sobota, 14 lutego 2026

„Wichrowe Wzgórza” moja opinia o filmie


„Wichrowe Wzgórza” Emily Bronte to bez wątpienia jedna z najważniejszych książek o miłości. I mam wrażenie, że czasem zapomina się, jak destrukcyjne było to uczucie i ile zła za sobą pociągnęło. Chce się pamiętać jedynie liryczne sceny z wrzosowisk, zapomina o tym, co wydarzyło się później.

Nowa adaptacja filmowa to całkiem nowe spojrzenie na tę historię i od premiery wzbudza bardzo skrajne emocje.


Do kina wybrałam się w ramach eventu „Kino Kobiet” , mogłam więc obejrzeć film w kobiecym gronie i obserwować zróżnicowane reakcje na to, co działo się na ekranie. Z jednej stronie na twarzach pojawiał się zachwyt z drugiej zniesmaczenie.

Fabuła filmu 

Nie oglądałam zapowiedzi, więc nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. I może dobrze, bo już pierwsze sceny mnie zaskoczyły. Film rozpoczyna się naturalistycznymi, scenami z prowincjonalnego miasteczka, gdzie wieszanie skazańca to najlepsza rozrywka. I co ciekawe, śmierć przez powieszenie fascynuje na równi bogatych i biednych, kobiety i mężczyzn, a nawet dzieci. To właśnie tu spotykamy młodziutką Katarzynę Earnshaw i jej towarzyszkę Nelly. Równolegle ojciec Katarzyny przygarnia małego przybłędę Heathcliffa. Potem dzieci zaprzyjaźniają się i zakochują w sobie. A potem pojawia się Edgar Linton i wiadomo, co dzieje się dalej (ale film nie przedstawia całej fabuły książkowej)

Emerald Fennel położyła nacisk na stronę zmysłową opowieści. Miłość jest tu występna, a nawet wyuzdana. Sceny intymne mogą przyprawić o szybsze bicie serca lub… zniesmaczenie.

Kreacja bohaterów filmu "Wichrowe Wzgórza"

Bohaterowie choć w ogólnym zarysie odpowiadają pierwowzorom, to jednak ciężar emocjonalny został nieco zmieniony.


Katarzyna grana przez Margot Robbie zda się bardziej wyrachowaną, a jej uczucia to bardziej niszcząca namiętność niż miłość ( choć jeśli się jej przyjrzeć zwłaszcza na początku to przypomina inną bohaterkę graną przez Margot: niezależną, szukającą swojego miejsca Barbie! Heathcliff  (Jacob Elordi) jest dziki i nieobliczalny, no i zabójczo przystojny (jesu! Ten głos!). Nelly (Hong Chau)  staje się w filmie postacią silniejszą, a jej motywacją nie jest przywiązanie do Katarzyny tylko … zemsta za zdradę z dzieciństwa. Zaskoczyła mnie Izabela. Od początku groteskowa, niezrównoważona psychicznie. Z jednej strony dziecinna, naiwna staje się niebezpieczna w swojej obsesji na tle Heathcliffa. Ma się wrażenie, że czerpie chorą  przyjemność z upodlenia. To naprawdę nieźle zagrana rola Alison Oliver. Warto też wspomnieć kreację Pana Earshawa (Martin Clunes), to doskonale zagrana historia upadku dumnego szlachcica.

Moje zachwyty stroną wizualną filmu


Mnie film oczarował stroną wizualną (bo ja do kina chodzę, by zachwycać się obrazem) Rozległe, zszarzałe wrzosowiska, posępne skały i mgła wyglądały dokładnie tak, jak sobie to wyobrażałam. Niesamowicie skontrastowane zostały obie posiadłości. Popadające w ruinę dworzyszcze Earshawów to gotycka budowla osadzona wśród skał. Wiatr świszcze po kątach, okiennice skrzypią, brud i ubóstwo widać w każdym miejscu, a służba robi, co chce. Wiecznie pijany pan Earshaw wzbudza odrazę. Jego upadek pokazany jest z naturalistyczną, odpychającą  szczegółowością. Co jednak warto podkreślić całość jest boleśnie prawdziwa.


Kwitnąca posiadłość Lintonów to całkiem inny świat. Mamy tu sielankowy ogród pełen kwiatów, pnącza na murach, jaskrawą zieleń trawników. Mieszkańcy spędzają czas na beztroskiej rozmowie przy herbacie, zabawach i nudzie. Dom jest nieprawdopodobnie przestronny, z ogromnymi oknami i choć początkowo sprawia widzowi estetyczną przyjemność, to z czasem zaczyna przytłaczać, czujemy, że za tą fasadą czai się coś złego.

Obie posiadłości są przerysowane, ma się wrażenie, że żyją własnym życiem.


Na osobną uwagę zasługują stroje, zwłaszcza suknie Katarzyny. Młoda kobieta nosi stroje białe, czerwone lub czarne. Żadnych innych. I powiedzmy sobie szczerze, są one piękne.

Film jest nieprawdopodobnie malarski. Można doszukać się inspiracji obrazami Constabla, Caspara Friedricha, Rembrandta, Van Eicka, Vermera.

Ja wyszłam z kina oczarowana, choć domyślam się, że jeśli ktoś nastawiał się na wierną ekranizację to wyszedł zawiedziony, podobnie jak osoby nie znające książki i oczekujące pięknej love story.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz