Początkowo myślałam, że zmieszczę się ze swoimi
wspomnieniami w dwóch wpisach. Okazało się jednak, że Bornholm tak głęboko
siedzi w nas, że wyrył się w naszych sercach i potrzebuje jeszcze podsumowania.
Po pierwsze dwa dni to stanowczo za mało, by zwiedzić wyspę,
ale akurat tyle, by nabrać apetytu na więcej. Gui przekrzykując wiatr i szum
silników statku, wołała do oddalającej się wyspy: „wrócę tu!”
Nie polecam jednodniowego wypadu z wycieczką autokarową.
Moim zdaniem szkoda pieniędzy. Najlepszym sposobem poruszania się po wyspie z pewnością
jest rower zapakowany sakwami i namiotem, choć dla nie wprawionego turysty może
to być nie lada wyczyn, bo w północnej części wyspy są autentyczne podjazdy do
15-20%. Z noclegami nie ma większego problemu, ponieważ na wyspie znajduje się
sieć campingów, nie należy za to biwakować na dziko.
Ważne, by zapomnieć o przeliczaniu wszystkiego na złotówki.
Bornholm nie należy do tanich. My zapłaciłyśmy 600 zł za rejs w obie strony z
rowerami. Na pobyt założyłam 600 koron i to było trafne założenie: nocleg dla
dwóch osób z własnym namiotem bez karty campingowej (na jedną noc na wyspie nie
trzeba jej wykupić- warto to wiedzieć, bo w przewodniku o tym nie było) – 170 koron,
Dwa śledzie po bornholmsku i dwa małe piwa- 154 korony, średnia pizza i dwa
napoje - też tyle. Resztę wydałyśmy na
bułki, kawę i pamiątki.
Spokojnie można porozumieć się po angielsku, nasza łamana
angielszczyzna była w pełni zrozumiana, do tego na campingu otrzymałyśmy kartkę
z mapą campingu i… całostronicową informacją w języku polskim!
Czasami warto zjechać z utartych szlaków i zobaczyć coś
więcej… A miejsc niezwykłych i ciekawych jest bezliku i to zarówno dla miłośników
cywilizacji, a raczej jej historii, jak
i natury. My chciałyśmy zobaczyć latarnie morskie- znalazłyśmy ich 6. Reszta
została jedynie liźnięta, zaznaczona. Mamy ogromny niedosyt. Tyle jeszcze
miejsc zostało do odkrycia i zobaczenia i do tylu chciałoby się wrócić. Sama
najchętniej wróciłabym na północny cypel, by pozachwycać się skałami
wpadającymi do Bałtyku, by zdążyć na wschód słońca na wschodzie, a na zachód na
zachodzie. By chłonąć aurę tajemniczości wśród wrzosowisk i menhirów. I jeszcze
posłuchać ciszy. A Gui? Jej najbardziej podobało się wschodnie wybrzeże i małe
domki w miasteczkach i wioskach.
A na zakończenie jeszcze kilka słów o bornholmskich oknach.
My na parapetach czasami stawiamy doniczki, rzadziej bibeloty, okna szczelnie
otulamy firankami, zasłonami, żaluzjami, roletami.
Bornholmczycy całe parapety mają zastawione świecznikami,
figurkami z gipsu, metaloplastyką, drewnianymi rzeźbami, doniczkami z kwiatami.
Nieraz pojawiają się dodatkowe półeczki na kolejne drobiazgi. W każdym oknie
inna wystawka. Firanki pojawiają się rzadko i raczej jako element kompozycji.
Przez okno można zajrzeć do środka mieszkania, a nawet na podwórko po drugiej
stronie domu, bo większość domków tak jest zbudowanych, by pokój miał szerokość
domu. I jest w tych domach przestronnie
i jasno. Widać też, że mieszkańcy wyspy mają zmysł artystyczny, w każdej wsi
była przynajmniej jedna galeria. Inną ciekawostką są wystawione przed domem kramy
z warzywami z ogródka lub z rękodziełem, lub z tym , co akurat jest w
nadmiarze, np. zbędne zabawki. Podane są ceny i wystawiona skarbonka.
Potrzebujesz kilogram ziemniaków? Bierzesz woreczek i zostawiasz korony.
Proste, prawda?
Wiem, że jest wiele pięknych miejsc i nie sposób zobaczyć
wszystkiego, ale jeśli będę miała jeszcze możliwość, to wrócę na Bornholm.

