środa, 1 grudnia 2021

Gravelova jesień. Bory Dolnośląskie 2021, czyli jak mnie przekonać, żebym w listopadzie wyszła spod koca

 Gdy temperatura za oknem spada poniżej 10-15 st. raczej niechętnie wychodzę na rower na zewnątrz. Szczególnie, gdy kończę pracę o 16 w nocy i za oknem widzę mrok. Czasem jednak nadarza się okazja, by na rower jednak wyjść. Tak było i tej niedzieli...

Fot: Endurowo 

Jakiś czas temu organizatorzy Gravmageddonu rzucili hasło, ze pod koniec listopada szykuje się okazja do spotkania w pięknych okolicznościach przyrody Borów Dolnośląskich. Na początku puściłam tę informację bokiem, później jednak w moim pokoju zawitał nowy gość – wymarzony rower MTB i nogi aż mnie świerzbiły, by wypróbować go nie tylko na okolicznych polnych drogach. Zaczęłam więc wyglądać konkretów w sprawie zapowiedzianej imprezy.

„Gravelova jesień. Bory Dolnośląskie 2021” to impreza zorganizowana przez Powiat Bolesławiecki w ramach projektu „Wyścigi na pograniczu Polska – Czechy – poznajemy się przez sport”. Do wyboru uczestników były dwie trasy i trzy dystanse – trasa turystycznego rajdu oraz trasa wyścigu na dystansie 22 km i 60 km. Dłuższy czas wahałam się, który dystans wybrać, w końcu jednak padło na dłuższy wyścig.

Fot: Endurowo 

W niedzielny poranek wstaliśmy więc nieprzyzwoicie wcześnie i po zrobieniu kanapek i herbaty do termosu spakowaliśmy się do auta wraz z goszczącą u nas tego dnia Izą. Czekało nas półtorej godziny drogi – w większości zupełnie prostej, wiodącej autostradą. Około godziny 9 byliśmy już w Krępnicy, gdzie usytuowana była baza imprezy – z daleka widać było metalowe barierki zabezpieczające część trasy, dmuchaną bramę na linii startu/mety, namiot z biurem zawodów. Gdy tylko wysiadamy z samochodu wita nas Mariusz – organizator. Krótka rozmowa i już leci dalej – witać kolejnych zawodników, odpowiadać na pytania. Nietrudno odnieść wrażenie, że zna właściwie wszystkich, którzy zjawiają się w miejscu startu.

Meldujemy się w biurze zawodów, montujemy numery startowe, przebieramy się, ogarniamy powoli. Dopytuję o szczegóły trasy i jej oznakowania, chwilę się rozgrzewam i o godzinie 10 ruszam na trasę – przede mną 5 pętli. Na tym samym dystansie stratuje jeszcze jedna kobieta – na innym typie roweru, więc nie konkurujemy ze sobą, jesteśmy w dwóch różnych kategoriach. Trasa w całości wiedzie drogami przejezdnymi dla samochodów, nie mam więc obaw związanych z wyprzedzaniem mnie przez innych zawodników – miejsca jest dość. Marzną mi dłonie i trochę się martwię, czy nie mam za cienkich rękawiczek, ale gdy ruszam szybko robi mi się ciepło.

Fot: Endurowo 

Pierwszy odcinek trasy wiedzie przez las, w kilku miejscach droga robi się piaszczysta i na pierwszym okrążeniu jadę tam bardzo ostrożnie pilnując sytuacji przed sobą. Kilkukrotnie zawodnikom przede mną ucieka koło, mi też się to przytrafia, ale obywa się bez wywrotek. Po ostrym zakręcie w lewo wypadamy an otwartą przestrzeń rozległego wrzosowiska. Jest szaro, a wrzosy dawno już przekwitły, ale widok i tak robi na mnie ogromne wrażenie. Mam wrażenie, że to miejsce opisywała autorka książki „Lilana”. Rodzi się we mnie postanowienie, by wrócić tam w czasie kwitnienia wrzosów, najlepiej w słoneczny dzień, gdy okoliczne sosnowe lasy będą pachnieć rozgrzaną żywicą.

Drogi są tu jasne, przecinają wrzosowisko w kilku kierunkach, miejscami robią się zdradliwe, gdy zaskakują zawodników nagłą łachą piasku. Zaczynają mnie wyprzedzać zawodnicy z krótszego dystansu, którzy startowali parę minut później. Najpierw czołówka, później Krzyś. Wyprzedza mnie, następnie jadącą nieco z przodu drugą z zawodniczek na tym dystansie i...wykonuje malowniczy fikołek wokół własnego roweru. Na mecie dowiem się, że wylądował na...twarzy. Szybko zbiera się z ziemi i jedzie dalej.

Fot: Endurowo 

Trasa wiedzie pod niewielkie piaszczyste wzniesienie – wzorem innych zawodników podjeżdżam je bokiem, na zjeździe jednak reaguję zbyt wolni i lądują w głębokim sypkim piachu – zeskakuję z roweru i przepycham go parę metrów, aż grunt na powrót nie stanie się bardziej pewny. W tym momencie chyba zamykam stawkę na długim dystansie. Czeka mnie jeszcze jeden króciutki podjazd, zjazd po wrzosach i z przodu wyraźnie widać już ścianę lasu. Tam czeka najdłuższy na trasie podjazd – nic strasznego, ale miejscami piach, więc pięciokrotnie mam poczucie, ze nie podjeżdżam, a wczołguję się na górę. Na szczęście rower sprawdza się doskonale – nie brakuje mi przełożeń, opona się nie ślizga. Mam chyba trochę za mocno nabite opony, więc obija mi tyłek, ale mimo to jest naprawdę dobrze. Ostatni kawałek przed metą to szeroki równy szuter, na którym można się znowu nieco bardziej rozpędzić. Przejeżdżam przez linię startu/mety i ruszam na drugie okrążenie, przejeżdżam las, wjeżdżam na wrzosowisko i widzę idącą z naprzeciwka zawodniczkę – guma uniemożliwia jej dalszą jazdę. Zostałam jedyną kobietą na długim dystansie.

Cztery okrążenia robię bez przygód – wiem kiedy jest spokojniejszy fragment, gdzie można coś zjeść, wypić, wiem, kiedy muszę się skupić na drodze. Rower kilkukrotnie tańczy mi w piachu, ale udaje mi się nie zaliczyć żadnej gleby. Wiem też, jak jechać, by nie musieć przepychać roweru przez kopny piach, więc poza sytuacją z pierwszego okrążenia przejeżdżam całość. Na ostatnim okrążeniu zaczynam odczuwać już wyraźnie dyskomfort związany z przemarzniętymi stopami. 3 godziny w temperaturze bliskiej 0st., to jednak dużo jak na kolarskie buty – nawet pod ochraniaczami. Odliczam już kilometry do mety. Ostatnie kilka zaczyna mi się dłużyć – mam wrażenie, że powinnam znać już każdy zakręt na tej trasie (bo i nie było ich specjalnie dużo), ale jedzie mi się długo. Z ulgą witam szutrową drogę do mety. Jadę środkiem – za mną jest już tylko jeden zawodnik, który raczej nie będzie mnie wyprzedzał – najlepsi finiszowali zanim ja wjechałam na ostatnią pętlę.

Fot: Endurowo 

Przekraczam linię mety – czekają na mnie Krzyś i Iza. Najpierw idę się przebrać – zdejmuję przepoconą bluzę i koszulkę, zmieniam na suche, na spodnie wciągam dres, zakładam suchą czapkę. W międzyczasie dowiaduję się, że Krzyś, mimo upadku, wygrał w swojej kategorii na krótszym dystansie – miał startować ze mną, ale ze względu na niezachęcające prognozy pogody (zapowiadano opady śniegu) przepisał się na krótszy. Idę na makaron i gorącą herbatę, za parę minut ma się rozpocząć dekoracja zwycięzców dłuższego dystansu.

Uścisk dłoni starosty, ostatnie pamiątkowe zdjęcia, żegnamy się ze znajomymi i pakujemy się do samochodu – jest zimno, ale nie pada. Śnieg zacznie sypać dopiero, gdy będziemy na autostradzie, a Wrocław przywita nas pod białą pierzynką. Do domu wracamy zmęczeni, ale tak przyjemnie. Krzyś nieco bardziej przemarznięty niż ja – czekał na mój przyjazd 2 godziny. Jesteśmy też bogatsi o kolejne elementy bolesławieckiej rowerowej ceramiki spod szyldu United Colors of Cycling – nie dość, że otrzymaliśmy piękne zestawy za pierwsze miejsca, to jeszcze KAŻDY uczestnik otrzymywał pamiątkowy kubek. Od dziś rowerową mam nie tylko małą kawę, ale i herbatę.

Fot: Endurowo 

Jeśli celem imprezy było propagowanie aktywności na świeżym powietrzu, to w odniesieniu do mnie cel został osiągnięty – trzeba mnie naprawdę dooobrze zachęcić, żebym w listopadzie uprawiała sport na dworze. Jeśli celem była promocja powiatu bolesławieckiego – też się to organizatorom udało – na wrzosowiska, przez które wiodła trasa wyścigu zdecydowanie będę chciała wrócić w porze ich kwitnienia. Nawet teraz – zbrązowiałe i kruche, obleczone szarością, a nie słońcem wyglądały niesamowicie. Nie bywałam dotychczas zbyt często na imprezach MTB, nie wiem, może taka jest na nich norma, ale mogę śmiało powiedzieć, że jeśli chodzi o poziom organizacji, to "Gravelova Jesień. Bory Dolnośląskie 2021" zdecydowanie zajmuje miejsce w mojej czołówce. 


Pełna galeria od Endurowo dostępna TUTAJ 

12 komentarzy:

  1. w moim mieście też organizowane są wyścigi, ale nie na takich pięknych trasach

    OdpowiedzUsuń
  2. Super że każdy uczestnik otrzymał pamiątkowy kubek, fajnie mieć taką pamiątkę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przyznam, że w listopadzie, grudniu i styczniu, raczej bym się nie zdecydowała na uprawianie sporu na świeżym powietrzu, ale przykładowo syn nie miał z tym problemu, grał w tenisa przez cały rok. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Według nas nie ma złego czasu na uprawiane sportu. Trzeba tylko odpowiednio przygotować sprzęt.

      Usuń
  4. Czytając pierwsze zdania pomyślałem, że Ania inaczej pisze. Po chwili puknąłem się w czoło: przecież to Czesia!
    Listopad już za nami. Grudzień minie jeszcze szybciej. Za szybko.
    Zapytałem wujka Google, co to jest MTB, bo o rowerach wiem tyle, że mają pedały, a nie silnik. Rozumiem, że miałaś szerokie opony? Spodziewałbym się też szerszej kierownicy – czy tak jest?

    OdpowiedzUsuń
  5. Kochamy Bory Dolnośląskie - ale do tej pory raczej po nich spokojnie spacerowaliśmy ;) Zainspirowaliście nas, następnym razem wybierzemy się tam na rajd rowerowy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że Bory Dolnośląskie, podobnie jak cały Dolny Śląsk, to rewelacyjne miejsce na wycieczki rowerowe.

      Usuń
  6. U nas też od czasu do czasu organizowane są imprezy dla sportowców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetnie, że zwraca się uwagę na zdrową rekreację połączoną z rywalizacją.

      Usuń
  7. Super akcja z tą aktywnością. Wielkie brawa!

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetne przedsięwzięcie. Na pewno można na takie się zdecydować.

    OdpowiedzUsuń