środa, 9 maja 2018

(nad)aktywna majówka

Jedni mają Majówkę, inni zaczynają maraton w pracy w sobotę 28 kwietnia i kończą go we wtorek 8 maja. Z przerwą 1 i 3 maja - bynajmniej nie na odpoczynek. Efekt jest jeden - wolną środę spędziłam w domu malując paznokcie i pijąc koktajl z pokrzywy. Ale co przeżyłam - to moje... a trochę tego było. Nie będę Was wprawdzie zasypywać historiami o klientach w markecie budowlanym (chociaż jakbym zaczęła to zapisywać, to całkiem spory zbiór anegdot mogłabym już przedstawić), ale opowiem, jak spędziłam ten dłuuugi (acz za krótki) tydzień. 
Krzyś przyjechał do mnie w poniedziałek wieczorem po pracy. Wypakowaliśmy auto, znaleźliśmy miejsce dla jego 10 par butów (co nie było takie łatwe przy moich 50), obgadaliśmy plany na kolejne dni i poszliśmy spać, by 1 maja móc wstać dość wcześnie. Śniadanie (moje chłopię przekonało się do owsianek), pakowanie rowerów i fruuu - kierunek Pieszyce. Na miejscu wypakowanie, szybkie ogarnięcie i jedziemy w górę - kilka razy podjazd pod Przełęcz Jugowską, która może się jednak znudzić - wówczas na urozmaicenie kółko po okolicy - Sokolec z szybkim zjazdem (powyżej 60 km/h) i Walim z prześliczną, ale trzęsącą kostką. A później jeszcze trochę Jugowskiej. Parę przerw na zdjęcia, postój na Grześki i Colę, w drodze powrotnej przystanek na stacji benzynowej po hot-dogi. 
Środa leniwa - ja po południu w pracy, Krzyś znów w Pieszycach. Ale, ale... Wszyscy grillują, to my też! Szybka decyzja - kupujemy jednorazowy grill, jakieś mięsko i idziemy do parku (we Wrocławskich parkach można grillować, z informacji, jakie udało mi się znaleźć - tylko operator grilla musi być trzeźwy, a uczestnicy zabawy nie zakłócać porządku). W pobliskim parku ciemno, pusto i klimatycznie. Do późnej nocy przewracaliśmy karkówkę na ruszcie rozkoszując się wspólnie spędzonym czasem. 

3 maja mieliśmy wstać wcześnie, bladym świtem ruszyć do Pieszyc, zdążyć jeździć przed burzą, a później coś jeszcze pozwiedzać Mieliśmy. Wstaliśmy po 9, na miejsce dojechaliśmy późnym przedpołudniem. Na pierwszym podjeździe złapał nas przelotny deszcz, ale nie daliśmy się mu - kilka razy podjechaliśmy pod Przełęcz Jugowską, która po dwóch dniach i 150 km zaczęła mnie już nudzić. Na szczęście na razie nie mamy jej ponownie w planach. 
Po niecałych trzech godzinach stwierdziliśmy, że czas ruszyć dalej. Krótki postój na Orlenie i jedziemy do...Wałbrzycha! Od dawna chciałam już zobaczyć to miasto. A gdy dowiedziałam się, że starą, zamkniętą kopalnię postanowiono przerobić na centrum kultury moja ochota, by zobaczyć to miejsce jeszcze wzrosła. Kopalnię zwiedziliśmy tylko z zewnątrz - ze względu na zbyt lekkie ubranie nie zdecydowaliśmy się na zwiedzanie wraz z zejściem pod ziemię - jeszcze będzie okazja, szczególnie, że i zamku Książ nie odwiedziliśmy. Zawitaliśmy za to na wystawę sztuki kinetycznej "PORUSZONE - ZAWIESZONE" składającą się z eksponatów poruszających się, wydających dźwięki, zmieniających ogląd i obraz rzeczywistości. W dodatku pozwalających na interakcję - czasem trzeba było pchnąć zacięty mechanizm, innym razem należało nakręcić kołowrót z odważnikiem - coś niesamowitego. 
Później jeszcze spacer po Rynku i jego okolicy - niezwykle urokliwej! 
A w drodze powrotnej decyzja, że idziemy jeszcze do kina, bo lecą kolejni Avengersi (o tym w kolejnym wpisie). Piątek spędziłam do południa w kuchni, Krzyś w tym czasie sprzątał, później pozwiedzał Wrocław, gdy ja spędzałam popołudnie w pracy. Podobnie, jak sobotę, gdy On ścigał się na Klasyku Annogórskim. 
Poza tym wszystkim jedliśmy dobre rzeczy, oglądaliśmy filmy, chodziliśmy do pubu na mecze, trzymaliśmy się za ręce, śmialiśmy się w głos. Nie pozabijaliśmy się spędziwszy ze sobą tyle czasu po raz pierwszy. To dobrze rokuje na przyszłość. ;) 

A w temacie dobrych rzeczy, które jedliśmy - dostałam się do programu TRND i testuję Zottarellę - mozzarellę od firmy Zott. Co, jak co, ale ten rodzaj sera uwielbiam. Mogłabym jeść go ot tak, po prostu - odkrawać i jeść. Ale czasem warto się powstrzymać. W ciągu tego tygodnia mozzarella gościła w sałatkach i daniach inspirowanych kuchnią włoską. I o ile przepis na lasagne mam z internetu, o tyle sałatka jest moja "autorska" - wprawdzie banalna, więc nie roszczę sobie do niej praw, ale, dla mnie, idealna - zarówno jako obiad do pracy, jak i przekąska do grilla.

Składniki:
rukola i roszponka (po dużej garści liści)
Ziarna słonecznika i dyni (lub mieszanka ziaren do sałatek)
Pomidorki koktajlowe
Kulka Zottarelli (lub dowolnego innego sera, który lubimy)
Sos:
Sok z połówki cytryny, tyle samo oleju roślinnego (u mnie słonecznikowy)
Zioła (mogą być suszone): tymianek, koper, bazylia
Sól, pieprz ziołowy
W misce wymieszać najpierw składniki sosu, następnie dodać pokrojone na ćwiartki pomidory, grubo pokrojoną zieleninę i ser. Wszystko wymieszać. Najlepiej smakuje po odstaniu dwóch-trzech godzin w lodówce. 

1 komentarz:

Joanna Kołpak pisze...

Wow, nie dałabym rady wjechać nawet kawałka na rowerze pod górę. Niezła kondycja.