wtorek, 13 sierpnia 2013

Pierogi z jagodami

- Lubię to swoje życie.- stwierdziła Chuda wpatrując się w liście swojej ziołowej herbatki.
Uśmiechnęłam się znad osypanego mąką wałka do ciasta.
Był poniedziałkowy poranek, siedziałyśmy w kuchni. Ona jadła śniadanie. Ja robiłam obiecane pierogi z jagodami. Wykorzystujemy czas na pogaduchy. Obie zaczynamy pracę ok. 10.00, więc rano możemy trochę pogadać- niedługo ja będę wychodziła do pracy o 6.45 a ona wróci do Szczecina. Zatem każda chwila spędzona razem wydaje nam się cenna i ważna.
 Tym razem było o szczęściu, o tym, że wystarczy zaakceptować to, co mamy, dostrzegać piękno w drobnych szczegółach, cieszyć się z rzeczy błahych, by być szczęśliwym. 

Pierogów przybywało, powoli brakowało już miejsca na stolnicy, a my snułyśmy swoje rozważania.
Po dziewiatej na stole leżało 128 pierogów z jagodami. Ja byłam dumna ze swojego dzieła, a Chuda zadowolona, że w czasie wakacji jednak zje swoje ulubione danie. 

Nie pytajcie mnie, jak się robi pierogi. Na moje potrzebowałam ponad 1 kg mąki, dwa jajka, dwie szklanki wody i ponad litr jagód. A do wykrawania pierożków mam taki zmyślny przyrząd w kształcie lejka. Bardzo ułatwia pracę.


poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Tajemnica trzebiatowskiego Ratusza

Trzebiatowski Ratusz skrywa wiele tajemnic: zaczynając od wewnętrznego dziedzińca, który jest z zewnątrz zupełnie niewidoczny, na tajemniczych tunelach ciągnących się pod całym miastem kończąc. I dziś chciałabym napisać Wam o podziemiach Ratusza, ale nie zapuszczając się w mgliste i niepewne legendy o podziemnych szlakach komunikacyjnych łączących niegdyś najważniejsze punkty w mieście. 

W podziemiach Ratusza znajduje się bowiem pewne warte uwagi miejsce - najlepsza pizzeria w mieście. Pizzeria pod Ratuszem, bo o niej tu mowa, charakteryzuje się przede wszystkim niepowtarzalnym klimatem piwnicznych wnętrz. Jedna z sal, ukryta przed wzrokiem postronnych obserwatorów, wprost zaprasza do knucia tajnych spisków - nie ma tam nawet zasięgu! A wejście do niej wiedzie, przez wąski i niepozorny korytarzyk. Druga z sal kusi natomiast miękkimi fotelami i lustrami w ozdobnych ramach. 

Ale nie wnętrza są największym potencjałem lokalu, a pizza. Nie raz i nie dwa (a nawet nie dziesięć) zamawiałyśmy, wraz z moimi Słowiankami, pizzę z tej knajpki i za każdym razem dostawałyśmy ją tak samo doskonałą: na cienkim, dobrze wypieczonym cieście, z dobrze dobranymi dodatkami i przyprawami. 

Podobnie sytuacja wygląda z innymi potrawami - zawsze przygotowane są starannie i z pełną dbałością o zadowolenie klienta. 

Warto też wspomnieć o przemiłej i profesjonalnej obsłudze, wprowadzającej przyjazną atmosferę w lokalu i sprawiającą, że wracamy tam za każdym razem, gdy pada hasło "Pizza?". 

W sezonie poza salami w piętnastowiecznych piwnicach Ratusza, usiąść można również na dworze, w otoczeniu zieleni, która skrywa nas przed wzrokiem przechodniów i pozwala na chwilę zapomnieć, że znajdujemy się w samym centrum małego miasteczka. 

Jeśli więc wybieracie się w Trzebiatowie na pizzę, to szczerze polecam ten właśnie lokal, do którego trafić nie jest trudno - wejście znajduje się na ścianie południowej gmachu, czyli po lewej stronie, gdy stoimy przodem do głównego wejścia Ratusza.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Ciężarówki w Rogowie

Planując weekend wymyśliliśmy sobie z Mężem mym (no niech będzie, że wspólnie;)), że pojedziemy do Mrzeżyna do lasu na grzyby, jagody i borówki, potem zjemy rybę , a na końcu obejrzymy ciężarówki wojskowe w Forcie Rogowo. 
Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. Wyjechaliśmy rowerami po godz. 9.00 (dla Męża to poranek, dla mnie... prawie południe).Jechało się szybko, chociaż założyliśmy "tempo spacerowe". W naszym ulubionym mrzeżyńskim lesie znaleźliśmy zaledwie kilka kurek, za to jagody i borówki obrodziły jak szalone. W godzinę mieliśmy 2l jagód i tyleż samo borówek. 
Stwierdziliśmy, że na borówki trzeba jeszcze raz przyjechać, bo tak ich dużo. Było jeszcze przed południem, gdy wyjechaliśmy z lasu w kierunku Mrzeżyna. Było trochę za wcześnie na obiad, więc zatrzymaliśmy się u Mężowego wujostwa na kawę. Pogawędziliśmy chwilę o rodzinie, zwłaszcza ostatnich występach medialnych Chudej. Na obiad zdecydowaliśmy się zatrzymać w smażalni "U Oczka". Wybraliśmy to miejsce nieprzypadkowo- rok temu rybka wędzona w tym miejscu wygrała plebiscyt na "bałtycki przysmak", a ponadto powodowała mną sympatia do rodziny Oczków, którą trochę miałam okazję poznać. 
Wybór okazała się trafny. Kolejka do wędzarni świadczyła o dużej popularności, a podana nam przez panią Anie rybka była chrupiąca i soczysta. Trochę początkowo martwiłam się, że będę jadła przy drodze, bo tak zlokalizowana jest smażalnia, okazało się jednak, że stoliki usytuowano  w głębi, między drzewami, tak, że ulicy można nie oglądać. 

Najedzeni, by nie rzec przejedzeni ruszyliśmy do Rogowa, gdzie odbywał się III Star Truck .

Obejrzeliśmy ciężarówki i inne pojazdy wojskowe- w tym niemieckiego trabanta z garkuchnią, chwilę posłuchaliśmy występu jakiegoś zespołu ( podobno z Niemiec).


Mąż postanowił obejrzeć jeszcze samoloty zgromadzone w hangarze Fortu Rogowo. I nie byłoby nic niezwykłego w zwiedzaniu ekspozycji muzeum , gdyby nie fakt, że... zostaliśmy w nim zamknięci!  Całkiem po prostu ktoś nas zamknął wewnątrz hangaru z samolotami! Trochę trwało nim mężowi udało się otworzyć jedne z ogromnych hangarowych drzwi :)



Po tej przygodzie wsiedliśmy na rowery i wróciliśmy do domu. Z jagód będę robić w poniedziałek pierogi, a borówki włożę do słoików (co z nimi potem robię napiszę przy innej okazji. 

czwartek, 8 sierpnia 2013

Burzowy poranek

Obudziłam się o poranku. Niby nic dziwnego, zawsze wstaję wcześnie. Ale dziś zaskoczyła mnie ciemność… z niedowierzaniem spojrzałam na zegar- 6.00. O tej porze powinno już świecić słońce. Wyjrzałam przez okno- nad miastem wisiały niskie, ciemne burzowe chmury. Po chwili usłyszałam pierwsze, dalekie jeszcze pomruki. Wstałam i przygotowałam kawę. Powoli budzili się domownicy. Zapaliłam słoneczną żarówkę w kuchni. Usiadłyśmy z Chudą przy kuchennym stole. Każda ze swoim „dziubaniem”- ona szyła falbaniastą koszulę piratki, ja zdobiłam kolejną butelkę.

Rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się, omawiałyśmy najbliższe plany. A za oknem błyskało i grzmiało… I tak zszedł nam poranek… a potem pojechałyśmy do pracy.

niedziela, 4 sierpnia 2013

W pogoni za Duchem Gór

Maraton Liczyrzepa w Karpaczu był drugą górską imprezą, na którą się w tym roku zapisałyśmy. Miałam trochę obaw po tym jak Gui deklarowała, że gór nie lubi. Trudno jednak było wyjaśnić, dlaczegóż w takim razie mnie w te góry wyciągnęła. Skoro zaś wystartować chciała, to ja jako kochająca matka innego wyjścia nie miałam, jak się do niej dołączyć. Bo z dużymi dziećmi to już tak jest. W pewnym momencie, jeśli nie chcemy ich stracić, musimy za nimi podążać, za ich marzeniami , planami i godzić się z ich dorosłymi decyzjami.
Spotkałyśmy się w piątek na dworcu w Jeleniej Górze. Ja dojechałam rowerem z mojego cudnego Gierczyna, ona pociągiem z Wrocławia. Z Jeleniej powolutku dojechałyśmy sobie do Karpacza. Upał był niemiłosierny, ale jechało się nam dosyć raźnie, tylko coś za często musiałyśmy uzupełniać wodę;)
Zakwaterowałyśmy się w przytulnym pensjonacie „Rena” położonym poniżej Orlinka- wybrałyśmy go specjalnie, żeby mieć blisko pod prysznic. I to był dobry wybór. Po południu poszłyśmy spacerkiem pod górę, przyjrzeć się podjazdowi do mety. Oj, trochę nam miny zrzedły… zwłaszcza, że potem musiałyśmy zejść aż do centrum Karpacza na odprawę. Na stadionie przywitałyśmy tych, którzy podobnie jak my zjechali w góry już w piątek, wysłuchałyśmy rzeczowej odprawy technicznej (oj przydały się nam wskazówki dotyczące zjazdów) i odebrałyśmy pakiety startowe. Śmiechu przy tym było co niemiara, bo po raz pierwszy dostałyśmy koszulki jakby szyte na nasz krasnoludkowy rozmiar.

Sobota przywitała nas ( a raczej mnie, bo Gui lubi pospać) malowniczym wschodem słońca. Ci, którzy starowali na giga też pewnie ten wschód widzieli, bo pierwsze starty wyznaczono na 7.00.
A potem było coraz cieplej, cieplej, cieplej… O jedenastej żar lał się z nieba, na którym nie było ani jednej chmureczki. A my dopiero startowałyśmy…
Pierwsze kilometry były samą przyjemnością- w dół i w dół. Miałam więc okazję pozachwycać się rozległą panoramą Karpacza, potem na horyzoncie pojawiły się Sokole Góry, z charakterystycznymi skałami na szczycie. A my pod Sokoliki podjeżdżałyśmy. Potem znów było w dół aż do Miedzianki, gdzieś po drodze dobrzy ludzie częstowali wodą w kubeczkach i polewali wodą ze szlaucha. Nareszcie czuło się góry, a przecież czekał nas jeszcze podjazd na Przełęcz Rędzińską. I podjechałyśmy… prawie… Może gdyby nie było tego cudnego różowego napisu 16% i uśmiechu, to jakoś by poszło. Mnie jednak trochę ścięło i po kilku metrach jazdy z prędkością 4,5 km/h z roweru zeszłam (trochę z rozsądku, bo uświadomiłam sobie, że po pierwsze jeszcze czeka mnie jeden podjazd, a po drugie , jeśli znowu stracę na wadze, to przestanę istnieć).
Gui zeszła  troszkę wcześniej i szła ociupinkę dłużej. Na punkt żywieniowy wjechałyśmy jednak uśmiechnięte i bardzo szczęśliwe.
Kilka kawałków arbuza i pomarańczy dodatkowo zasiliło nas pozytywnymi emocjami i po chwili rozmowy na krawężniku ruszyłyśmy dalej. Znowu w dół i w dół- ach, jak dobrze, że były różowe wykrzykniki! Inaczej Gui pokonałaby chyba prędkość światła. Zobaczyłam tylko jak mignął mi jej różowy rowerek i już jej nie było. No. Na tym skończyła się wspólna jazda. Próbowałam ją jeszcze dogonić na podjeździe na Przełęcz Kowarską- udało mi się nawet komuś zaczepić na koło, ale długo tego koła nie utrzymałam. Na Przełęczy zauważyłam, jak moje ukochane dziecię pędzi przed siebie.
Na Orlinku Gui zameldowała się 15 minut przede mną. Może wreszcie polubi góry? Po finiszu zjechałyśmy do pensjonatu, wzięłyśmy wymarzony prysznic i już wypoczęte zeszłyśmy na boisko. Świetnie smakował makaron i lodowate piwo. Nawet ciasto drożdżowe miało już smak (na punkcie żywieniowym nawet na nie nie chciałam spojrzeć)
Odpoczywaliśmy, siedzieli w cieniu na trawie. Było mnóstwo ludzi i można było w końcu spokojnie pogadać. Dużo było tego gadania.
Rozdanie nagród poszło sprawnie, zwycięzcy zostali uhonorowani. Myślę, że zwłaszcza panie były zadowolone z gustownych statuetek z Duchem Gór, Gui też taką dostała.

Słońce zaszło za górę. Kolejny maraton przeszedł do historii, a uczestnicy porozchodzili się po kafejkach, pubach, pizzeriach. Bo przecież w Karpaczu każdy znajdzie coś dla siebie. Tu kicz miesza się ze sztuką, hałaśliwa tandeta z majestatem gór. „Ave Maria” z „Tylko mnie kochaj” i fałszywymi tonami podrzędnej cygańskiej kapeli.
A jeśli ktoś szukał ciszy, to też ją znalazł. Wystarczyło tylko wyjść wyżej, po za zgiełk deptaku, na kręte i strome ścieżki, bo jak powiedziała mijana przeze mnie wczasowiczka: „niby są ludzie, a ich nie widać”.  
Nocą rozpętała się burza…

Jak zatem było w Karpaczu? Genialnie! Masakrycznie ciepło, męcząco, cudnie. Widoki zapierały dech w piersiach, pęd powietrza na zjazdach też. Ciągłe tasowanie się ludzi na trasie, ktoś odjeżdżał na zjeździe, by potem wolniej się piąć i znów się go mijało. Na podjazdach chwilami robiło się tłoczno, a przez to zabawniej i dowcipniej, bo mimo wysiłku nie opuszczało nas poczucie humoru.
Na pewno było za mało wody. Zwłaszcza na mecie. Tam, ledwo żywi, rozłożeni w cieniu świerków dzieliliśmy się resztkami letniej wody z butelek i bidonów.
Co z Karpacza zabiorę dla siebie? Wschód słońca, nocną burzę, wieczory i poranki z Gui i te wszystkie rozmowy z ludźmi - te długie i te całkiem króciutkie, przelotne , i jeszcze dumę z pokonania swoich ograniczeń.