
Do domu wróciłam o nieprzyzwoitej porze- zazwyczaj w tym czasie bywam w pracy. Ale nie dziś. Dlaczego? Bo dzisiaj moja szefowa "wygoniła" mnie do domu. Na początku nie bardzo wiedziałam dlaczego. No niby poskarżyłam się, że zmarzłam w najcieplejszym w szkole gabinecie (uczniom zabroniłam otwierania okien i zakręcania kaloryferów), a lodowate palce zaczęły cierpnąć, ale to przecież nie powód, żeby od razu iść do domu. Przecież wystarczy zrobić sobie gorącej herbaty i jakoś dotrwać do 15.00. Skoro jednak nalegała... zrobiłam najpilniejsze rzeczy i pojechałam.
Z jakiegoś powodu zasapałam się podjeżdżając rowerem pod blok, no ale może wiało (bo przecież wiało mocno). Szefowa kazała leżeć. Tom się położyła. wstałam, gdy wrócił Ślubny. Wtedy też postanowiłam poszukać kapci, które najspokojniej na świecie leżały na wycieraczce pod lustrem. Pochyliłam się nad nimi i... spojrzałam w lustro... Wyglądałam tak jak na załączonym obrazku...
i przestałam się dziwić szefowej.