| Ostatnie chwile dnia nad Bałtykiem |
czwartek, 10 lipca 2014
Bałtyk o zachodzie słońca...- wakacje nad morzem?
niedziela, 6 lipca 2014
Lepiej z deszczem, czy w słoneczku i wietrze? - dylematy po świdwińskim maratonie
Lato w pełni, chociaż na nadmiar słońca dotychczas nie narzekaliśmy i oczekiwaliśmy ciepłych dni z utęsknieniem. Czasami warto uważać, o czym się marzy, bo marzenia się spełniają, a prośby zostają wysłuchane. Wiedzą to ci, którzy podobnie jak my w piątkowe popołudnie zawitali w Świdwinie.
My oczywiście musiałyśmy być, gdyż po pierwsze mamy blisko, a po drugie i ważniejsze- mamy sentyment do organizatora. Ale o tym za chwilę.
Do Świdwina podobnie, jak na poprzednie maratony, zjeżdżałyśmy każda z innego miejsca. Chuda przyjechała pociągiem ze Szczecina i już w pociągu, pełnym znajomych rowerzystów, cieszyła się maratonową atmosferą. Gui skorzystała z uprzejmości znajomych i z Wrocławia przyjechała z Krzysiem i Irenką. Ja dojechałam "biedronką", czyli naszym czerwonym fordem Ka, do którego spakowałam rower, lodówkę turystyczną i mnóstwo niepotrzebnych rzeczy ( potrzebne zostały na suszarce). W lodówce wiozłam ulubioną zupę dziewczyn- jarzynową z warzywek z działki.
Po wypakowaniu wszystkiego z samochodu okazało się, że... jedna z moich rowerowych rękawiczek nadal wisi na suszarce. Perspektywa jazdy bez rękawiczek wcale mi się nie uśmiechała. Wydawało się, że jedyną nadzieją będzie Netto, w którym ostatnio jakieś rowerowe drobiazgi widziałam. Od czego ma się jednak przyjaciół i niezawodny facebook. Ledwo poskarżyłam się na swoje gapiostwo, a już koleżanka pakowała zapasową parę dla mnie (prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie?)
Przed dwudziestą stawiłyśmy się na odprawie technicznej. Odebrałyśmy numery startowe i bardzo rowerowe kubki.
Powitania, rozmowy... i zaczęła się odprawa. Gdy organizator zaczął mówić o maratonie rodzinnym, nam zrobiło się tak bardzo ciepło koło serca, bo przecież nasza przygoda z Supermaratonami zaczęła się na maratonie rodzinnym cztery lata temu w Radowie Małym. Atmosfera, o którą zadbali wówczas organizatorzy zafascynowała Gui do tego stopnia, że ... no właśnie... jeździmy coraz więcej i coraz dalej.
Gdy już poznałyśmy trasę, dowiedziałyśmy się, że punkty żywieniowe są co 50 km, a po maratonie organizator proponuje kąpiel w... Redze, wróciłyśmy na stancję. Szybka kolacja i idziemy spać- w końcu następnego dnia czeka nas 158 km w upale.
W sobotę budzimy się w doskonałych humorach (a czy my potrafimy inaczej?) Krem z filtrem 50 nakładamy bardzo starannie- żadna z nas nie chce wyglądać po południu jak Indianka. Na niebie pokazują się chmury, więc jest nadzieja, że nie padniemy w upale. Startujemy sprzed Urzędu Miasta, czyli w samym centrum- to taki świdwiński zwyczaj- mieszkańcy mają wiedzieć, że jest rowerowe święto. Ruszamy przed 9.00. Najpierw Chuda, która kolejny raz ma podobny skład grupy startowej, a 6 minut później Gui i ja. Początkowo jedziemy znajomą nam trasą- byłyśmy tu rok wcześniej. Grupa się rozciąga i po kilku kilometrach zostajemy w troje. Hurra- nie jesteśmy same! Mamy towarzystwo! Jedziemy, nasz towarzysz jedzie w sam raz, bym utrzymała się mu na kole. Gui trochę jęczy, że na moim kole jeszcze by pojechała, ale gdy ja trzymam się kogoś, to ona wysiada. Póki co, trzyma się za nami. Kilka kilometrów później dojeżdża nas para mieszana z radosnym okrzykiem- "Przywiozłem wam Gosię". Gosia jednak wcale nie zamierza zostać z nami, tylko pędzi dalej.
Na pierwszych podjazdach Gui rezygnuje z zbyt dużego tempa i zostaje. Do punktu żywieniowego na 50 km dojeżdżamy we dwoje. Nadal mamy całkiem niezłą jak dla mnie średnią. Na horyzoncie majaczy mi turkusowa koszulka Chudej. Mam nadzieję niedługo ją dojechać. Hahhaah- będę ją tak widziała przez kolejne 40 km. Raz bliżej, raz dalej. Zwłaszcza, że i tempo maleje- silne podmuchy wiatru skutecznie utrudniają nam jazdę. Chwilami mam wrażenie, że odlecę przy najbliższym podmuchu. Ale i wiatr ma swoje plusy- jak stwierdził rowerzysta z któregoś z krótkich dystansów- jest czas, by pogadać na trasie, a nie tylko w asfalt patrzyć i wymienia się z nami spostrzeżeniami na temat bocianów "którymi można by obdzielić pół Europy". Fakt. Bocianów mnóstwo. Widoki są niezapomniane- pomykamy wszak po Pojezierzu Drwawskim- jeziora, lasy, pola, łąki, cieniutka wstążka Regi ( no musi być u nas taka wąska, by u was była szeroka). Pachną lipy i truskawki, a w lesie ciepłe igliwie i grzyby, na łąkach gorzka woń dziurawca miesza się z zapachem siana. W pewnym momencie zaskakuje mnie słodka, upajająca woń. Wciągam powietrze głębiej, rozglądam się, szukam źródła zapachu... cały zagon późnych ziemniaków w pełnym rozkwicie! Wiedzieliście, że ziemniaki tak słodko pachną?
Niestety mój towarzysz słabnie i przejmuję na siebie walkę z wiatrem. Wreszcie na 90 km doganiam Chudą, która z ulgą (ale i ze sportową złością, że znowu ją dogoniłam) chowa się za nami. Przed Połczynem zostajemy same, ale te 100 km wspólnej jazdy dało mi mnóstwo frajdy.
Mozolnie pniemy się pod kolejną górkę (czy to na pewno nie jest górski maraton?) . Nagle źle zrzucam przerzutki, rower prawie się zatrzymuje, a Chuda, by nie wjechać mi w koło, ląduje w ukwieconym rowie. Otrzepuje się i stwierdza:
- pierwszy upadek na tym rowerze, nie jest źle. Tylko siniak będzie.
Jedziemy dalej. Gorąco. Chudej kończy się woda, a punktu żywieniowego brak... no przecież miały być co 50 km! Turkusowej zaczyna się marzyć deszcz.
- Uważaj, o czym marzysz, bo możesz skończyć jak ja w Radkowie- ostrzegam.
-No ale ja nie chcę burzy, tylko trochę deszczu i mniej wiatru- jęczy Chuda. Wreszcie za kolejną górką pojawia się punkt żywieniowy i Chuda odzyskuje siły. Nim się obejrzałam, była na szczycie wzniesienia, zeskakiwała z roweru i łapała butelkę wody, którą usłużnie podawał jej kilkuletni chłopczyk. No własnie w mijanych wioskach witane byłyśmy przez dzieciaki, dla których przejazd maratonu był nie lada wakacyjną atrakcją, a już pomoc kolarzom na punktach żywnościowych wydawała im się bardzo ważnym zadaniem, z którego świetnie się wywiązywały (zresztą nie tylko dzieciaki doskonale zajmowały się nami na punktach, podobnie było z dorosłymi). Dopieszczone wodą, bananami i wafelkami ruszyłyśmy na ostatnie 50 km. Pogoda trochę się zmieniła i... spadło kilka kropel deszczu (ciekawe, czy ktoś jeszcze to zauważył?)
Wreszcie na ostatnich kilometrach miałyśmy wiatr w plecy (tylko , że nam się już wtedy wydawało, że tego wiatru nie ma). Do Świdwina dotarłyśmy po 6 i pół godziny od startu. Jeszcze tylko honorowy przejazd przez całe miasto i jesteśmy na mecie.
Witamy się ze znajomymi, którzy wyglądają na równie zmęczonych jak my. Z twarzy i ciała zdrapujemy warstwę soli. Wymieniamy się pierwszymi uwagami- mimo dobrze oznakowanej trasy ten i ów pomylił drogę, kogoś dopadła niemoc, wszyscy narzekają na wiatr. Ktoś wyskakuje z propozycją, by za rok liczyć ten maraton w klasyfikacji górskiej :)
Pyszny dwudaniowy obiad rekompensuje wszystkie trudy. Siedząc na trawie czekamy na Gui i Giganta Chudej. Na szczęście nie musimy czekać zbyt długo.
Mamy trochę czasu do dekoracji, którą zaplanowano w świdwińskim zamku o 18.00. Z Gui decydujemy się na skorzystanie z bezpłatnego wejścia na pływalnię- Park Wodny "Relaks" jest jednym ze sponsorów naszej imprezy. Bicze wodne, rwąca rzeka, jacuzzi, sauna. Pół godziny i jesteśmy gotowe do odbioru medali.
Chuda w tym czasie "robi się na bóstwo" na stancji.
Bramę zamku przekraczamy punktualnie.
Rozmowy, rozmowy, rozmowy... Uwielbiamy to.
Wreszcie rozpoczyna się dekoracja. Odbieramy trofea i komplementy- nasza próżność zostaje zaspokojona.
Zostaje nieoficjalna część imprezy- grill nad Regą. Atmosfera iście rodzina, bo przecież po tylu wspólnych maratonach, czujemy się wielką rowerową rodziną- tym razem poczułam to bardzo mocno (Aniu, Beatko, dziękuję ;) )
W niedzielny poranek zbieramy się każda do swojego domu.
Było suuuper. Za rok też przyjedziemy!
A moje nadzieje na spokojną niedzielę i lenistwo spaliły na panewce- pamiętacie, że wylicytowałam w lutym "przejażdżkę" na motorze? No to właśnie niedawno z tej "przejażdżki" wróciłam. Bolą mnie mięśnie szyi. Mój kask rowerowy jest jednak znacznie lżejszy ;)
P.S. Przypominam o naszym blogowym konkursie :)
piątek, 4 lipca 2014
Czas na konkurs!
Licznik szaleje, więc czas ogłosić konkurs na blogu. Zgodnie z zapowiedzią po pierwsze: łapiemy licznik. Robimy screen i wysyłamy na adres mailowy, widoczny po wejściu na mój profil;
po drugie: ponieważ Was lubimy, ogłaszamy konkurs.
Zasady konkursu:
1. Należy polubić nasz profil na facebooku (jeśli go jeszcze nie lubicie) lub dodać do obserwowanych w google (jeśli nie macie facebooka i jeszcze nas nie dodaliście )
2. Można polubić profil męskiej części naszej rodziny, czyli syna- wtedy jest szansa na płytę z jego utworami. (lub jeśli nie macie facebooka to polecić w google jego profil na You tube.
4. W komentarzu do tego wpisu poinformować nas o fakcie udziału w konkursie i odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nas lubicie. ( jeżeli takie wyznanie padło już wcześniej, też weźmiemy to pod uwagę)
5. Ilość nagród będzie uzależniona od naszego widzimisię. Wśród gadżetów znajdą się: dla podróżników: płyty i foldery z różnych miejsc (Wolin, Stepnica, Góry Stołowe, Trzebiatów), dla rękodzielników: serwetki do deqoupage, dla miłośników muzyki: płyta z twórczością syna; do tego jakaś książka, coś z biżuterii, rysunek pastelem. Cały czas zbieramy drobiazgi, które dostosujemy do preferencji zwycięzcy/zwycięzców.
6. Konkurs trwa do końca lipca, bo wtedy wreszcie będziemy miały więcej czasu dla siebie (spędzimy razem więcej niż dwa-trzy maratonowe dni)
7. Można na nas zagłosować w konkursie na najsympatyczniejszą mamę i córkę wysyłając sms z treścią NMC.2 na numer 71321 ( koszt smsa: 1,23 zł) (do 27 lipca)
7. Można na nas zagłosować w konkursie na najsympatyczniejszą mamę i córkę wysyłając sms z treścią NMC.2 na numer 71321 ( koszt smsa: 1,23 zł) (do 27 lipca)
8. Złap licznik i konkurs są oddzielnymi zabawami i oddzielnie będą nagradzane :)
Miłej zabawy!
czwartek, 3 lipca 2014
V Śląski Maraton Rowerowy
Odkąd
zaczęłyśmy pokonywać trasy rowerowy liczące 150 km, wiedziałam,
że jeśli tylko będzie taka możliwość przejedziemy Śląski
Maraton Rowerowy w Radlinie. Początkowo miał to być bardzo rodzinny
przejazd, gdyż do pomysłu zapalił się mój brat. Czym jednak
bliższy był termin maratonu, jego zapał gasł- brak czasu na
wyjazdy rowerowe uniemożliwił mu start w tym roku. My jednak
wytrwałyśmy w postanowieniu. W końcu maraton zaczyna się i kończy
w moim rodzinnym mieście, a jednym z organizatorów jest mój kolega
ze szkolnej ławki. Kiedyś obiecałam, że jak tylko będę czuła
się na siłach wziąć udział w imprezie, to przyjadę. A my
zwykłyśmy dotrzymywać obietnic.
Muszę przyznać, że poczułyśmy się niesamowicie wyróżnione, gdy tylko
pojawiłyśmy się w biurze maratonu , a mój kolega i jego bliscy
(których któregoś roku gościliśmy w Trzebiatowie) zgotowali nam
bardzo ciepłe przyjęcie. Chwilę porozmawialiśmy, o kilka rzeczy
dopytałyśmy, ale i tak najważniejsza była dla nas odprawa
techniczna. Przed domem kultury pojawiłyśmy się przed 16.00.
Chuda stwierdziła, że czuje się trochę obco, bo nie ma tu naszych
maratonowych znajomych. Ale obcość minęła bardzo szybko, bo nim
rozpoczęła się odprawa, my już miałyśmy wielu nowych znajomych-
w końcu nawiązywanie znajomości nie jest dla nas niczym trudnym.
Humory dopisywały nam do momentu obejrzenia krótkiego filmu o
najtrudniejszych momentach maratonu- przejazdy przez drogi główne,
lewoskręty, jazda dwupasmówką to tylko część "atrakcji"
jakie na nas czekały.
Po
odprawie wzięłyśmy udział w przejeździe rowerzystów przez miasto
i ustawiłyśmy się z innymi do pamiątkowego zdjęcia. Pierwsze
starty przewidziane były jeszcze w sobotę wieczorem, gdyż Giganci
startowali na dystansie 600 km, zaliczając tym samym kwalifikację
do słynnego maratonu 1008- Bałtyk-Bieszczady. Z niepokojem
patrzyliśmy w niebo, z którego po chwili lunął deszcz i rozpętała
się burza. Nie zazdrościłyśmy kolarzom warunków, w jakich
przyszło im startować.
W
niedzielę z pewnym niepokojem pojawiłyśmy się na starcie. Po
ulewie nie było już śladu, dzień zapowiadał się wietrzny, ale
słoneczny. Wystartowałyśmy o 9.30. Plan taktyczny był taki, jak
zawsze- jak najdłużej utrzymać grupę, potem dopóki się da
trzymać się razem , a jeśli możliwe znaleźć tzw. koło, bo
wiadomo, że w grupie, czy chociaż parze jedzie się lżej.
Jakież
było nasze zaskoczenie gdy okazało się, że nasza grupa nie tylko
nam nie odjechała, ale... że to my jesteśmy jej silnym ogniwem! Przez wiele kilometrów jechaliśmy wspólnie, dając sobie zmiany.
Wreszcie po wjeździe na dwupasmówkę trochę przycisnęłam i grupa
rozerwała się. Zostało nas pięcioro, potem czworo- Gigant na
czwartym okrążeniu, turysta z dobrą kondycją, Gui i ja. Jechało
się coraz lepiej, wiatr nie był jakoś strasznie dokuczliwy (na
Wybrzeżu wieje bardziej), a pagórki też nie odbiegały od tego, do
czego jesteśmy przyzwyczajone. Chociaż jechałyśmy w grupie
starałam się delektować pejzażami, jakże odmiennymi od znanych
nam. Zazwyczaj jeździmy wśród łąk i lasów, tu krajobraz
industrialny Górnego Śląska przeplatał się z pejzażem Wyżyny
Śląskiej, która powoli zmieniała się w Beskid Śląski. W
Ochabach nie omieszkałam opowiedzieć Gui o piknikach, jakie KWK
Marcel organizowała dla swoich pracowników i ich rodzin z okazji 22
lipca (potem ta opowieść została uzupełniona anegdotą opowiedzianą
przez moją siostrę w czasie babskiego spotkania) Przed Ustroniem
zostałyśmy same, bo panowie jadąc na pamięć, nie skręcili po
strzałkach (strzałkom należy się osobny komentarz- uczestnicząc
w maratonach z jednolitym regulaminem, przyzwyczaiłyśmy się do
określonego sposobu znakowania trasy, teraz spotkałyśmy się z
zupełnie rożnym rozwiązaniem- w newralgicznych miejscach były
strzałki na znakach drogowych, a przy zjazdach z uczęszczanych
dróg- strzałki poziome na asfalcie. Tylko, że te na asfalcie
przypominały raczej dziecięcą zabawę w podchody i trochę czasu
minęło nim się zorientowałam, że owe seledynowe znaczki
namalowane sprejem to nasze oznakowanie). My pilnie słuchałyśmy na
odprawie technicznej i chwilę później wjechałyśmy do Ustronia.
Na rondzie naszym oczom ukazał się machający rękami organizator,
wskazujący punkt żywieniowo- kontrolny. No i tu spotkało nas chyba
największe zaskoczenie- po wjeździe na punkt zastałyśmy totalny
piknik. Jedni pili herbatę, inni posilali się kanapkami, jeszcze
inni napełniali bidony izotonikiem. Ledwo udało nam się znaleźć
osobę obsługującą czipy ( czipy były kolejnym zaskoczeniem, gdyż
jesteśmy przyzwyczajone do bramek, które odbierają sygnał z
czipa. Tu musiałyśmy zejść z roweru, podejść do czytnika i
samodzielnie odbić czip). Gdy już zameldowałyśmy się na punkcie
i napełniłyśmy bidony, chciałyśmy ruszyć dalej- okazało się
jednak, że nikt z piknikujących maratończyków nie zamierza jeszcze
ruszać. Pomachałyśmy zatem Chudej, która właśnie nadjechała i
ruszyłyśmy. W ostatniej chwili dołączył do nas kolarz jadący
450 km, czyli 3 okrążenie. Przez następne kilometry jechaliśmy
wspólnie. Na jednym z podjazdów śmignęła nam turkusowa koszulka
Chudej i jej blond warkocz- miała dobre koło i widać było, że
jest w swoim żywiole. Do kolejnego punktu kontrolnego dojechaliśmy
w troje kilka minut po Chudej. Tu zjadłyśmy banan, uzupełniłyśmy
wodę, odbiłyśmy czip. Przy okazji kolejny raz tłumaczyłyśmy,
że nie jesteśmy siostrami, w co oczywiście nikt nie chciał
uwierzyć. Początkowo trzymaliśmy się jeszcze razem, co jakiś czas
ktoś przez chwilę jechał razem z nami, potem albo odpadał, albo
odpoczywał na naszym kole i uciekał.
Na
kolejnym podjeździe odpadła Gui. Była jednak na tyle niedaleko, że
co jakiś czas mijający nas kolarze komunikowali, że jedzie. Nasza prędkość też była już znacznie niższa, gdyż mój partner
odczuwał coraz większe zmęczenie - miał w nogach 400 km.
Postanowiłam jednak nie zostawiać go i dociągnęliśmy się do
ostatniego punktu kontrolnego. Nim jednak tam dojechaliśmy minęliśmy
dwa piękne drewniane kościółki- jeden św. Anny w Gołkowicach
pamiętałam z poprzedniej wyprawy na tej trasie-gdy z bratem
jechałam na Jaworowy Wierch, drugi pod wezwaniem Wszystkich Świętych
w Łaziskach.
Na
punkcie kontrolnym w Tworkowie tylko odbiłam czip i pognałam w
nadziei, że może dogonię grupę, którą przed chwila minęłam na
nawrocie, a w której jechała Chuda. Niestety, owe 25 ostatnich
kilometrów miałam pokonywać sama. Jechałam jednak bardzo szybko,
mając niewielką nadzieję, że dogonię moją córkę. Na 140 km
czekał mnie jeszcze potwornie stromy podjazd w Pszowskich Dołach-
trasa niesamowicie malownicza, ale droga tak dziurawa, że nie bardzo
można się było rozglądać. A potem już tylko śmignęłam przez
Pszów , Głożyny i byłam na mecie. Przejechanie maratonu zajęło
trochę ponad 6 i pół godziny. Tym razem w konkurencji Kruczkowska
kontra Kruczkowska wygrała Chuda ( z czasem o niecałe 4 minuty
lepszym od mojego). Na mecie oczekiwała nas cała rodzina i to w
składzie poszerzonym o rodzinę mojej bratowej. Poza radością był
i moment rozczarowania, gdy okazało się, że... bogracz, którym
karmiono maratończyków na mecie właśnie się skończył i zamiast
posiłku regeneracyjnego będziemy musiały znów jeść w
restauracji.
Zgodnie
z wcześniejszą umową wspólnie z Chudą pobiegłyśmy zmyć z
siebie sól w... fontannie.
Kilka
minut później na metę wjechała Gui z czasem poniżej 7 godzin.
Okazało się, że były to jedne z lepszych czasów w czasie tej
imprezy, co bardzo nas zaskoczyło i podbudowało, bo nagle okazało
się, że my naprawdę jesteśmy w dobrej formie. ( z Gui też
biegałam między kroplami wody w fontannie)
W
czasie uroczystego zakończenia maratonu miałyśmy już spora grupę
znajomych- w końcu przez 150 km można zawrzeć wiele ciekawych
znajomości. Odebrałyśmy puchary za udział, pamiątkowe zdjęcia i
certyfikaty, pożartowały z kolegami, uśmiałyśmy się do łez,
gdy okazało się że Chuda z Gui stały się bohaterkami filmiku zmaratonu- na starcie odstawiły swoją sztandarową popisówkę,
która została skrzętnie wykorzystana przez organizatora.
Podsumowując
- 150 zawodników, wśród których nie jesteśmy najsłabszym
ogniwem i familijna atmosfera imprezy bardzo nam odpowiadają.
Oznakowanie trasy mogło być odrobinę lepsze- my na szczęście się
nie zgubiłyśmy, ale tylko dlatego, że po pierwsze uważałyśmy na
odprawie technicznej, po drugie bardzo bacznie wpatrywałyśmy się w
drogę, po trzecie starałyśmy się jechać z kimś, kto zna drogę,
po czwarte część trasy była mi po prostu znana, ale przynajmniej
kilku uczestników źle skręciło, zagapiło się i nadrobiło
kilometrów. Czipy, które trzeba samemu odbić sprawiły, że na
samym końcu zamiast maratonu rowerowego zrobił się... wyścig po
schodach, co zaowocowało kilkoma zgrzytami na dekoracji zawodników.
No i brak bograczu - mojej ulubionej potrawy - trochę mnie
rozczarował.
Jeżeli
jednak ma się odrobinę dystansu do siebie i tego, co się robi, a do
niedogodności podchodzi się z humorem, to była to całkiem udana
impreza i wiem, że za rok, jeśli tylko nie będzie kolidowała z
innym naszym maratonem- znów zgłosimy się na starcie, by pokłonić
się Beskidowi Śląskiemu.
środa, 2 lipca 2014
Krótkie radlińskie wakacje
Pomysł,
by początek wakacji świętować w Radlinie zakiełkował w naszych
głowach już jakiś czas temu. Pretekstem do przyjazdu był maraton
rowerowy, ale o nim w następnym wpisie. Na Śląsk jechałyśmy
różnymi pociągami w rożnych godzinach i gdy Chuda wysiadała na
Obszarach, Gui wsiadała do pociągu we Wrocławiu, a ja byłam
gdzieś w okolicach Poznania.
Sobotni
poranek spędziłyśmy już wspólnie. Ach, jakże przyjemnie było
przytulić się do dziewcząt, gdy wymęczona całonocną podróżą w
końcu mogłam głowę ułożyć na poduszce. Chwilę poleżałyśmy,
chyba nawet przysnęłam, ale miałyśmy zaplanowane sporo różnych
spotkań, więc ok. 9.00 piłyśmy już kawę na tarasie mojego
rodzinnego domu. Patrzyłyśmy na zieleń ogrodu, barwne kwiaty.
Snuła się leniwa rozmowa, kontynuowana w czasie spaceru po sadzie i
ogrodzie. Niewiele już z nich zostało, gdyż niedługo dom i ogród
przestaną istnieć. Czasami odchodzą nie tylko ludzie, ale i domy z
ogrodami. dobrze, że ma się czas na pożegnania.
Potem
szybkie zakupy, rozmowa telefoniczna z kuzynką i podejmujemy
decyzję, że jedziemy odwiedzić nestorkę rodu, która co drugi
dzień jeździ na dializy i czekając na samochód, siedzi na
ławeczce przed domem. Ciocia nawet nie zdziwiła się za bardzo
naszym widokiem, ale była niesamowicie ucieszona. Przez następne
pół godziny rozmawiałyśmy o planach na najbliższe tygodnie i
miesiące. Dziewczyny kolejny raz były pod ogromnym wrażeniem
spokoju i pogody ducha, jaka bije od starszej siostry mojego taty.
Mimo słabego zdrowia i uciążliwych dializ ciocia pozostała osobą niesamowicie pogodną, wielu mogłoby się od niej uczyć, jak godzić
się na to, co niesie los.
Prosto
od cioci pojechałyśmy do biura zawodów po odbiór numerów
startowych, a ponieważ było bardzo ciepło, nie odmówiłyśmy
sobie przejazdu przez środek radlińskiej fontanny. Roześmiane i
dowcipkujące wróciłyśmy do domu, gdzie umówione byłyśmy z
siostrą i siostrzenicą. żadnej z nas nie chciało się gotować
obiadu, więc poszłyśmy do pobliskiej restauracji. Wybór potraw
był tak bogaty, że Chuda, jak zwykle , nie wiedziała, na co się
zdecydować. Wreszcie zamówienie zostało złożone i w loży
zasiadło pięć hałaśliwych kobiet w różnym wieku (możecie się
domyślić, że obiad trwał dosyć długo, bo każda z nas miała
mnóstwo do opowiadania). Po południu czekało nas jeszcze miłe,
acz krótkie spotkanie z bratem i bratanicą. O 16.00 zasiadłyśmy w Domu Kultury na odprawie technicznej (ale to też nie należy do tej
opowieści) Po 17.00 powtórnie zakotwiczyłyśmy w restauracji, tym
razem na lodach i pogaduchach z naszym bliskim znajomym, z którym
nie widziałyśmy się od roku.
Wieczorem,
leżąc już w łóżku, stwierdziłyśmy, że ilość pozytywnych
wzruszeń i emocji była tego dnia niesamowita. W dobrym nastroju,
podekscytowane następnym dniem, zasnęłyśmy.
Niedzielę
spędziłyśmy najpierw na maratonie, a późne popołudnie w
niesamowicie kobiecym gronie na pizzy. Moja śląska rodzina to
właśnie przede wszystkim kobiety: ciocia- nestorka rodu, kuzynka,
siostra i siostrzenica, bratowa i bratanica. Jedynym mężczyzną, z
którym jesteśmy bardzo emocjonalnie związane jest mój brat.
W
poniedziałkowy poranek pożegnałam Gui, która wracała już do
Wrocławia, odwiedziłam rodziców na cmentarzu, a potem wspólnie z
Chudą pojechałyśmy do brata. Przemokłyśmy przy tym całkowicie.
Dzień minął nam na zabawie z bratanicą, rozmowach z bratową i
bratem, odpoczywaniu. Przy okazji omówiliśmy resztę wakacyjnych
planów. W wtorkowy poranek nasze krótkie wakacje dobiegły końca,
pociąg TLK Kossak zawiózł nas na Pomorze.
P.S. 1.Jak podoba Wam się nowa odsłona bloga?
P.S. 2. Bierzemy udział w konkursie na najsympatyczniejszą mamę i córkę. Można na nas zagłosować wysyłając sms o treści NMC.2 na numer 71321 ( koszt smsa: 1,23 zł)
P.S. 1.Jak podoba Wam się nowa odsłona bloga?
P.S. 2. Bierzemy udział w konkursie na najsympatyczniejszą mamę i córkę. Można na nas zagłosować wysyłając sms o treści NMC.2 na numer 71321 ( koszt smsa: 1,23 zł)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






