Ach! Cóż to była za Wielkanoc!
Tegoroczne święta trwały w Domku pod Orzechem prawie tydzień, bo pierwsi goście pojawili się w środę wieczorem, a odjechali we wtorek po południu. I powiedzmy sobie szczerze: TAKICH gości jeszcze nie mieliśmy!
Rodzinna Wielkanoc
O ile nie lubię Bożego Narodzenia, o tyle Wielkanoc uwielbiam. I chyba mojej rodzinie na miłość do Wielkanocy się udziela, bo już w lutym najbliżsi zaczęli zaklepywać sobie miejsca w Domku pod Orzechem. W efekcie pierwszy raz od naszej przeprowadzki w góry spotkaliśmy się w pełnym rodzinnym gronie. Przyjechały wszystkie nasze dzieci z rodzinami i jeszcze jedna z naszych przyszywanych córek ( to tez jakiś rodzaj tradycji, że w Wielkanoc któreś z naszych licznych dodatkowych dzieci spędza z nami święta)
W środę wieczorem przyjechała Gui z Małą M. i Julią (swoją przyjaciółką, a naszym przyszywanym dzieckiem) , w piątek w porze obiadowej nadjechał Piotr z rodzina i Chuda z Krzysiem. A w Lany Poniedziałek pojawił się jeszcze Maciej, mąż Gui. I tak mieliśmy najwspanialsza Wielkanoc, jaką sobie można wymarzyć. Było głośno, gwarno, radośnie i bardzo rodzinnie.
To właśnie z myślą o takich uroczystościach szykowaliśmy
pokoje gościnne. Z jednej strony mogliśmy spędzać czas wspólnie, ale jeśli ktoś
potrzebował chwili dla siebie, to nasze pokoje na poddaszu to gwarantują.
Aktywności świąteczne
Pierwsze dni spędziliśmy na dekorowaniu podwórka, spacerach i rozmowach. Od piątku zrobiło się intensywnie.
Razem z wnuczkami upiekłyśmy mazurki i ciastka ( jajek nie chciały już malować) , za to świetnie bawiły się na placu zabaw.
W sobotę niczym wielka włoska rodzina rozsiedliśmy się w gierczyńskiej kawiarni, którą wcześniej sobie zarezerwowaliśmy.
Po południu skorzystaliśmy z ładnej pogody.
Były spacery w podgrupach, a wieczorem tradycyjne wielkosobotnie ognisko.
Niedziela była szalona. Najpierw śniadanie wielkanocne w naszej izbie, potem poszukiwania prezentów wśród kwiatów i krzewów naszego ogrodu.
Wszyscy mieliśmy przy tym mnóstwo zabawy.
Na kawę i ciasto pojechaliśmy … nad Kwisę. Tu każdy znalazł sobie wymarzoną aktywność: jedni wygrzewali się na słońcu, inni zajadali słodkościami. Gui z Julką oddawały się pasji fotograficznej, a Chuda, Agata i ja spełniałyśmy się w roli nimf i kąpałyśmy się w lodowatym nurcie rzeki.
A wieczorami graliśmy w planszówki i karcianki. No pięknie
było!
Lany Poniedziałek był mokry. Nawet chwilami bardzo, za
sprawą Krzysia i dziewczyn, które postanowiły się odegrać na moim zięciu za Śmigus
dyngus. A potem nastąpiła „wymiana turnusu” Piotr z Agatą i Panną M. wyjechali jako
pierwsi, bo też mieli do pokonania najdłuższą trasę. Chudą, Krzysia i Julię
zatrzymaliśmy na obiedzie i kawie, bo chcieliśmy, by i Maciej poczuł ten
rodzinny świąteczny klimat.
I dopiero we wtorek zrobiło się cicho. Bardzo cicho.
Piękne to były święta…
I jeszcze kilka słów o gotowaniu. Bo powiedzmy sobie szczerze, przez kilka kolejnych dni karmiłam mnóstwo osób o bardzo różnych preferencjach żywieniowych.
Przed przyjazdem Gui miałam już usmażone schabowe i udka kurczaka, przygotowane rolady wołowe i pieczeń wieprzową.
Przygotowane 3 rodzaje wegańskich kotlecików: z soplówki jeżowatej, warzywnych oraz z fasoli, grochu i wędzonych grzybów leśnych oraz pasztet wegański z mniszkiem lekarskim i wege białą kiełbasę do żurku.
Był też rosół, biała kapusta zasmażana i czerwona kapusta. Buraczki oraz warzywa w occie miałam zawekowane, posiłkowałam się też mrożonkami.
W czasie świąt jedynie gotowaliśmy ziemniaki i makaron.
Z tradycyjnych potraw wielkanocnych były jajka w kminku, śląski żur na zakwasie, jajka w burakach oraz jajka w curry.
A Ślubny z Gui i Małą M. przygotowali miskę sałatki jarzynowej.
Agata i Chuda przywiozły serniki.
Był też domowy chleb, wędzone szynki i sery.














Brak komentarzy:
Prześlij komentarz