ponownie mieściła się cała baza imprezy. Tym razem jednak usytuowana była przy hotelu Bornit - większość zamieszania rozgrywało się na terenach zielonych przy chacie grillowej, ale na odprawę techniczną wspięliśmy się na taras widokowy obiektu - rozciągający się stamtąd widok zapierał dech w piersiach. Zaskoczeniem był dla mnie widok Krzysia - ze względów zawodowych miał dojechać dopiero w czwartek wieczorem i uznał, że od razu skieruje się do Szklarskiej, gdzie porobi już zdjęcia i porozmawia z ludźmi. Wraz z mamą wypatrzyłyśmy też Pawła - zaprzyjaźnionego izerskiego fotografa, który kilka dni wcześniej pytał, z kim się kontaktować w sprawie robienia zdjęć w trakcie tego wydarzenia. Zarówno Krzyś, jak i mama mieli jeszcze do ustalenia pewne szczegóły organizacyjne z Mariuszem - te dotyczące Pit Stopu w Domku pod Orzechem oraz te związane z piątkowym upałem i obecnością Krzysia na trasie. Do samochodu mamy spakowano kilka skrzyń owoców dla zawodników, kawę, zbiorniki na wodę, izotonik.



Po powrocie do domku kończę przygotowywać rower - pakować wszystkie niezbędne rzeczy - elektronikę, ogniwa do latarek, jedzenie, ubrania na zmianę. Rzutem na taśmę dorzuciłam parę ubrań "na w razie czego", które do Gierczyna pojechały ze mną z myślą o wcześniejszych przejażdżkach, a nie starcie. I jak się okazało później - dobrze, że to zrobiłam... Szybka kolacja i do spania, bo czekała mnie pobudka o 5 rano...

Poranną owsiankę zjadłam jedynie z rozsądku - żołądek zaczynał skręcać się w supełek w przedstartowych nerwach. Wypiłam kawę, wbiłam się w strój rowerowy i ruszyliśmy na start. Rodzice też się już krzątali po domu - zaczynali przygotowania do czekającego ich wyzwania. Wiele rzeczy było zrobionych już wcześniej, ale ciasto musiało być przecież świeże... 



W Szklarskiej Porębie odebrałam nadajnik GPS, za pomocą którego można było śledzić mnie na trasie, dopytałam jeszcze o ostatnie szczegóły przebiegu śladu i starałam się nie dawać po sobie poznać, jak bardzo jestem zdenerwowana. Na niewiele się to zdało, gdyż tuż po starcie, zamiast skierować się na trasę, skręcam w ścieżkę kończącą się schodami. Na szczęście szybko zostaję z niej zawrócona i jadę dalej prawidłowo. Niedługo później okazuje się, że część moich towarzyszy, którzy również startowali o 8:15 ma wgrany w nawigacji zeszłoroczny ślad, który różni się paroma istotnymi szczegółami w przebiegu trasy. Ot, choćby miejscem startu... Tym sposobem do 7 km jadę w grupie. Ze względu na dużą liczbę zawodników, którzy startują jeszcze za mną nazywam ten dzień "dniem konwersacyjnym" - co chwilę ktoś mnie mija, z kilkoma zawodnikami się tasuję - oni jadą szybciej, ale częściej stają.


Robi się coraz cieplej. Przejazd przez Orle, w okolicy Chatki Goszystów czy przy Kopalni Stanisław przebiega jeszcze dosyć komfortowo, po zjeździe z Zakrętu Śmierci uzupełniam jednak bidony u Krzysia, który tego dnia poza rolą fotografa ma też inne zadanie - pojawi się w kilku miejscach z wodą dla zawodników.  Przejazd na Rozdroże Izerskie zacienionym szutrem jest całkiem przyjemny. Później Płoka, Wysoka, Modrzewiowa Droga, zjazd do Świeradowa i...podjazd pod Drwale. Upał staje się nie do zniesienia. Zsiadam z roweru i moczę stopy w przydrożnym cieku. Wodą ochlapuję też głowę. Na szczycie spotykam kilku zawodników, którzy nie tak dawno mnie wyprzedzali - teraz odpoczywają pod drzewem. Jadę dalej - ku Katordze. Ostrzegam jeszcze przed tym zjazdem napotkanego zawodnika i lecę w dół. Jest równie paskudnie, co rok temu - tym razem wprawdzie nie ma turystów, ale za to drogą ściągano pnie drzew, w związku z czym asfalt pokryty jest ich włóknami i korą - nic przyjemnego. 


Później zjazd singlami i kilkadziesiąt kilometrów po pogórzu. Miałam nadzieję, że będzie to część trasy, na której troszkę odpocznę - o ja naiwna! Słońce pali niemiłosiernie, powietrze stoi w miejscu, głębszy wdech wydaje się zupełnie niemożliwy. Brzegi mijanych strug są wysoki i strome, albo strasznie zarośnięte. Każdą plamę cienia witam, jak wybawienie, każdy wyjazd znowu na słońce wypompowuje ze mnie siły. W końcu widzę mostek, a tuż obok niego ścieżynkę. Rzucam rower na trawę i wchodzę do wody - moczę stopy, chłodzę łydki, opłukuję dłonie. Mam wrażenie, że mimo zastosowania kremu z filtrem, mam poparzoną skórę. Nowy odcinek - do Stankowic - niesamowicie malowniczy, wiodący wśród pól staje się moim tegorocznym koszmarem. Kilkakrotnie muszę po prostu się zatrzymać, by złapać głębszy oddech. Marzę o chmurach, lekkim wiaterku i temperaturze w okolicy 25 stopni. 


Po drodze zdarza mi się jeszcze z kimś pożartować, chwilę porozmawiać. Niektórzy pytają, gdzie mogą spodziewać się Krzysia z wodą, gdzie zaplanował kolejne przystanki - wielu zawodników korzysta z możliwości dolania wody do bidonów. Sam Krzyś jest później w lekkim szoku, gdy policzy ile tej wody zeszło mu w trakcie tej imprezy. Do Domku pod Orzechem, gdzie mieści się pit stop dojeżdżam ostatkiem sił. Moim marzeniem w tamtej chwili jest położyć się na chłodnej trawie w cieniu i leżeć. Zanim jednak mi się to uda muszę podejść niemal do połowy łąki - co najmniej kilkunastu rowerzystów korzysta już bowiem z tej możliwości odpoczynku. Niektórzy dokonują drobnych przeglądów sprzętu, inni coś jedzą czy piją, wielu po prostu odpoczywa. Jest jeszcze dość wcześnie, ale słyszę, że w Domku kończą się powoli miejsca noclegowe - także te na podłodze w kuchni. Na łąkę dojeżdża Edyta - ona także jedzie na MTB i właśnie mnie wyprzedza. Jest nas, według listy, pięć w tej kategorii, więc mam nadzieje na podium, ale nie przywiązuję się do tego specjalnie mocno. Nie w tym roku ;) Chwilę rozmawiamy, wskazuję Edycie łazienkę, sama słyszę od niej kilka naprawdę miłych słów. Odpoczywa krócej niż ja i szybciej zbiera się z łąki. Mi zajmuje to więcej czasu...


Przebieram się w świeży strój, jem coś, wypijam kawę, dopakowuję kieszonki i po półtorej godziny ruszam dalej. Zapada zmierzch. Na noc zapowiadają burze, ulewy, gradobicia. Wciąż mam nadzieję, że "przejdzie bokiem". Wjeżdżam na Modrzewiową Drogę i mknę w stronę Tłoczyny. Po drodze zatrzymuję się na ostrym zakręcie, by zrobić zdjęcie i jadę dalej. Dwa mostki, droga na Jelenie Skały, zjazd na Antoniów. Wyprzedzam Edytę w miejscu, gdzie ścieżka wiedzie dawno zapomnianym śladem drogi. Podczas wspinaczki na Kozią Szyję dogania mnie kolejny zawodnik. Chwilkę rozmawiamy, opisuję mu dalszy przebieg trasy, a później po prostu mozolnie wspinamy się na górę. Niebo zasnute jest chmurami i w oddali czasem coś błyska. Burza jest jednak daleko. Jedziemy zbliżonym tempem, więc kolejny odcinek pokonujemy wspólnie - jadę właściwie na pamięć, ten kawałek dobrze znam. Dojeżdżamy do Barcinka, gdzie czeka Krzyś - uzupełniam bidony, ostrzegam mojego towarzysza, że najbliższy docinek sprawia mi pewne problemy, więc fragmentami mogę iść i ruszamy w las. Wojciech jeździ zdecydowanie pewniej ode mnie, ale bardzo spokojnym tempem pokonuje trudności terenowe i ten jego spokój ułatwia i mnie ich pokonywanie. Niemniej po pewnym czasie, gdy koło ślizga mi się na ścieżynce zsiadam i idę. Tracę z oczu czerwoną lampkę Wojciecha, ale zobaczę ją już niedługo - w okolicy zapory w Pilchowicach. Chwilę będę go gonić, by zaraz później wspólnie szukać schronienia przed zbliżającym się oberwaniem chmury. Na przystanku w Wrzeszczynie spędzamy dłuższą chwilę schronieni pod folią razem z rowerami. Póki deszcz nas nie zagłusza chwilę jeszcze rozmawiamy.


Ulewa przechodzi, więc opuszczamy prowizoryczne schronienie i ruszamy dalej. Przed nami drugi z moich najnieulubieńszych odcinków tej trasy - ścieżka wzdłuż zbiornika wrzeszczyńskiego - wąska, i pełna obecnie mokrych i śliskich korzeni. I znowu - dzięki spokojnej jeździe mojego towarzysza niemały odcinek udaje mi się pokonać na siodełku, ale po kolejnym uślizgu zsiadam i idę. Docieram do Siedlęcina, gdy znów zaczyna lekko padać. Na razie jednak nic strasznego - jadę dalej. Na szlaku do perły Zachodu rozpoczyna się miarowa ulewa. Nie ma się gdzie schować. Do Jeleniej Góry docieram przemoknięta. Spotykam Krzysia, szybko uzupełniam bidon i lecę dalej - chwilę rozważam, czy się nie zatrzymać, ale szybko pojawia się refleksja - po co? Jestem i tak doszczętnie mokra, przerwa spowoduje tylko wychłodzenie. Znam swoje ciało na tyle, by wiedzieć, że zatrzymanie na przystanku będzie oznaczało dla mnie koniec jazdy. Pod jedną z wiat spotykam niedawnego towarzysza - nie przemókł w takim stopniu jak ja, postanawia więc chwilę przeczekać. 

Deszcz przybiera na sile, burza jest coraz bliżej - błyskawice rozświetlają momentami całe niebo, a ja wspinam się na Górę Szybowcową. Na szczycie zatrzymuję się pod balkonem knajpki i zakładam dodatkowe termo - sprawdzam, czy trzy mokre warstwy grzeją lepiej niż dwie mokre warstwy. Grzeją. Widok jest niesamowity, ale widoczny tylko w tych ułamkach, gdy cały świat zalewa białe światło błyskawicy. Wiem, że powinnam pozostać w ciągłym ruchu, w  przeciwnym razie przemarznę. Z Szybowcowej nie jestem w stanie zjechać po mokrej trawie w czasie ulewy. Idę więc przed siebie energicznym krokiem. Liczę na to, że wypada się i przestanie, ale deszcz będzie mi towarzyszył do rana. 



Kolejne kilometry to naprzemienna jazda i prowadzenie roweru. Robi się zimno, na zjazdach przemarzam, mimo że jadę powoli, ostrożnie. Na podjazdach robi mi się troszkę cieplej, gdy zjeżdżam z asfaltów sporo prowadzę rower - nie ufam mokrym kamieniom i korzeniom. Docieram do drugiego pitstopu, pod Schroniskiem Szwajcarka. Robi się już szaro, unoszą się zimne mgły. Temperatura spada do 11 stopni. Wciągam rower na górę i, upewniwszy się, że nie ma nic ciepłego do picia - sprowadzam go na dół. Po drodze spotykam Mariusza, który idzie z ciepłą herbatą dla uczestników, którzy schronili się na punkcie. Na mnie ciepły napój czeka na dole wraz z Krzysiem. Piję herbatę, jem bułkę z serem i ruszam w stronę Mniszkowa - na długim podjeździe płaczkę, klnę, zagryzam zęby. Mam dość. Bolą mnie stopy, jestem przemoczona, obtarły mnie spodenki, jest zimno. Ale prę przed siebie. Przed kolorowymi jeziorkami przestaje padać, wieje, drogi przesychają. Przebieram się w suche ubrania. Zakładam na siebie wszystkie warstwy, które jeszcze mogę - nogawki, termo, ciepłą bluzę, wiatrówkę. Mam nieustająco mokre buty i...biustonosz. Jem śniadanie, z zimna zaczynam się trząść, więc ruszam na jeziorka, które pokonuję spacerem. 



Na zjazdach klnę na inżynierów, którzy wymyślili betonowe przepusty na leśnych drogach - nie potrafię ich przeskoczyć, więc zwalniam, by pokonywać je jak najłagodniej. Momentami jest jeszcze mokro, gdy akurat wjeżdżam w mgłę, ale deszcz ustał. Zaczynam czuć się lepiej, mija najgorszy kryzys. Pilnuję jedzenia, picia i staram się nie liczyć ile przewyższeń pozostaje mi na ostatnich 100 km. Wyklinam na Czarnów, w Kowarach spotykam Krzysia, łapię coś do picia i jadę. Zachwycam się parkiem w Bukowcu, nie pamiętam, czy w zeszłym roku przez niego jechaliśmy. Pod Zamek Księcia Henryka rower podprowadzam, z góry sprowadzam - dzięki temu, ze ułożyłam to sobie w głowie nie tracę czasu na bezowocnych próbach, wsiadaniu, zsiadaniu - po prostu - idę. 

A później zaczyna się droga przez mękę. Podjazd z Sosnówki do Karpacza. Ciągnie się i ciągnie. Robi mi się za ciepło, za duszno, nie pamiętam, jak długi on jest, wiem za to, że w Karpaczu czeka Krzyś. Nie wiem ile czasu mija. Dla mnie jakieś pół wieczności zanim wreszcie dojeżdżam. Pociesza mnie tylko fakt, ze tego roku było jakby mniej motocyklistów na tej trasie. W Karpaczu zdejmuję z siebie warstwy, uzupełniam wodę, jem i szybko ruszam przed siebie, bo chwila w cieniu powoduje, ze robi mi się zimno - daje o sobie znać zmęczenie. Przede mną Olbrzymy. W zeszłym roku kosztowały mnie dużo stresu, bo są techniczne. W tym po prostu przeszłam fragmenty, których nie umiała przejechać. 

Później już tylko cudowny zjazd do Przesieki, Podjazd do Zachełmia, Piechowice, Michałowice, Złoty Widok niemal przebiegnięty po skałach i jazda do mety. Ostatnie kilka km. zrobiłam na stojąco - na siedząco bolał mnie tyłek i kolana. Ostatni podjazd do mety nie brał jeńców - nie wiek ile %, ale tyle, że gdy się zorientowałam, że będzie bolało, to nie było już mowy, by się zatrzymać i wypiąć stopę z pedałów. Dociągnęłam się jednak pod kościół, starając się nie klnąc zbyt głośno. Dwa zakręty i wjazd na metę. Byłam w tym miejscu ponownie po 34h i 22min. Poprawiłam zeszłoroczny czas, ale trasa była nieco krótsza. Samej jazdy było 28h i 21 min, czyli 6 godzin spędziłam na różniej natury postojach. 


Na mecie spędziłam tylko chwilę, bo przykryta przez Krzysia kocem mało nie zasnęłam na leżaku. Zjadłam więc makaron (pyszny!), zapozowałam do kilku zdjęć i pojechaliśmy do domku spać. Rodzice zmęczeni, ale szczęśliwi ogarniali się właśnie po drugim dniu obsługiwania zawodników. Czworo ze startujących w sobotę spało tej nocy w Domku, spotkaliśmy się więc przy śniadaniu. Chwila rozmowy z 11letnim (!) Benkiem, który z tatą pokonywał trasę SHORT, nieco relaksu w ogródku i o 11 byliśmy ponownie w Szklarskiej Porębie. Tym razem jednak razem z mamą i kuzynką Marysią. Na 12 zaplanowano dekorację zwycięzców długiego dystansu. Z pewnym zdziwieniem przyjęłam informację o swoim zwycięstwie w kategorii MTB wśród Pań. Ucieszyło mnie to bardzo. Kolekcja bolesławieckiej rowerowej ceramiki wzbogaciła się o kolejne elementy, podobnie jak moja rowerowa garderoba. 


Cudownie było spotkać się jeszcze z ludźmi, porozmawiać o przejechanej trasie - w zeszłym roku w niedzielę było duuuużo spokojniej, ale to pewnie kwestia liczby uczestników i famy, jaka się rozniosła po kolarskim światku - że w Górach Izerskich jest najlepiej. 

I już tradycyjnie - garść podziękowań:

Krzysiowi - że był, że poganiał, motywował, troszczył się i opiekował - o mnie i o całą masę innych zawodników, którzy pierwszego dnia baaardzo potrzebowali wożonej przez niego wody.

Mamusi i tatusiowi za święty spokój na tydzień przed tym wzywaniem.

Mariuszowi i Łukaszowi za świetną organizację i piękną trasę. I widzimy się za rok - już nie mówię, ze nigdy więcej, tylko wypatruję zapisów ;) 

Wszystkim, którzy kibicowali, trzymali kciuki, słali ciepłe myśli <3

I tym, którzy podeszli do mnie w trakcie tej imprezy powiedzieć, że poprzedni wpis dobrze się czytało. :D Do usług!

Albumy Krzysia:

Album 1

Album 2


8 komentarzy:

  1. Hmmm ciekawa wyprawa. Na pewno warto się na taką wybrać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie warto, gdy lubi się ten typ aktywności :)

      Usuń
  2. Ekstremalna wyprawa. Zapewne dla miłośników rowerowych wypraw to świetny pomysł na sprawdzenie siebie, swoich możliwości. Gratulacje dla Ciebie za pokonanie trasy, za przetrwanie zmian pogodowych - za wygranie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Szczerze podziwiam i gratuluję, Iron Lady.
    Próbowałem śledzić trasę czytając nazwy miejscowości, ale się pogubiłem. Jaka była jej długość?
    Krzysztof Gdula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krzysztofie, w tym roku trasa miała około 340 km, jej dokładny przebieg możesz zobaczyć na stronie grv.bbtracker.pl - cześć szła leśnymi ścieżkami czy szlakami pieszymi.

      Usuń
    2. Matko Boska, 340 kilometrów!
      Trasę widziałem. Nie dziwię się swojemu poplątaniu, bo trasa taka jest.
      Wyobrażam sobie nawał pracy przy przygotowaniu takiego maratonu...

      Usuń
    3. Już sama organizacja i obsługa punktu żywieniowego, czego podjęli się rodzice, zajęła dwa dni wytężonej pracy, plus jeszcze czas na przygotowanie i zwinięcie całości. Myślę, że organizacja przyszłorocznej edycji maratonu może już trwać - ustalanie przebiegu trasy, zdobywanie pozwoleń (np. Od leśnictw) itp.

      Usuń