środa, 12 grudnia 2012

kino nie do końca rodzinnie.

Dziewczyna mojego brata, czyli A., ma szczęście - wygrała dwie wejściówki do Multikina na "Listy do M." w ramach Kina na obcasach, więc brata mojego na seans zabrać nie mogła. Bilety chciała mi oddać, ale zaproponowałam, żebyśmy we dwie wybrały się do kina, na co przystała. Pewnego przedzimowego wieczora wybrałyśmy się więc razem na film.
W ramach Kina na obcasach ( o czym nie wiedziałyśmy) nie wyświetla się od razu filmu, najpierw odbyła się krótka rozmowa z panią z jednego ze szczecińskich SPA, podczas której A. wygrała zaproszenie na zabiegi, następnie zorganizowane zostały jeszcze dwa szybkie konkursy, oraz niewielkie losowanie. A. tym razem zdobyła pendrive, a ja zestaw upominkowy od Pachnącej Szafy. Ponadto wszystkie panie obdzielone zostały próbkami kosmetyków, produktów zapachowych oraz słodyczy.
Dopiero wówczas rozpoczął się film. Film dość dobrze już znany, emitowany bowiem w kinach przed rokiem, wejdzie zapewne na kilka lat do stałego świątecznego repertuaru filmowego w telewizji. I mimo całej jego naiwności, porusza kilka tematów ważnych i na czasie, jest przyjemny w odbiorze, mi jednak zdarzyło się popłakać. Jak zwykle też byłam pod wrażeniem wigilijnej kreacji Małgorzaty (Agnieszka Wagner). Ogólnie postać ta, już podczas pierwszego oglądania "Listów..."przypadła mi do gustu.

Cały wieczór spędzony w towarzystwie A. uważam za bardzo udany i mam nadzieję, że udało nam się przełamać lody dzielące nas do tej pory. :)

sobota, 8 grudnia 2012

Tradycyjne świąteczne pierniki


Grudzień to dla nas czas magiczny, pachnący korzennie i powoli przenoszący nas w magię świąt. Najważniejszym elementem tej magii jest przygotowanie pierników.

piątek, 7 grudnia 2012

Wyniki konkursu!


Minęła godzina 19.00 a więc ogłaszamy wyniki konkursu. Jury, w skaldzie  Chuda, Ruda i Marzenka, po debacie zadecydowało (oj nie mogło się zdecydować!) , że nagroda w postaci  „Dziennika z podróży” należy się Asymace. Nagrody pocieszenia w postacie drobnych wyrobów hand made wyślemy do pozostałych uczestniczek. Proszę na maila adres do wysyłki. 


środa, 5 grudnia 2012

Norwegia

Do Norwegii zaproszona zostałam przez K. w lipcu. Pojechaliśmy na cztery dni, z czego dwa spędziliśmy w trasie. Dwudziestoczterogodzinna jazda przez Niemcy, Szwecję i Norwegię należy do naprawdę męczących przeżyć, nawet jeżeli za kierownicą nie siedziałam ja. W czasie samej podróży przeczytałam chyba ze dwie książki i dokończyłam dwie suknie słowiańskie.
Pierwszego dnia wyjechaliśmy ok. 3 w nocy z domu, pierwszej części jazdy właściwie nie pamiętam - poszłam spać. Pamiętam natomiast przeprawę promową przez Bałtyk - było pochmurno, szaro, zimno i mżyło, więc zdecydowaliśmy się z K. tylko na krótki spacer na zewnątrz. Czym dalej jednak na północ, tym pogoda stawała się piękniejsza i gdy późnym popołudniem (dane ze zdjęć twierdzą, ze była to 20!) dotarliśmy do Oslo pogoda była piękna - świeciło słońce, chociaż temperatura była taka...wrześniowa w moim odczuciu. W stolicy Norwegii spędziliśmy ok. godziny na spacerze po czym ruszyliśmy w dalszą trasę. Dopóki było jasno, dopóty coś widziała, później poszłam spać i obudziłam się dopiero, gdy dojechaliśmy na miejsce...o godzinie 3 nad ranem było szaro - jak się okazało kolejnej nocy był to czas, gdy naprawdę całkiem ciemno nie robiło się ani na chwilę.
Podczas jazdy w oczy rzuciły mi się niezwykłe formacje skalne - dokładnie widać było sąsiadujące ze sobą warstwy, ba! prześledzić można było przebieganie dawnych kominów!
Większą część kolejnego dnia przespaliśmy. Gdy tata K. wrócił z pracy, postanowił pokazać nam Trondheim - miasto położone na dalekiej Północy nad największym z norweskich fiordów. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od muzeum, skansenu, w którym zebrane został m.in. dawne, tradycyjnie budowane domy wraz z wyposażeniem. Następnie wybraliśmy się do wieży telewizyjnej, z której zobaczyć można całe miasto. Kolejnym punktem programu były "forty" (miejsce tak nazywane przez tatę K.) - budynek umiejscowiony na wzgórzu o wyraźnej funkcji obronnej. Później wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer po mieście oraz na wzgórze nad samym fiordem - tak pięknych krajobrazów dawno nie widziałam.
Drugiego dnia zwiedziliśmy wyspę nieopodal Trondheim, która niegdyś pełniła przeróżne funkcje - najpierw znajdował się tam klasztor, później więzienie, ostatecznie zaś jeden z punktów obronnych.
Na tym zakończyliśmy ekspresowe zwiedzanie najciekawszych, zdaniem pana Jarka, miejsc w Trondheim i wróciliśmy do domu pakować się i przygotować do podróży.

Wyjechaliśmy szarym świtem i z drogi powrotnej mamy chyba najwięcej zdjęć - aparat dostał się w moje łapki, a ja próbowałam uchwycić każdą kaskadę, każdy szczyt, kotlinę, łachę śniegu, czy jezioro... oraz setki innych elementów krajobrazu (łącznie z mostami i wiaduktami). Norweskie GÓRY zrobiły na mnie przeogromne wrażenie - są monumentalne, surowe, groźne. Wiszą nad miasteczkami i wsiami niczym niemi obserwatorzy, którzy w każdej chwili mogą zmieść z powierzchni ziemi ludzi wraz z ich domami, samochodami i gospodarstwami. Góry pocięte są setkami potoków, płynących z nigdy nietopniejących łach śniegu (czy to już lodowiec?), potoki spadają tysiącami mniejszych i większych kaskad czy wodospadów. Jadąc mieliśmy często z jednej strony skalną ścianę, z drugiej urwisko i potok - człowiek czuje się tam naprawdę maleńki. Ale jednocześnie te krajobrazy mają w sobie obietnicę swobody, czystości, kontaktu z naturą w jej prawdziwie dziewiczym wydaniu.
Stwierdzam odważnie - jeżeli będę kiedyś bardzo bogata, to zamieszkam w Norwegii, w tych Górach, nad tymi Fiordami. (dużo pieniędzy, bo tam wszystko jest kilkakrotnie droższe niż w Polsce). 
A zdjęcia tu.

niedziela, 2 grudnia 2012

Przez żołądek do serca, czyli bułki drożdżowe


Bycie teściową to zadanie niezwykle trudne, a już bycie dobrą teściową to prawie oksymoron.
Mam dużo szczęścia, gdyż moja teściowa to cudowna kobieta, z którą świetnie się rozmawia, można na niej polegać, a jej dobroć czasami potrafi być denerwująca. Lata temu zastąpiła mi mamę, choć zastąpiła to złe słowo. Od tak dawna nie mam mamy, że ona się nią po prostu stała. Lepszej nie mogłabym sobie wymarzyć.  
Mając taki wzór, staram się być dobrą „prawie teściową” dla drugich połówek moich dzieci. Chociaż jest to nielada wyzwanie! 
- Zaproś K. na śniadanie.- proszę Chudą.
- Mamo, ale on się ciebie boi!- słyszę w odpowiedzi.
-A A. je z nami?- pytam syna.
- Nie, bo ty na nią patrzysz.
- Dlaczego się mnie boją? Przecież nie gryzę!
- Ale czują respekt.
Tylko M. Marzenki daje się namówić na wspólne posiłki od samego początku.  (K. powoli też się oswoił z moją obecnością, zwłaszcza, że cały poprzedni rok nawiedzałam ich w Szczecinie).
Kiedyś postanowiłam oswoić towarzystwo i zaprosiłam na pizzę z okazji zakończenia roku szkolnego. Okazało się, że A. siedziała jak na rozżarzonych węglach, więc rozmowa się nie kleiła. Zrezygnowałam z oswajania na siłę, ale wierzę, że kiedyś usiądzie ze mną i wypije herbatęJ
A na razie gotuję dobre obiady, aby dzieciaki chociaż tak odczuły, ze są dla mnie ważne. Wszystkie, także te „przyszywane”.
K. kiedyś nieopatrznie przyznał, że lubi moje bułki z parówką, więc teraz ma je przynajmniej raz w miesiącu.
Dzisiaj też piekłam słynne bułeczki.
A  oto przepis:
1kg mąki
1 kg cienkich parówek (mogą być z biedronki)
50 g drożdży
0,5l wody
1 łyżeczka cukru
odrobina oleju
Sól, pieprz, zioła do smaku.  


W mące robimy dołek, kruszymy drożdże, dodajemy łyżeczkę cukru i pół szklanki wody. Czekamy aż drożdże trochę urosną. Potem dolewamy resztę wody ( powoli, sprawdzając, żeby nie wlać za dużo), dodajemy 2 łyżeczki soli, przyprawy (ja dodaję oregano, pietruszkę, koperek). Wszystko dokładnie mieszamy na jednolitą masę (najlepiej ręką) Ciasto wyrabiamy tak długo, aż „odstaje” od ręki. Jeżeli jest za miękkie dodajemy mąki, jeżeli za suche- wody. Na koniec dodajemy odrobinę oleju, aby ładnie odchodziło od rąk w czasie lepienia bułek.
Blaszkę smarujemy olejem. Parówki kroimy na 2-3 cm kawałki. Każdy kawałek parówki owijamy ciastem, formując podłużną bułeczkę, układamy na blaszce dosyć luźno, bo mocno rosną. Czekamy aż trochę podrosną, a następnie wkładamy do nagrzanego piekarnika. Pieczemy w temperaturze ok. 220 stopni, aż się zarumienią.
Bułki podajemy na ciepło lub zimno z majonezem, musztardą lub keczupem. My podajemy z sosem borówkowym.

Przypominam o moim czytelniczym konkursie!