Blog chwastami zarasta. To nawet nie jest dziwne, bo marzec rozpieszcza nas pogodą, więc przeprowadziłam się już na świeże powietrze i póki co chwastów pozbywam się z ogrodu.
Będzie zatem wpis zbiorczy: ogrodowo- wycieczkowy.
Rowerem na Wyrwak
Ciepła pogoda sprawiła, ze mój mózg przełączył się na tryb aktywności ruchowej. Już dawno nie wyjmowałam roweru w marcu, a tym razem po prostu czułam, że to ten czas. W planach miałam pokręcić się po lesie kaolinowym. Najpierw zajechałam odwiedzić koleżankę z Izerskiej Zagrody i jej kozy. Miałam dla niej mały prezent. Potem czarną drogą dojechałam do Kamienia i skręciłam na szlak do Lasu Kaolinowego. Tu jednak spotkała mnie niemiła niespodzianka w postaci zakazu wstępu z powodu wycinki. Nie pozostało mi nic innego, jak zawrócić.
Na chwilę zatrzymałam się przy rowie, który w posiadanie wzięły bobry tworząc cały zespół tam i żeremi. Podziwiałam ten geniusz myśli architektonicznej. Natura po prostu zadziwia na każdym kroku.
A potem spojrzałam w stronę niewielkiego wzgórza, od którego wieś Kamień swoją nazwę wzięła. Nie planowałam Wyrwaka, bo aura tego miejsca dziwnie na mnie wpływa, ale skoro już byłam tak blisko… widać pogrążone jeszcze we śnie bóstwo czegoś ode mnie chciało.
Bóstwo? A jakże! Bo jak mit głosi, Łużyczanie pod Wyrwakiem
swojego boga Zmarlaka, znanego też jako Flins lub Lwiniec. Współcześni badacze są sceptyczni, co do
istnienia tegoż bóstwa, ale co wiedźma tam czuje, to jej.
A jeśli czytaliście „Czarownicę z gór Olbrzymich” to wiecie,
że i w książce Flinsa wspominam.
A wracając do wycieczki. Przez rżysko przeprowadziłam rower i znalazłam się na dawnej drodze, która na szczyt prowadziła. Po chwili minęłam pierwszą skałę z miejscem po tablicy lub czymś podobnym. Tam to człowieka dreszcze przechodzą, więc szybko podjechałam jeszcze wyżej na Wyrwak.
Tu czekało mnie spore zaskoczenie, bo miejsce zostało pięknie uporządkowane. Duża tablica informacyjna przywołuje legendy i badania archeologiczne oraz informuje o bogactwie geologicznym tego miejsca. Postawiono też stół i ławy, wiec przyjemnie się wypoczywa ( o ile zapomni się o dreszczach przeszywających wiedźmę, gdy bóstwo się o nią dopomina)
Tu posiedziałam chwilę rozkoszując się słońcem i widokami (bo z Wyrwaka rozciąga się szeroki widok na Góry Izerskie) Miałam tez bardzo bliskie spotkanie z trzmielem, który mi na nosie usiadł. Czyżby tak się Flins objawił?
Do domu wróciłam główną drogą, bo już czas było na obiad.
Pieszy spacer na Skałki Zakochanych
Zacznijmy od tego, że Ślubny ma alergię na hasło „pójdziemy w góry”. Ledwo zająknęłam się, że czas zacząć chodzić, jeśli wiosną chcemy Śnieżkę zdobyć, a on się rozchorował. I to na poważnie: kaszel, katar, stan podgorączkowy.
No to wzięłam psa i poszłam posnuć się po łąkach i lesie. Snułam się nieziemsko. Najpierw łąkami do wsi, potem w górę bez ścieżki na szczyt bezimiennej górki nad wioską. Tej samej która kryje ruiny nieistniejącej osady o nazwie Przedmieście Gryfowskie oraz pozostałości po górniczej historii Gierczyna. Odkryłam starą studnię, usiadłam pod brzozami. W końcu ruszyłam na Zamkową Górę. Ruiny dawnego schroniska minęłam tym razem dolnym duktem, a nie główną aleją. Na Skałki też drapałam się od strony dawnej kopalni.
A kawę piłam pod wisząca skała, czyli na zachodnim stoku
Zamkowej, tam gdzie ponoć stał niegdyś zamek rycerzy rabusiów.
Po pikniku powędrowałam na szczyt Góry Zamkowej( nie lubię nazwy Kocioł) a potem Modrzewiową Drogą wróciłam do domu.
Co słychać w ogrodzie?
Zaczęłam post od chwastów, więc i chwastami skończę, czyli pracami w ogrodzie. Nauczona doświadczeniami ubiegłych lat nie spieszę się z sianiem i sadzeniem, ale ogród kwiatowy posprzątałam, ogrody wróżek przygotowałam do zasiedlenia przez magiczne stworki. Muminki ustawiłam w dolinie. Tylko smerfy jeszcze nie znalazły swojej wioski i są bezdomne. Muszę przemyśleć, gdzie umiejscowię kolejny bajkowy zakątek.
I tak właśnie mija mi początek marca. Mam jeszcze trochę
innych blogowych zaległości, ale może w końcu się zawezmę i uzupełnię wpisy.














Brak komentarzy:
Prześlij komentarz