niedziela, 30 czerwca 2013

O miłości siostrzanej słów kilka

Moja Malutka Siostrzyczka dorosła. No ok., dorosła jest już od kilku ładnych miesięcy, ale tak wyraźnie poczułam to dopiero w dniu, gdy wstała o 4 nad ranem, weszła do mojego pokoju, pocałowała mnie w policzek i wyjechała do dużego miasta na W., by tam żyć. Z kim będę teraz gadała przez ścianę, komu będę dokuczała, kto będzie mi puszczał durne filmy? 

Miałam pisać o filmie, ale ów wstęp był mi potrzebny. ;)
Lubię oglądać z Marzenką i Mamą filmy, ale do tej pory najczęściej oglądałam je tylko z Mamą. Ostatnio jednak trzykrotnie spędziłam z Marzką czas właśnie przed ekranem. O wieczornych sabatach przy komputerze nie będę Wam pisała, opowiem natomiast o szczecińskim wypadzie do kina.

Marzenka wracała z koncertu Green Day i w Szczecinie była ok. 8 rano, mając jakieś 3 godziny wolnego. Zabrałam ją z dworca i ruszyłyśmy w stronę mojej uczelni. Po drodze zahaczyłyśmy o piekarnię, by wszamać śniadanie. Był koniec semestru, więc wykład potrwał niecałe pół godziny. 

"Cóż zrobić z resztą tego czasu?" - zastanawiałyśmy się. Młoda uznała, że właściwie może pojechać nawet późniejszym pociągiem do domu i spędzić trochę czasu ze mną. Padło więc na kino. Godzina była wczesna, więc na ekranach pojawiały się tylko produkcje dla dzieci - nam się to podobało! Widziałam gdzieś bowiem reklamę filmu "Tajemnica Zielonego Królestwa" i bardzo chciałam go zobaczyć. Wpadłyśmy do jednego z centrów handlowych i, gdy okazało się, że "Tajemnicę..." puszczają za 10 minut, pognałyśmy do kina. 

Na sali zdecydowanie zawyżałyśmy średnią wieku widzów (byłyśmy my, mama z córką i jakaś klasa na wycieczce) i bawiłyśmy się super. Fabuła może nie jest w tym filmie wybitnie odkrywcza, ale przecież nie tego oczekuje się od filmów animowanych dla dzieci. Poruszono ważne tematy: miłości, przyjaźni, rodziny. Oraz dbałości o środowisko naturalne - temat przekazany lekko i nienachalnie. Tym, na co warto jednak zwrócić szczególną uwagę, jest grafika. 

Rysunki są prześliczne - bardzo estetyczne i dokładne. Bez większego problemu można zidentyfikować nawet rośliny rosnące na łące (krwawnik czy oset)! Liście mają widoczne wszystkie możliwe żyłki, kora każdego gatunku drzew wygląda, jak powinna. Coś pięknego. 


Z seansu wyszłyśmy naprawdę bardzo zadowolone, zjadłyśmy obiad i odprowadziłam Młodą na dworzec  - mogła wrócić do domu. W międzyczasie przegadałyśmy jeszcze wszystkie wolne chwile i rozmowy te wpłynęły dość znacząco na podejmowane przeze mnie w tamtym czasie decyzje.

Mam nadzieję, że mimo olbrzymiej odległości, jaka nas teraz dzieli, jeszcze nie raz spędzimy ze sobą tak fantastyczny czas. We wrześniu wybieram się do Marzenki, chętnie zobaczę miasto, w którym jest tak zakochana. :)

sobota, 29 czerwca 2013

Co wydarzyło się na baszcie i "Sąsiady"

Sobota. Pierwszy dzień wakacji. Wydawałoby się, ze czas będzie płynąć leniwie. Nic bardziej mylnego. Od rana mamy z Chudą napięte plany. Dzisiaj Słowianie otwierają podwoje Baszty Kaszanej, Chuda więc zabiera swój słowiański majdan (zwozi go do baszty od kilku dni) i wychodzi. Umawiamy się, że przyniosę jej obiad. Gotuję więc ryż z truskawkami i jadę z obiadem. Na baszcie ruch. Akurat schodzi małżeństwo. Słyszę śląski akcent. Zagaduję. Od słowa do słowa okazuje się, że… jesteśmy spokrewnieni przez moją babcię, dawną mieszkankę Bierunia Starego, skąd pochodzą turyści. Zabawna sytuacja. Wymieniamy się adresami e-mail.

Po południu bierzemy udział w imprezie plenerowej „Sąsiady” organizowanej przez Trzebiatowski Ośrodek Kultury. Chuda, jak co roku, wystawia swoją biżuterię, a ja jej towarzyszę. Oglądam stoiska i słucham występów kolejnych zespołów.


"Sąsiady" to impreza folklorystyczna mająca na celu pokazanie wielokulturowości naszego miasta. Oprócz festynu organizowane są warsztaty sztuki ludowej, można zwiedzić pozamykane na co dzień kościoły i obejrzeć pałacowe wystawy.

Korzystam z okazji i wchodzę do wnętrza grekokatolickiej świątyni. Byłam tu już kiedyś, więc wiem jak ona wygląda. Przysiadam w tylnej ławce i przez chwile kontempluję ciszę i majestat miejsca.
Potem wracam na gwarną ulicę.
Chuda stwierdza, ze jest głodna, więc idę po pyszne swojskie jedzonko serwowane przez zaprzyjaźnione gospodarstwo z Gosławia ( jeden z moich uczniów prezentuje w tym czasie wyrób cegieł), dostaję także dwa talerze „zupy sąsiada”, którą rozdziela sama dyrektor TOK.


Sąsiady w tym roku dały możliwość zaprezentowania się nie tylko zespołom folklorystycznym z okolicznych wsi, ale także zgromadziły zaprzyjaźnione stowarzyszenia i grupy. Grupa rekonstrukcyjna prezentowała się z mundurach z czasów wojny, gang motocyklowy robił mnóstwo hałasu, a Trzebiatowskie Towarzystwo Kulturalne karmiło bigosem, twarogiem, chlebem ze smalcem i ogórkiem. Pojawili się także przyjaciele z Niemiec ze swoim rękodziełem.



Impreza jak zwykle bardzo udana, tylko pogoda niedopisana i raz po raz skrapiała uczestników deszczem. 

środa, 26 czerwca 2013

Sonia Ruciak i jej obrazy w Trzebiatowskim Ośrodku Kultury

Koniec czerwca to gorący czas w każdej szkole. Zmęczeni są uczniowie i nauczyciele. Wszyscy już chyba marzą o odpoczynku. Razem z Gui postanowiłyśmy chwilę odetchnąć po zajęciach i wybrałyśmy się na wernisaż do Galerii Feiningera mieszczącej się w  trzebiatowskim Pałacu. Tydzień wcześniej dostałyśmy zaproszenie na wystawę obrazów Sonii Ruciak- malarki, absolwentki Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, mieszkanki naszego miasta. Artystka mimo młodego wieku , może już pochwalić się kilkoma osiągnięciami i wystawami w kraju i zagranicą.
Wystawa nosi tytuł „Architektura światła” i tytuł ten oraz reprodukcja na zaproszeniu zmobilizowały Gui, która przecież marzy o architekturze.

                Pierwszy obraz, na który zwróciłyśmy uwagę nosił tytuł „Tajemnicza wyprawa” i przedstawiał… rower na tle szarej ściany. Stałyśmy dłuższą chwilę zafascynowane owym rowerem. Niestety potem zaczęłyśmy się wdawać w szczegóły- budowę, ramy, kierownicy, pedałów. 

Przeszłyśmy zatem dalej, a dalej były schody. Mnóstwo schodów. Tak, jakby artystka chciała pokazać wszystkie klatki schodowe, które kiedykolwiek widziała na jawie lub we śnie.  Cechą wspólną wszystkich obrazów było światło, padające z przodu, z tyłu, boku, przenikające przestrzeń i… pustka. Przytłaczająca. Jeden z obrazów , przestawiający kolejne otwarte drzwi Gui skojarzyła z ruinami pałacu w Dreżewie. Mnie przypomniały się opuszczone poradzieckie bloki w Bornym Sulimowie.


Obejrzałyśmy wystawę, pogawędziły ze znajomymi (zawsze znajdzie się ktoś znajomy, dawno niewidziany, z kim koniecznie trzeba zamienić kilka słów) I zrelaksowane wróciłyśmy do domu. 

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Lektura na lato, czyli kilka słów o książkach Katarzyny Michalak

Swoją przygodę z bohaterkami powieści Katarzyny Michalak rozpoczęłam od "Poczekajki". Było to kilka lat temu, ale pamiętam że przeczytanie książki zajęło mi jeden wieczór i pozostawiło po sobie spory niedosyt, bo jest to faktycznie książka na jeden wieczór. Powieść ta przenosi nas na wschodnie rubieże Polski, gdzie można znaleźć jeszcze ciszę, spokój i wiarę w magię i siłę ziół. Książka reklamowana jest jako połączenie „Ani z Zielonego Wzgórza” i „Wszystkie zwierzęta duże i małe”, jednak porównanie to jest znacznie na wyrost. Jeżeli chodzi o analogie do powieści L.M. Montgomery, to raczej „Błękitny zamek” i to w dużym uproszczeniu. Porównując do drugiego dzieła- no faktycznie bohaterka jest weterynarzem i zdarza się jej zarówno odbierać poród u krowy, leczyć koty, jak zajmować się zwierzętami w zoo. 


Kolejną powieścią, przeczytaną zaraz po "Poczekajce" był "Zachcianek", będący kontynuacją tej pierwszej. Towarzyszymy młodej pani weterynarz – Patrycji w jej zmaganiu z losem, magią i dzikimi zwierzętami. Okazuje się, że to co miało być spełnieniem marzeń młodej kobiety, wcale nie jest tak do końca cudowne, białe okazuje się jakby szare, a czarne, jakby bielsze. Zawikłana intryga, zabawni bohaterowie, odrobina magii – tak najkrócej można scharakteryzować tę powieść.

Czyta się szybko i lekko, i prawdę powiedziawszy, chyba nawet lepiej niż pierwszą część. Może dlatego, że chociaż   bohaterowie są już nam znani, to autorka diametralnie zmienia ich nastawienie , pokazuje drugą stronę ich natury.
Jeżeli kogoś nie zniechęciła , a wciągnęła „Poczekajka”, to „Zachcianek” przeczyta jednym tchem.


Ostatnio zaś wpadły mi w ręce dwie kolejne pozycje z bogatej listy książek tej poczytnej autorki. "Wiśniowy Dworek" nie odbiega poziomem od wyżej wymienionych powieści. To także lekka powieść na jeden wieczór. Tym razem fabuła jest jednak dosyć zagmatwana, a bohaterowie chwilami nieprzekonujący. Poznajemy losy trojga bohaterów- bliźniąt rozdzielonych po porodzie. Spotykają się po latach dzięki wyrafinowanej intrydze jedynego mężczyzny w tym trio- informatyka- geniusza, który mści się na ludziach za swoje nieszczęśliwe dzieciństwo. 

Po przeczytaniu "Wiśniowego Dworku" zastanawiam się, czy jeszcze mam ochotę na niesamowicie reklamowanego "Mistrza". Strach się bać, dokąd tym razem zawiodła pisarkę jej nieposkromiona wyobraźnia. 


niedziela, 23 czerwca 2013

Sobota w Świdwinie

Gdy wiosną układałyśmy plany rowerowe, to Świdwina w nich nie było. Termin nam nie odpowiadał. Jednak, gdy okazało się, że jeden z planowanych wyjazdów nam nie wyjdzie, zdecydowałyśmy się natychmiast i tak w sobotę zawitałyśmy do Świdwina, by uczestniczyć w II Świdwińskim Maratonie Rowerowym.
Rowery wrzuciłyśmy do samochodu, zabrałyśmy ze sobą znajomego ( a co ma samochód mieć wolne przebiegi) i pojechałyśmy. Czas umilała nam płyta Green Day, bo Gui jeszcze pod wrażeniem łódzkiego koncertu była.
Po godzinie znaleźliśmy się w niedużym miasteczku ( co z tego , że nieduże, skoro i tak kilka razy musieliśmy pytać o drogę, by do Orlika dojechać).


Na miejscu spotkałyśmy wielu znajomych, bo kto by odpuścił kolejne rowerowe święto.
Impreza rozpoczęła się dosyć nietypowo- defilada 200 rowerzystów w asyście orkiestry oraz odegraniem Hymnu Narodowego, co mnie mile zaskoczyło.

Potem wystartowałyśmy. Początkowo Gui mi odjechała, ale poczekała na mnie i jechałyśmy wspólnie podziwiając krajobraz i rozmawiając. A było co podziwiać, bo trasa wiodła malowniczymi wioseczkami ukrytymi wśród pagórków. W wioskach witały nas radośnie uśmiechnięte dzieciaki machające kolejnym kolarzom.
Podziwiałyśmy pola obsiane niebieskim łubinem, zbożem, gryką. Jeziorka z przejrzystą wodą, lasy, bagna. Czasami było bardzo pod górkę, czasami z górki. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że zakwitły lipy i pachniały upojnie.
Na punkcie żywieniowym chwilę porozmawiałyśmy z wolontariuszką, która pięknie mówiła o swojej wiosce, zachwalając jej uroki, zwłaszcza trzy cudnej urody jeziorka- jednym z nich zachwycałyśmy się chwile wcześniej, bo przyciągało chłodem i dzikością. Drogą jechał 10-12 letni chłopiec z wielką ryba w siatce. Z duma pokazywał swoje trofeum kolegom.
Z Gui stwierdziłyśmy, że na rowerze czas wygina się i wybrzusza. Raz pędzi, kiedy indziej zwalnia lub prawie się zatrzymuje. Trwa. I my trwamy razem z nim. Dobrze nam się razem gawędziło.
A potem była meta. Wjechałyśmy razem witane aplauzem znajomych. Czekał na nas pyszny posiłek składający się z zupy pomidorowej z ryżem i skrzydełkiem kurczaka, bigosu i udka.


Przed dekoracją wybrałyśmy się jeszcze na basen, bo sponsor „Parkwodny Relax” zafundował nam darmową kąpiel.
Potem dekoracja i do domu. Niestety zabrakło nam czasu na zwiedzenie miasteczka, w którym odbywał się właśnie jakiś świętojański festyn.
Obiecałyśmy sobie, że za rok, jeśli tylko czas pozwoli znów zawitamy do Świdwina i postaramy się go obejrzeć.