wtorek, 12 czerwca 2018

Blondynce padło na głowę, czyli Ultramaraton Piękny Zachód w Niesulicach

Gdy wczesną wiosną zapisywałam się na Ultramaraton Piękny Zachód, myślałam, że to dobry pomysł. Im bliżej czerwca, tym bardziej zaczynałam w to jednak wątpić. Poprzedni tydzień spędziłam na zastanawianiu się, co też strzeliło mi do głowy...
W czwartkowe popołudnie wszystko było już niemal gotowe. Miałam sprawdzoną dokładnie trasę, wybrane pociągi, spakowane bagaże. Zostało mi przygotować naleśniki na drogę do Świebodzina i się wyspać. Ale do wieczora pozostawało jeszcze trochę czasu, zaczynałam go więc marnować denerwowaniem się, które przerwał niespodziewany przyjazd Krzysia. Ze względu na maraton w Łasku nie mógł towarzyszyć mi w weekend (nie do końca, ale o tym za chwilę), postanowił więc przyjechać w czwartek z torcikami bezowymi na uspokojenie - wiadomo, beza jest dobra na wszystko...


W piątek z rana szybkie śniadanie, spakowanie naleśników i wio! na dworzec. Byłam wściekła na siebie za sposób spakowania roweru - cholera była tak ciężka, że mało nie spadłam ze schodów, a podczas wsiadania i wysiadania z pociągów potrzebowałam pomocy, bo nie byłam w stanie dokonać tego sama. Na szczęście na peron wrocławskiego dworca wjechałam windą, zaś rower do pociągu pomógł mi wsadzić jeden z dwóch rowerzystów, którzy wybierali się w podróż tym samym pociągiem co ja - panowie mieli jednak plany turystyczne - jechali nad morze, skąd wracać będą rowerami do Jeleniej Góry wzdłuż zachodniej granicy. Ta część podróży, aż do Leszna minęła mi szybciutko - tam wypakowałam rower i wsiadłam do kolejnego, niskopodłogowego na szczęście, pociągu. Konduktor trochę poburczał, bo w małym szynobusie mieściło się już kilka innych rowerów, ale wsiąść mi nie zabronił. Kolejną, ostatnią już, przesiadkę miałam w Zbąszczynku, skąd jechałam z Malwiną i Grzesiem, którzy również mieli startować na 500 km oraz gigantem, który musiał podjąć decyzję o przerwaniu jazdy na dystansie 1900 km. Z nim też dojechałam ze Świebodzina do Niesulic, gdzie znajdowała się baza maratonu, a ja miałam wykupiony nocleg.

Ledwie wjechałam na teren ośrodka OW Irena, a dobiegło mnie głośne radosne wołanie "O! Czesia przyjechała! Już idę pomóc ci z rowerem!" i ledwie zdążyłam zdjąć z bagażnika sakwy, jak Tomek z szerokim uśmiechem wtargał mój rower na taras ośrodka, gdzie przez najbliższe dni toczyć się miało maratonowe życie.
Szybko zaaklimatyzowałam się na tarasie, skąd widoczne między drzewami było jezioro Niesłysz. Piątkowa maratonowa rzeczywistość rozkręcała się powoli - byłam w Niesulicach dość wcześnie, niewielu uczestników z najkrótszego dystansu się już pojawiło, a uczestnicy jadący 1900 i 1000 km byli w trasie. Czas do późnego popołudnia minął mi na rozmowach z Tomkiem, który swoimi opowieściami odciągnął moją uwagę od denerwowana się sobotnim wyzwaniem, udzielił kilku wskazówek i nie pozwolił się nudzić. Wybraliśmy się na spacer do sklepu, później w towarzystwie Rafała wyskoczyliśmy na chwilę nad jezioro, skorzystać z ciepła i chwilę się pochlapać - główną atrakcją okazała się gęsta wodna roślinność, która utrzymywała ciężar człowieka. 

Później przyszedł czas na pakiety startowe, przygotowanie roweru do startu - zapakowanie całego prądu, lamp, wszystkich niezbędnych drobiazgów, przygotowanie przepaku do Karpacza, spakowanie rzeczy do kieszonek koszulki, kolację, odprawę techniczną. W międzyczasie kolejne rozmowy, powitania, żarty i historie. Tomek i Ewa ze Szczecina, którzy zawsze przyjmują mnie niesamowicie ciepło, zestresowany Jacek ze swoją przesympatyczną mamą, kilkoro nowych znajomych... Ostatnie telefony, słowa wsparcia i spać.

W sobotę pobudka jeszcze przed 6 - śniadanie muszę zjeść na spokojnie, a start mam zaplanowany o 8:00. Pisałam do organizatorów z prośbą o wypuszczenie mnie jak najwcześniej i dzięki temu trafiłam do pierwszej grupy startowej - ta myśl jest pocieszająca, bo mam świadomość, że jak odpadnę ze swojej grupy, to za mną jedzie kilka kolejnych, pod które może uda mi się podczepić - nie bardzo wyobrażałam sobie tę jazdę samotnie. Po śniadaniu znowu trochę rozmów, poranna toaleta, ostatnie poprawki przy rowerze, przegląd spakowanego sprzętu i można ustawiać się przed startem na zamocowanie nadajnika GPS. Oskar - sędzia mety, którego dwie córeczki dzień wcześniej sprawowały pieczę nad szybką obsługą biura zawodów - mocuje mi nadajnik na ramie i już, już mogę jechać. Jestem jedyną kobietą w mojej grupie, kolejna, Malwina, startuje po 5 minutach, później Krysia ze Szczecina, Ewa, Dorota, Iwona...

Dźwięk dzwonka i możemy ruszać. Postanawiam utrzymać się w swojej grupie, póki będę w stanie, a później najwyżej podciągać się trochę na kolejnych i załapać się tam, gdzie będę w stanie utrzymać się do końca. Od początku tempo jest mocne, jak na mnie, ale równe. Przed pierwszym punktem kontrolnym dogania nas dwóch zawodników z kolejnej grupy, chwilę z nami jadą, by urwać się jeszcze przed PK1 - tam ich jednak spotykamy, bo...punktu nie ma - wjeżdża przez bramę chwilę po nas - meldujemy, że jesteśmy, chwytamy jakąś wodę i lecimy dalej.

Nasza grupka powoli zaczyna topnieć. Dojeżdżamy do punktu w Dąbrowie Bolesławieckiej, tam już otrzymujemy podpisy, sami też się podpisujemy, chwytamy colę, jakiegoś batonika, zbieramy Grzesia, który będzie się z nami tasował jeszcze jakiś czas, a później zahaczy się na dłuższą chwilę. Dojeżdża do nas także chłopak, który na początku złapał gumę i później przez 100 km gonił nas samotnie - dogonił. Po raz pierwszy spotykamy także AT4 - czyli Pana Andrzeja z Motocyklowej Grupy Medialnej Hornet, która obstawia tę imprezę. Postanawiam już teraz podziękować chłopakom za wspólną jazdę - to już ponad 130 km, 4,5h wspólnej jazdy - nie wiem, jak długo wytrzymam jeszcze takie tempo.

Ruszamy. W Bolesławcu znaki o objeździe, mostu w Iwinach nie ma - o tym wiemy. Możemy, za zgodą organizatora, kierować się albo objazdem albo szukać przejścia przez rzekę. Po zapytaniu miejscowego - decydujemy się na to drugie. I dobrze - dojeżdżamy do wyrwy w ziemi, gdzie kiedyś będzie most i na chwilę stajemy skonsternowani - przejścia brak, przyjdzie się wracać albo pływać. Zaraz jednak dostrzegam pieszą kładkę poprowadzoną bokiem - zsiadamy z rowerów, przeprowadzamy ten kawałek i ruszamy dalej. Jakiś kilometr. Do Dino, gdzie urządzamy sobie nieautoryzowany punkt żywieniowy - na poprzednich była woda, wafelki i cola, a nam zaczyna się chcieć czegoś normalniejszego. Pochłaniam słodką bułkę, zapijam jogurtem i zagryzam arbuzem i jedziemy dalej. Jeden z moich towarzyszy spogląda na chmury i wróży z nich znaczne pogorszenie pogody - dotychczas mieliśmy upał i słońce. Istotnie temperatura trochę spada, a powietrze robi się cięższe, idzie na burzę...

Tempo nie maleje, pojawiają się za to pierwsze hopki. Na razie to jakieś przedgórza , jakieś wyżyny. W pewnym momencie słyszymy za sobą auto, które wyraźnie zwalnia i kulturalnie jedzie za nami, chłopaki dają znać, że wolne i można jechać i wówczas...wyprzedza nas Krzyś. Towarzyszyć będzie nam przez kilkanaście/kilkadziesiąt kolejnych kilometrów - robi zdjęcia, częstuje colą, wodą, bananami, czeka też na punkcie w Kaczorowie. Informuje, gdzie jest Jacek i inni znajomi. Karmi, poi i wygania w dalszą trasę. "Moi" chłopacy jeszcze się ogarniają, ja powolutku ruszam poganiana niecierpliwie przez Krzysia.

Najedzona, podniesiona na duchu i coraz bardziej zmęczona ruszam pod górkę. Wraz ze mną rusza, ponownie spotkany, Pan Andrzej na motocyklu. Ucinamy sobie pod górkę krótką pogawędkę, dowiaduję się, że grupa właściwie zawodowo zajmuje się obstawą imprez sportowych, ale jest to pierwszy ich raz na tak długiej imprezie - dotychczas zbierali doświadczenie m.in. na dużych wyścigach kolarskich. Niedługo doganiają mnie moi dotychczasowi towarzysze - Marcin, Bartek i Krzysiek z LTS Lębork. Wbrew moim przewidywaniom - utrzymuję się. Tempo zaczyna się różnicować, podjazdy się wydłużają, ale do Karpacza wciąż jeszcze kawałek. Panowie odjeżdżają mi na podjeździe pod Przełęcz Kowarską, wciąż jednak towarzyszy mi Pan Andrzej - czasem wyjeżdża do przodu, czasem zatrzymuje się na chwilę, ale wciąż czuję jego obecność, dającą poczucie bezpieczeństwa - wszyscy motocykliści na imprezie są ratownikami medycznymi i potrafią szybko podejmować decyzje. Rzeźbię. Na podjeździe jeszcze nie do końca wiem co, ale zjazd poznaję z maratonów Liczyrzepy. Zaczyna padać, tylny hamulec stuka przy zaciskaniu - podejrzewam, że wpadłam w jakąś dziurę i scentrowałam koło. Znam ten zjazd, więc lecę. Na prostej rozpędzam się do ponad 60 km, deszcz jest dość intensywny, ale widoczność nadal ok. Mam nadzieję dogonić chłopaków na punkcie w Karpaczu, ale...spotykam ich po zjeździe. Postanowili się ubrać, pozakładać kurtki i, mam wrażenie, poczekać na mnie. Pytają, czy mam co na siebie założyć, rzucam, ze w przepaku i ruszamy dalej. Do punktu w Karpaczu został kawałeczek. Na miejscu od razu lecę do łazienki przebrać się w suche rzeczy. Pałaszuję porcję pierogów, przepakowuję kieszonki, dzielę się swoimi zapasami coli i magnezu, opisuję czekające nas dwa podjazdy i zjazdy. 

Najpierw podjazd pod Wang w Karpaczu i zjazd na Przesiekę, którego bardzo się obawiałam - jest stromy i kręty, a ja liczyłam się z tym, że będę go pokonywać w nocy. Dzięki moim towarzyszom zjeżdżam z Karpacza jeszcze przed zmierzchem. Najpierw jednak podjeżdżam - podjazd w Karpaczu jest długi, dość równy, niezbyt trudny, tempo mam więc nienajgorsze i udaje mi się stracić do panów tylko chwilę - tym razem nie czekają na mnie długo, szczególnie, że i na wspominanym wcześniej zjeździe nie da się rozpędzić jakoś bardzo - jest niebezpieczny. Mijamy koncert Zenka Martyniuka, padają propozycję przerwania jazdy i uczestnictwa w imprezie, ktoś stwierdza, że widział świebodzińskiego Chrystusa oraz Zenka - jest szczęśliwym człowiekiem. Jeszcze chwilę żartujemy, chwilę później  jedynymi artykułowanymi dźwiękami, które wydajemy są głośne przekleństwa w czasie podjazdu pod Szklarską Porębę Górną. Dopiero dzień przed startem zorientowałam się, że na Zakręt Śmierci będziemy podjeżdżać tym śmiertelnym podjazdem, a nie lajtowo - przez całą miejscowość - długo, nudno i łagodnie. Nieee, orgowie postanowili na 300 km zrobić nam niespodziankę 9% na dzień dobry, a później jeszcze sztywniej. Sapiąc, złorzecząc i sięgając do najgłębszych pokładów energii udaje mi się podjechać. Spinam się na lekkim wypłaszczeniu przed Zakrętem Śmierci, mam nadzieję, że Panowie znów na mnie czekają, np. na punkcie widokowym. Gdy ich nie dostrzegam spinam się i zaczynam szybki zjazd. Ale zanim się rozpędzę, widzę ich stojących na poboczu - zakładają kolejne warstwy. Ja mam na sobie krótką koszulkę i spodenki oraz cienką wiatrówkę, czuję komfort termiczny - na podjazdach jest mi wprawdzie trochę za ciepło, ale nie marznę na zjazdach.

Wypijam colę, gdy wprowadzają ostatnie poprawki w ułożeniu nogawek i ochraniaczy na buty i ruszamy pięknym, prostym i długim zjazdem do Świeradowa Zdroju. Razem z nami jedzie znowu Grześ. Kilkanaście kilometrów zjazdu mija zdecydowanie zbyt szybko. Nawiguję przez Świeradów, Orłowice, w stronę Czerniawy, a później na Pobiedną. To moje tereny, znam ten kawałek trasy. W pewnym momencie mam tylko kilka kilometrów do rodziców. Ale jadę dalej. Na czekoladę wpadnę innym razem. ;) W Świeciu mam wrażenie, że wybiję sobie wszystkie zęby, wytrzęsę cały cellulit, i pogubię kawałki roweru na potwornie dziurawym zjeździe - ostatnio go tylko podjeżdżałam, nie pamiętałam, że jest w tak tragicznym stanie, a jedziemy tam już po ciemku, uliczne lampy nie świecą, w świetle naszych lamp nie każdą dziurę udaje się ominąć (mam wręcz wrażenie, że w każdą udaje mi się wpaść). Na szczęście chyba wpadam tylnym kołem w taki sposób, że...hamulec przestaje bić. Szybko mijamy Leśną, pierwsze przejazdy kolejowe i docieramy do najlepszego punktu kontrolnego na całej trasie. Babie Lato w Kościelnikach Górnych zauważamy dzięki temu, że obsługa sygnalizuje światłem konieczność zatrzymania się. Przed lokalem wisi baner z symbolem punktu, zanim zdążymy wejść znana jest już liczba potrzebnych kaw, herbat i talerzy grochówki. Nim załatwimy wszystkie potrzebne podpisy posiłek paruje już na stole. W międzyczasie wskazane bidony napełniają się wodą, dostaję ściereczkę do wytarcia okularów, entuzjazm bije od ekipy obsługującej to miejsce. Aż nie chce się ruszać. Ale trasa wzywa. Wsiadamy więc na rowery i jedziemy dalej.

Kolejne przejazdy kolejowe, 80 km do kolejnego punktu, zaczyna się prawdziwa noc. Jest ciemno, jedziemy przez lasy - tylko my, rowery i warkot motocykla - Pan Andrzej towarzyszy nam przez większość czasu, ale kontroluje także sytuację wśród tych, którzy jadą z przodu i z tyłu - czasem znika na chwilę, ale mamy tę świadomość, że pozostaje w pobliżu. W pewnym momencie musimy się zatrzymać - wyczerpała mi się tylna lampka. W podsiodłówce mam powerbank i kabel, więc po chwili znów świecę - jadę właściwie ostatnia, więc moje tylne światło jest niezbędne. Przejeżdżamy przez uśpione wsie i miasteczka, po 1 w nocy dojeżdżamy do Iłowy, gdzie chwilę kręcimy się w poszukiwaniu punktu. Na miejscu siadam na krześle i czuję, że opada mi głowa. Wstaję więc i zaczynam się ruszać - toaleta, wafelek, sprawdzenie lampek. Robi mi się też zimno - dopada mnie zmęczenie. Kolejną godzinę jadę na ogromnym skupieniu, pilnując, by nie wjechać w cudze koło. Po jakiejś godzinie senność na szczęście mija. Zatrzymujemy się po raz kolejny - jednemu z moich kompanów kończy się zasilanie w garminie, którym nawiguje. Pożyczam swój powerbank, z którego nie musiałam korzystać - odpaliłam nawigację kilka razy na chwilę na zjazdach, gdy chłopacy znikali mi z oczu - mam jeszcze niemal pełną baterię w telefonie i drugi pełen powerbank na "w razie czego". Grzesiu przysypia na poboczu i Pan Andrzej podejmuje decyzję, że powinien odpocząć na najbliższej stacji benzynowej - z sędzią nie należy dyskutować, dalej jedziemy więc w pięcioro - ja, chłopaki z LTS i jeszcze jeden z naszej grupy startowej. W Krośnie Odrzańskim jesteśmy przed 6 rano. Jemy zupę gulaszową i ruszamy dalej. Zaczynam rozumieć, że gdy wspominali o dojechaniu na 10 rano to żartowali.  I wcale nie mieli na myśli tego, że 10 to nierealnie wcześnie, bo...Będziemy ok. 8... 

Fot. Tomek
Z Krosna jest jeszcze jakieś 50 km, robi się już jasno, tempo trochę wzrasta. Jadę już na rezerwie i dobrze to czuję - muszę włożyć naprawdę dużo wysiłku w to, by utrzymywać się i nie zostawać z tyłu - nie chcę zostawać z tyłu, bo wówczas moi towarzysze zwalniają i czekają na mnie, tracąc czas. Zagryzam więc zęby i cisnę. Jakieś 30 km przed metą na skrzyżowaniu stoi Tomek i robi zdjęcia, krzyczy jeszcze za mną, że zaraz jedzie na metę, odpowiadam tylko, że super, bo potrzebuję pomocy we wnoszeniu roweru. I lecę dalej.

Finisz, fot. Tomek
I strzelam na 20 km przed metą. Organizm się buntuje - skacze mi tętno, odcina mi nogi. Dwóch pojechało chwilę wcześniej do przodu, lecą rozmienić 24 godziny. Dwaj pozostali zostają. Zatrzymuję się, każę im jechać, ale widzę, że staja na szczycie niewielkiego wzniesienia. Dojeżdżam, tłumaczę sytuację, że ja będę jechała 20 km/h, ale dojadę, nawigację mam, na tyle baterii w telefonie mi na spokojnie wystarczy, mogą jechać, będę żyć, naprawdę. Jadą. Doczłapuję się do najbliższego przystanku, stawiam rower, kładę się, opieram nogi o słupek, daję sobie chwilę na uspokojenie organizmu. Za moment znów ruszam. Niewielkie pagórki okazują się wyzwaniem gorszym niż Szklarska Poręba, muszę stanąć na pedałach, by je podjechać. Ale cały czas jadę. W międzyczasie buntuje się też żołądek. Staję jeszcze jakieś dwa razy na tych 20 km. Ale dojeżdżam. Cała, zdrowa, z wynikiem o jakim nawet nie śniłam.

Fot. Tomek
Planowałam zmieścić się w 30 godzinach. W sobotę rano z pocałowaniem ręki przyjęłabym 28 godzin. Na trasie byłam 24:26 z czego na rowerze spędziłam 20:33. Przyjechałam jako pierwsza z kobiet i jako 22 zawodnik na tym dystansie. Zrobiłam to, w przeciwieństwie do większości zawodników, na dość szerokiej opinie i prostej kierownicy. Przeżyłam swoje pierwsze prawdziwe ultra w cieplarnianych warunkach - zaopiekowana przez Bartka, Krzyśka i Marcina z LTS oraz Pana Andrzeja z Motocyklowej Grupy Medialnej Hornet. Na mecie Tomek pomaga mi zsiąść z roweru i niesie go na taras, Pan Andrzej przytula i stwierdza, że jestem wielka, przy grochówce dziękuję chłopakom za wspólną jazdę przez ponad 500 km. Wymieniamy się namiarami, bym mogła przesłać im zdjęcia, niedługo później wyjeżdżają.
Miękkie krzesło, ciepła zupa, brak konieczności dalszej jazdy - tyle potrzebowałam do szczęścia ;)
Fot. Tomek

Biorę prysznic, zakładam luźną, wygodną sukienkę, otwieram piwo i przeżywam. Według czyichś słów okazałam się nie lada sensacją ze swoim czasem przejazdu tej trasy.


Zaczynam odczuwać zmęczenie, ale czekam jeszcze na przyjazd Jacka. Robię mu kilka zdjęć, ściskam i idę spać na dwie godziny. Siedząc na pomoście nad jeziorem rozmawiam przez telefon z Krzysiem, dzielimy się swoimi wrażeniami - ja z Pięknego Zachodu, on z Maratonu w Łasku. Później wracam na taras, zaczyna padać. Spędzam wieczór na rozmowach, witaniu kolejnych zawodników kończących jazdę i analizowaniu swojej wielkiej przygody, która powoli dobiegała końca. Przed 23 idę spać, w nocy budzę się na chwilę, gdy do pokoju wchodzi pan Edward, który ukończył trasę 1000 km. Rano witam jeszcze Pawła Sojeckiego kończącego dystans 1900 km, jem śniadanie, pakuję się niespiesznie. W ośrodku została nas już garstka, większość osób wyjechała wieczorem, niektórzy niemal od razu po przyjeździe na metę. Ja wolałam odpocząć, nasycić się tą atmosferą, przeżyć to na spokojnie. Wracać miałam pociągiem, ale Pan Edward zaproponował mi podwózkę, bo sam też jest z Wrocławia. Droga upłynęła nam na rozmowach.

To był długi weekend. I długi maraton. Odnalazłam granicę swoich możliwości i przekroczyłam ją. Wysłuchałam dziesiątek historii, spędziłam długie godziny na rozmowach, poznałam nowych ludzi, przeżyłam coś zupełnie innego. Miałam bardzo bardzo dużo szczęścia - do ludzi przed, w czasie i po maratonie. I do pogody. Jestem bardzo zmęczona i bardzo szczęśliwa. Największa zaplanowana na ten rok przygoda dobiegła końca. Zaczynam rozglądać się już za przyszłoroczną.

Parę podziękowań i szczegóły techniczne

13 komentarzy:

Jenovia Dżemson pisze...

Rower super sprawa. A ja postanowiłam kupić rolki! Pozdrawiam!^^

Wojciech Kusz pisze...

Gratuluję i tego wyczynu i jego opisu :) Klika osób s tej relacji chyba znam to Tomek i Ewa Gapińscy i Krysia Roszak :) Jeszcze raz wielkie brawa!

Bartek LTS Lębork pisze...

Piękna relacja miło powspominać ... Mam nadzieję że się spotkamy na trasie jakiejś imprezy .Pozdrowienia od LTS-u .

Agnieszka Mycoffeetime pisze...

Jacież... jesteś nie do zdarcia. Moje serdecznie gratulacje:D
pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

Alicja77100 pisze...

Czesiu, dla mnie pozostajesz niedoścignionym wzorem!!! :-) Bardzo Cię podziwiam i uwielbiam <3 :-* Piękny opis, wspaniale się czyta :-) Jeszcze raz WIELKIE BRAWA I GRATULACJE KOCHANA!!! Jesteś NIESAMOWITA!!!

Krzysztof Gdula pisze...

Czesiu, prawie doba na rowerze! Dla mnie taki dystans jest jak wejście na Mount Everest, jest prawdziwym wyczynem. Serdecznie gratuluję.
Czytając relację zwróciłem uwagę na mnogość wyposażenia i na liczne nieznane mi słowa – przecież taki maraton jest dla mnie innym, zupełnie nieznanym, światem. No i kalorie. Ciekawe, ile ich zużyłaś w czasie tej doby.
Ciekawy też jestem, czy po jeździe budzik dał radę Cię obudzić...

Chuda pisze...

Jenovio rolki też są super ;)
Wojciechu dziękuję!
Bartku - jeszcze raz wieeelkie dzięki za wspólną jazdę! I z pewnością do zobaczenia!
Agnieszko - staram się. Dziękuję
Alu doskonale wiesz, że są sprawy, w których to Ty jesteś wzorem :*
Krzysztofie - fakt to już dystans, na którym sam rower może nie wystarczyć - koniecznym minimum są lampy, a dla wygody cała reszta zdobyczy techniki. Wg jednego z takich urządzeń spaliłam 7000 kalorii - będę je uzupełniała pewnie przez najbliższy tydzień, podobnie jak deficyt snu, bo po samej jeździe poszłam spać po 4 godzinach na...2 godziny - budzik dał radę obudzić mnie na kolejne finisze znajomych. W nocy spałam za to przepisowe 8 godzi już bez budzika.

Aleksandra pisze...

GRATULACJE

Paweł Zatoński pisze...

Zerkam co jakiś czas również na te rowerowe wyczyny i zawsze mnie ciekawiło, że na rowerze można tyle przejechać za jednym razem. W 2013 r. poznałem w Gryficach tamtejszych zapaleńców ultramaratonów rowerowych i od tamtej pory darzę takie osoby dużym szacunkiem. Pewnie ciężko to określić, ale czasowo tak mniej więcej - ile potrzeba tygodni, miesięcy, żeby powiedzmy z dystansów 100 km (więcej do tej pory rzadko kiedy przekraczałem) przejść do tak długich? No i druga sprawa to chyba szosówka, hm?

Anna Kruczkowska pisze...

Pawle, ponieważ Blondynka, czyli Chuda zajęta jest pokonywaniem kolejnych kilometrów, odpowiem w jej i swoim imieniu. Skoro byłeś w Gryficach (sądzę, że zauważyłeś już, iż przez 25 lat mieszkaliśmy 18 km od Gryfic), to zapewne poznałeś naszych maratonowych kolegów i wiesz, że na raz przejechać można naprawdę wiele kilometrów. I nie jest to tylko sprawa przygotowania fizycznego, ale przede wszystkim psychicznego. Każda z nas w sezonie przejeżdża conajmniej kilkanaście dystansów powyżej 100 km, a w czasie maratonów są to trasy 250-300 kilometrowe. Można uznać że po roku jeżdżenia setek, przechodzi się do 200-300 km a po dwóch latach można porywać się na więcej. Przy czym, jak napisałam, wszystko siedzi w głowie. Można być świetnie przygotowanym kondycyjnie, ale 24 godziny samotności, gdy ma się przed sobą tylko pas asfaltu, słońce z deszczem i księżycem na zmianę, są tylko dla ludzi silnych psychicznie.
Jeśli chodzi o rower, to żadna z nas nie jeździ na klasycznej szosówce z tzw. barankiem. Ja mam przynajmniej szosowe opony (i lemondkę), natomiast Chuda ma opony szersze i prostą kierownicę. Zatem sprzęt wcale nie gra tu kluczowej roli (choć musi być niezawodny!)

Paweł Zatoński pisze...

Dzięki wielkie, wyczerpująca odpowiedź :) Poznałem państwa Zadwornych i część ich ekipy, o ile kojarzysz.

Anna Kruczkowska pisze...

Świat jest mniejszy niż nam się wydaje, Pawle. Tak podejrzewałam, że ekipę Gryflandu poznałeś. Myślę, że zarówno Ulka jak i Marek poczuliby się urażeni, gdybym napisała kojarzę 😉 Łączy nas kilkuletnie koleżeństwo. Wielokrotnie braliśmy udział rodzinnie w maratonach Gryflandu a parę razy odpowiadałyśmy za obsługę fotograficzną imprezy.

Paweł Zatoński pisze...

Dokładnie, czyli jednak dobrze myślałem ;) Pisałem Ci bodajże kiedyś o obozie rowerowym gryfowian w Gryficach w wakacje 2013 - właśnie wtedy poznaliśmy Ulę i Marka, i parę innych osób od nich. Śledzę ich poczynania na fb i naprawdę wszystko robi wrażenie.