Tym
razem Khalo, nie kot.
Na
wystawę „Frida
Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst” planowałyśmy wybrać się
jak tylko pojawiła się informacja na jej temat. Pierwotnie
rozmawiałam z mamą, ostatecznie pojechałam z Marzenką, bo mama
nie mogła. Pierwszy z planowanych styczniowych terminów musiałyśmy
przesunąć, gdyż bilety internetowe przestały być już dostępne,
a nie chciałyśmy jechać w ciemno. I tak na wystawie zjawiłyśmy
się na trzy dni przed jej zakończeniem czyli 18 stycznia. Jak się
okazało był to chyba najgorszy możliwy termin tej zimy. Bo zima
była właśnie wtedy. Pociąg do Poznania miał godzinę opóźnienia
i z ulgą odetchnęłyśmy, że wybrałyśmy wcześniejsze
połączenie, które dawało nam dwie godziny zapasu, gdyż bilety na
wystawę kupowane były na konkretną godzinę wejścia. Historią
świata była jednak dopiero podróż powrotna. W pociągu zamiast
trzech spędziłyśmy...pięć godzin. I nie można powiedzieć, że
pociąg przez te 5 godzin jechał. Z powodu remontu torowiska i
opóźnienia złapanego już od początku staliśmy np. 40 minut
przed samym Lesznem. Było to o tyle przykre, że w domu byłam przed
północą, a o czwartej wstawałam do pracy.