Przyjemne,ciepłe południe. Właśnie spakowałam samochód i ruszam przed siebie.Przede mną 160 km samochodem po górach.Zdecydowanie wolałabym trasę pomiędzy Gierczynem a Zieleńcem pokonać rowerem (dystans taki sam jak ten, który pojadę następnego dnia, a i przewyższenia pewnie podobne). Póki co jednak zatrzymuję się na dworcu kolejowym w Marciszowie, gdzie umówiłam się z Gui. Odbiorę ją z pociągu z Wrocławia i dalej pojedziemy razem. Hura! Bez pilota jedzie się źle,nawet wtedy, gdy dobrze zna się trasę. A trasę znam, bo przecież niepierwszy raz jadę samochodem do Zieleńca (choć po prawdzie za każdym razem jest to nieco inny wariant drogi). Gadamy,planujemy, podziwiamy barokowy kościół w Krzeszowie, przejeżdżamy czeską granicę, robimy zakupy w czeskim markecie,przejeżdżamy granice,jeszcze Lewin Kłodzki i jesteśmy w Zieleńcu,gdzie w naszej ulubionej Zielenieckiej Chacie już czekają na nas Chuda z Robertem. Czekana nas także przemiła gospodyni Chaty. Rozpakowujemy auto i gdy siadam na łóżku zauważam, ze chciałabym tu spędzić kilka dni, bo atmosfera pensjonatu,jego wyposażenie za każdym razem wywołują we mnie nieodpartą chęć niczym nie zmąconego odpoczynku. Gui ma podobne odczucia. Nawet zastanawia się, czy nie wrócić do Zieleńca we wrześniu.
środa, 29 lipca 2015
wtorek, 28 lipca 2015
Od świętej Anki...-czas pożegnać Izery
Ludowe przysłowie mówi: „Od świętej
Anki chłodne wieczory i zimne ranki”. Przekonałam się o tym, gdy
w poniedziałkowy poranek wyszłam przed dom. Kawę piłam w …
zimowej kurtce.
poniedziałek, 27 lipca 2015
Jelenia Góra, czyli nie należy nas wpuszczać do Empiku
W czwartek umówiliśmy się z Gui w Jeleniej Górze, aby odebrać jej rower – nie będzie miała możliwości przywiezienia górala do Trzebiatowa, a przecież wybieramy się w trasę! I tak, ponieważ każdy powód do spotkania jest dobry, spędziliśmy rodzinnie kilka godzin.
środa, 22 lipca 2015
Na rozstaju dróg, gdzie przydrożny Chrystus stał... Popielówek.
O poranku oglądam skąpane w świcie Pogórze. Jest jak ogromna mapa. Mapa coraz mi bliższa, coraz mniej na niej miejsc, których nie znam, w których nie byłam... Dzisiaj kolejny fragment mojej mapy Pogórza przestał być dla mnie tajemnicą. Ilekroć spoglądałam na wyrysowane na papierze drogi, miejscowości, poziomice, mój wzrok zatrzymywał się na małej wiosce Popielówek. Niby nic szczególnego, podrzędna droga, kilka kwadracików wskazujących zabudowania, przystanek autobusowy, kościół i... małe czarne kropeczki z krzyżem- kapliczki. Mnóstwo kapliczek, zda się jeszcze więcej niż w mojej ulubionej Grudzy.
Zupa szczawiowa, najbardziej znana i leniwa zupa z chwastów
Dawno nie było takiego lazy day w Domku pod Orzechem. Samochód u mechanika, więc i Ślubnemu nic się nie chce... Wszystko go boli.... Oj, on chyba odczuwa ból wężyka przewodu paliwowego. Siedzi, kręci się, czyta. Ja początkowo próbuję odegnać stan marazmu. Maluję, potem składam zaległy film z maratonu. Porzucam pracę w połowie,idę dozbierać szczawiu na zupę. Snuję się po łące, myśląc, że po obiedzie wybiorę się na wycieczkę. Szczawiu ledwo,ledwo, ale uzbierałam. Zupę zrobiłam (i zupa szczawiowa to jedyne czego nie porzuciłam tego dnia) Po obiedzie zamiast zebrać się na rower, wyłożyłam się w półcieniu przed domem.... Sielanka.... Tylko czasem wieje...
Subskrybuj:
Posty (Atom)