wtorek, 12 listopada 2019

Wędrując po najbliższej okolicy- dookoła Górnego Gierczyna

Listopad potrafi mile zaskoczyć pogodą. I choć początkowo prognozy nie zachęcały do wędrówki po górach, niedziela okazała się dniem pogodnym i przyjemnym. Nie miałam sprecyzowanych planów. Po prostu iść się powłóczyć po Górach Izerskich w rytmie slow, a w moim wypadku zawsze oznacza to podejście w kierunku Blizbora, czyli spacer dookoła komina

Łąki nad Górnym Gierczynem

Z domu wyszłam przed dziesiątą, gdy listopadowe słońce zaczęło topić szron osiadły na pożółkłej trawie izerskich łąk. Pies szarpał się do przodu, więc i ja szłam raźnie w kierunku lasu na Blizborze. 
Szybko jednak zrezygnowałam z tego kierunku- w cieniu było jeszcze mroźno, a ja potrzebowałam słońca. Szłam więc na granicy cienia, tak by przedpołudniowe słońce ogrzewało mnie. Tym sposobem strawersowałam Blizbor i dotarłam do najwyższych zabudowań Górnego Gierczyna. Ze zdziwieniem zauważyłam, że w nowoczesnym domu na zboczu panuje ożywiony ruch. Zazwyczaj, ta weekendowa chatka w górach stoi pusta, teraz biegały wokół psy i dzieci. Okrążyłam ją granicą lasu, by nie naruszać spokoju mieszkańców. Tak dotarłam do mojego ulubionego miejsca tej części wsi: ruin najwyższych domostw. Postałam chwilę na kamiennych murkach porośniętych żywą roślinnością i pomyślałam o dawnych mieszkańcach. Kim byli? Czym się zajmowali? Czy zachwycał ich widok z okna? 

Źródliska Czarnotki

Poniżej ruin płynie środkowy potok zasilający Czarnotkę. Dolina strumienia jest zaskakująca: koryto ledwo ciurczącego cieku obudowane zostało dwumetrowym kamiennym murem i stopniami wodnymi! Jakże rwący musiał być to kiedyś strumień! Teraz dnem ledwo sączy się woda. Po kamieniach przeszłam na drugą stronę i wspięłam się na garb dzielący dwie odnogi Czarnotki. Starym kamiennym duktem doszłam do kolejnego cieku, który zasila zachodni strumyczek. przeskoczyłam bagnisko i znalazłam się na współczesnej leśnej drodze. A raczej rozjeżdżonym przez ciężki sprzęt pracujący w lesie dawnym trakcie. Głębokie koleiny zapełnione były brudną lepką mazią. Na szczęście środkowa część drogi pozwalała bezpiecznie iść przed siebie. 
W czasie poprzedniej bytności tutaj spłoszyły mnie odgłosy myśliwskiego polowania. Tym razem postanowiłam sprawdzić, dokąd mnie poprowadzi droga. Domyślałam się, że jak wszystkie tego typu leśne trakty skończy się na górnym asfalcie, choć nie przypominałam sobie, bym tam podobną drogę widziała. I słusznie, bo tam, gdzie cieknie najbardziej na zachód położony dopływ Czarnotki, dukt nagle skręcił i oto już nie trawersowałam Barwnej lecz stanęłam na zboczach Zamkowej. Stało się zatem jasne, że wyjdę na polanie przy ruinach najwyższych zabudowań Kotliny. 

Na Zamkowej Górze

W starej kopalni
Stojąc na wprost ruin pierwszych zabudowań, tego wielkiego pensjonatu, którego światła pamiętam z dzieciństwa, zastanawiałam się, co dalej. Stojące na parkingu samochody wskazywały, że w ruinach Kesselschlossbaude i na Skałkach Zakochanych są ludzie, a ja lubię w swoich górach pustkę, skierowałam się zatem w lewo asfaltem do zbiornika przeciwpożarowego. Po drodze skręciłam jednak do dawnej kopalni. Nagie granitognejsy poprzecinane kwarcowymi żyłami zachwyciły mnie jak zwykle. Nadal jednak nurtuje mnie pytanie, czego tu szukano, co znaleziono? Granaty? Rudę cyny, czyli kasyteryt? Pomyszkowałam po wyrobisku, zobaczyłam kolejne nielegalne wysypisko śmieci i wróciłam na asfalt. Nim dotarłam do skrzyżowania przy zbiorniku wodnym. I tu na kolejnym rozdrożu nie miałam już dylematu: ruszyłam ledwo widoczną drogą wiodącą na szczyt Zamkowej.
Kobieta po 50 ;)
 Na tej krzyżówce to jedyna niewyasfaltowana ścieżka, więc wybór był oczywisty. Chwilę później stałam na szczycie. Mogłam usiąść na belkach popadającej w ruinę ambony myśliwskiej, napić się kawy i posilić. Towarzyszące mi w górach psy: Gringo i Riko dostały psie przysmaki i przez chwilę odpoczywaliśmy, obserwując krążącą nad nami parę kruków. Niestety sielankę przerwał huk motorów jadących doliną. 


Tajemnice Zamkowej Góry

Ze szczytu schodziłam bez szlaku, zastanawiając się po raz nie wiem który, gdzie znajdowała się legendarna średniowieczna warownia, której ruiny zaznaczone są jeszcze na dziewiętnastowiecznych mapach.
Riki i Gringo nieodłączni towarzysze wędrówki
 Zamiast niej, odkryłam wielką dziurę w ziemi, czyli pozostałość po sztolni. Z lasu wyszłam wprost na Skałki Zakochanych. Riko pobiegł je pozwiedzać, ja zaś wypatrzyłam niewielką wychodnię skalną poniżej i to na nie usiadłam, by podziwiać widoki na Pogórze i dopić resztę kawy z termosu. Siedząc tak, rozmyślałam nad wszystkimi tajemnicami Zamkowej Góry. To niesamowite, ze ten niewielki, mało znany szczyt na peryferiach Kamienickiego Grzbietu kryje jeszcze tyle nieodkrytych i ciekawych miejsc. Pewnie wrócę tu niedługo, by jeszcze trochę pokręcić się po Zamkowej i zebrać w jedno wszystkie te tajemnice góry. 
Z widokiem na Blizbor
Zbliżała się pora obiadowa, więc bez ociągania, choć jeszcze pełna listopadowej zadumy przeszłam aleją wśród ruin niemieckiego schroniska i chwilkę postałam na punkcie widokowym, na którym zmotoryzowany podziwiacz widoków siedział w aucie i przez szybę patrzył na panoramę Pogórza Izerskiego. A potem zeszłam do wsi, wdrapałam się na zbocza Kufla i gdy Ślubny zrywał zieloną pietruszkę do obiadu stanęłam przed Domkiem pod Orzechem.
To była kolejna przyjemna piesza wycieczka po Górach Izerskich. 

Sensacja i kryminał do 55% taniej
Lubicie moje spokojne wędrowanie?
Zapraszam na pozostałe posty o wędrówkach po Górach Izerskich:

35 komentarzy:

  1. Listopad mnie również zaskoczył pogodą ;) trzeba korzystać póki można.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niezmiennie bardzo Wam zazdroszczę, że mieszkacie w takich pięknych okolicach. Często jeżdzimy w tamte rejony - i żałujemy, że nie możemy mieć ich bliżej na co dzień.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bym się wybrała na taką wycieczkę :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie no pięknie! I z domku pod orzechem taki spacer jest na wyciągnięcie ręki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie to jest najlepsze! Góry na wyciągnięcie ręki.

      Usuń
  5. Z utęsknieniem czekam na wycieczkowe wpisy, bo albo znajdziesz coś nowego, albo pójdziesz inną trasą niż zawsze - ale to w sumie duży plus naszych gór i pogórza - można wędrować po prostu przed siebie. Izerskie 200-300 lat temu - to dopiero musiała być szkoła przetrwania. Te ruiny chat na samej górze, gdzie pewnie docierała ledwo widoczna zabłocona droga, wszędobylska wilgoć i chłód, a do tego praca w kopalniach i wyrobiskach. Brrr :D Dobrze, że te miejsca nie są jeszcze tak popularne turystycznie - albo inaczej - wydaje mi się, że kopalnia i ścieżka w Krobicy wystarczą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chodzenie alternatywne to moja specjalność. Mam wrażenie, że gdy zaczynam wyczuwać ślad własnych butów, natychmiast zmieniam drogę. A dzięki temu za każdym razem widzė coś nowego. Co do ruin w górnej części, to może być też tak, że mieli kamienny dobrze utrzymany dukt i wodę w strumieniu na wyciągnięcie ręki. Ale życie było trudne, bo zimy mroźniejsze. Lud tu jednak był twardy i do takich warunków i do ciężkiej pracy przywykły, no i do roboty mieli blisko 😂 tak, patrząc na śmieci przy punkcie widokowym, potwierdzam:dobrze, że nie ma tu więcej atralcji turystycznych.

      Usuń
  6. Też lubię odkrywanie starych miejsc, opuszczonych osad, śladów ludzkich; na Twoim Pogórzu, Aniu, tyle ukrytej historii, o której nie mam bladego pojęcia, więc czytam z ogromną ciekawością; czyżby na obiad był rosołek posypany zieloną pietruszką? pozdrawiam serdecznie:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, Mario, sama odkrywam dopiero te niesamowite miejsca. A na obiad był kurczak, surówka z kapusty, purre z ziemniaków i to do niego Ślubny potrzebował pietruszki (to jego popisowane danie ;) )

      Usuń
  7. Dobrego masz Ślubnego, że Ci obiad gotuje, gdy Ty sobie po lesie biegasz.:))) Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Większośc obiadu przygotowałam wcześniej, jemu pozostały ziemniaki.

      Usuń
  8. Dobrze masz, Aniu, mając możliwość wyjść wtedy, gdy widzisz, że pogoda odpisuje, i nie musisz żałować powrotu, skoro jutro czy pojutrze znowu będziesz mogła pójść. Takie parogodzinne wędrówki mam za lepsze od całodniowych, skoro nie męczą tak mocno, no i świeższy umysł może więcej poczuć.
    Tylko pozazdrościć.
    A skąd Ślubny brał zieleninę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, mam dobrze ;) A zielenina z ogrodu , przeież mam już całkiem spore grządki :)

      Usuń
  9. Cudowna masz te okolice, aż się chce wyjść z domu na spacer 😊

    OdpowiedzUsuń
  10. Chętnie wybrała bym się z Tobą na taki spacer. Otoczenia natury dobrze na mnie działa

    OdpowiedzUsuń
  11. Piękne widoki, aż chce się biec na spacer :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Mieszkasz w naprawdę ślicznej okolicy i jakie masz zacne towarzystwo :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Fajnie jest sobie tak potuptać... tylko to dzikie wysypisko 🤬

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, daj spokój, ilość śmieci w okolicy jest porażająca!

      Usuń
  14. cudne widoki, uwielbiam takie wędrówki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to jak już będę miała skończone pokoje na poddaszu, koniecznie musisz mnie odwiedzić.

      Usuń
  15. Zajrzałem tutaj jeszcze raz, teraz inaczej, bo przecież niektóre miejsca widziałem parę dni temu. Teraz są bardziej swojskie.

    OdpowiedzUsuń
  16. Widoki piękne, jesień przyjmą. Ja na kilka miesięcy zmuszona jestem mieszkać w Szczytnie, tu jesień też piekna

    OdpowiedzUsuń