Na szczęście przyjechały dziewczyny i było dla kogo usmażyć całuski.
Zdecydowałam się na to, co najprostsze, bo czasu u nas jak zwykle deficytowo.
wtorek, 18 lutego 2014
Karnawałowe słodkości- pączki serowe zwane całuskami
poniedziałek, 17 lutego 2014
Na turystyczno-szantową nutę
15 lutego w trzebiatowskim Klubie Wojskowym odbył się koncert muzyki turystyczno-szantowej. Zaprezentowało się czterech wykonawców: Zespół Kabestan, Paweł Frączek, Krzysztof Karczewski i Wiktoria Łukaszewicz, Mariusz "Zejman" Ściesiński oraz Piotr Ściesiński i Centrala 57.
Kabestan składający się z młodych muzyków znanych mi z innego projektu (Allium, w którym grała i śpiewała swego czasu Marzenka) rozpoczął imprezę kilkoma szantowymi klasykami, w tym uwielbianymi przeze mnie "Mewami".
Paweł Frączek, Krzysztof Karczewski i Wiktoria Łukaszewicz wyciszyli i przenieśli publiczność na górskie szlaki, a Wiktoria wyczarowała swoim delikatnym głosem prawdziwie nostalgiczny nastrój.
Zejman zaprezentował szanty przesiąknięte autentyzmem, czasem bardzo nostalgiczne, innym razem pełne humoru i radości. Wszystkie chyba słyszałam już przy innej okazji, w innych okolicznościach, niemniej ich ponowne wysłuchanie sprawiło mi naprawdę ogromną przyjemność.
Jako ostatni wystąpił Piotrek Ściesiński w towarzystwie chłopaków z Centrali 57.
Na ich koncercie nie zostałam jednak do końca, jednak już to co widziałam pozwalało przypuszczać, że ostatnia część imprezy będzie energetyczną bombą, która poderwie spokojną dotąd publiczność do tańca. Gdy wraz ze znajomymi opuszczaliśmy salę, pod sceną bawiła się już spora grupa, później było ponoć już tylko lepiej. A znając dobrze tych akurat wykonawców wcale mnie to nie dziwi, potrafią oni bowiem poderwać do zabawy chyba każdego.
Na ich koncercie nie zostałam jednak do końca, jednak już to co widziałam pozwalało przypuszczać, że ostatnia część imprezy będzie energetyczną bombą, która poderwie spokojną dotąd publiczność do tańca. Gdy wraz ze znajomymi opuszczaliśmy salę, pod sceną bawiła się już spora grupa, później było ponoć już tylko lepiej. A znając dobrze tych akurat wykonawców wcale mnie to nie dziwi, potrafią oni bowiem poderwać do zabawy chyba każdego.
Cała impreza okazała się moim zdaniem sporym sukcesem trzebiatowskiego Klubu Wojskowego - o istnieniu dwóch pierwszych zespołów nie miałam dotąd pojęcia, a przekonałam się, że warto się nimi zainteresować. Planowana jest ponoć kontynuacja tej imprezy, co bardzo mnie cieszy, gdyż szanty należą do tych gatunków muzycznych, które cenię i lubię. Mam nadzieję, ze na zapewnieniach się nie skończy i już wkrótce będę mogła bawić się na kolejnej takiej imprezie. :)
Zdjęcia dzięki uprzejmości Adama Litwinowicza
Zdjęcia dzięki uprzejmości Adama Litwinowicza
sobota, 15 lutego 2014
Potrawy z Hobbita i z naszego stołu, czyli recenzja z elementami kulinarnymi
Do Walentynek należy się odpowiednio przygotować, zatem w
czwartek zakupiłam odpowiednie ingrediencje, by walentynkowy wieczór spędzić w
miłej atmosferze. O 19.00 zasiedliśmy w troje, czyli Ślubny, Chuda i ja do
kolacji. Na stole znalazły się nasze
ulubione potrawy- tatar, kilka rodzajów sera, trochę warzyw i bakalie. Całości
dopełniało wyśmienite czerwone wino cabernet savinion z owoców dojrzewających w
słonecznej Afryce.
poniedziałek, 10 lutego 2014
Smak gierczyńskich czereśni
W ramach odpoczynku po pełnym ekspresji i wrażeń dniu w
pracy postanowiłam odpłynąć w wspomnienia. Pomogła mi w tym zaprzyjaźniona
blogerka, umieszczając u siebie aktualne zdjęcie "Domku pod Orzechem”.
Ostatnio było o trawach izerskich, dziś o… czereśniach. Znam
przynajmniej kilka osób, dla których smak Gierczyna, to właśnie smak czereśni.
Dlaczego? Ano właśnie. W czasach dosyć odległych, gdy jako
mała dziewczynka przyjeżdżałam w Izery, wzdłuż drogi do wsi i potem aż do Lasku (czyli Fersztla) rosły stare, powykrzywiane drzewa czereśniowe. Wczesnym latem
obsypane były ciemnymi, prawie czarnymi, soczystymi i aromatycznymi owocami. W
granicach naszego poletka rosły dwa takie drzewa.
Jedno bliżej drogi, drugie-
przy samym domu. To pierwsze drzewo pamiętam tylko z początkowych wyjazdów,
któregoś roku przewróciło się. Na zdjęciu, które znalazłam w domowym archiwum
(mam wtedy niecałe 10 lat) już go nie widać. Stoi za to dorodna jabłoń. Niestety,
tego drzewa też już nie ma. Pewnego lata uderzył w nią piorun.
Druga czereśnia rośnie przy samym domu. Przez lata
towarzyszyła mnie i mojej siostrze, a potem moim dzieciom. Pod nią bawiliśmy się
i odpoczywaliśmy, a z jej soczystych owoców co roku powstają cudowne dżemy.
W okolicach Lasku rosną jeszcze inne czereśnie- dzikie (sama
też sobie takie dwie wyhodowałam i mam już pierwsze owoce)
| Kwitnące czereśnie |
W czasie moich wędrówek
z dziećmi wyodrębniliśmy przynajmniej trzy gatunki „dziczek”- całkiem drobne,
ale niezwykle intensywne w smaku- czarne oraz trochę większe w dwóch kolorach i
smakach. Jedne ciemnożółte z rumieńcem- bardzo słodkie, wręcz lepkie od słodyczy
i drugie ciemne- intensywne, ze specyficzną goryczką, mniej soczyste, ale sprawiające, że kompot z nich jest największym rarytasem.
Do dziś dzieci pamiętają nasze wyprawy na Kotlinę, aby
nazbierać czereśni albo nad Przecznicki Potok, gdzie też rosły przynajmniej dwa
duże drzewa. Z resztą na miedzach rosło ich całkiem sporo.
W ubiegłe wakacje czereśnie tak niesamowicie obrodziły, że
przez kilka dni je zbierałam i przerabiałam. Robiłam nie tylko kompoty, ale i
dżemy. Teraz są cudnym wspomnieniem lata, słońca, beztroski…
Żałuję tylko, że tak rzadko mam okazję oglądać te drzewa w pełnym rozkwicie…
| Na zboczu Blizbora |
czwartek, 6 lutego 2014
Kolejna książka o człowieku i jego emocjach
Zdecydowanie mam za wiele zajęć, pomysłów na nowe projekty,
otwarte na oścież drzwi na nowe możliwości. Narzekam? Nie, bo przecież inaczej nie
potrafię funkcjonować. Głowę mam wiecznie w chmurach i korzystam z każdej
możliwości rozwoju. Nie ja jedna. To samo mogłyby powiedzieć Chuda i Gui (Chuda jednocześnie uczy się do egzaminów i uczestniczy w niesamowitych projektach fotograficznych, o czym pisze u siebie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



