piątek, 8 sierpnia 2014

Szpinak w roli głównej - posiłek dla maratończyka

- Co miksujesz? - zapytała Chuda, gdy tylko otworzyła drzwi domu.
-Sos do makaronu.
-E..., myślałam, że koktajl, głodna jestem.
- A co? Zrobić z pomidorów? No to zrobię...

czwartek, 7 sierpnia 2014

Coś niebieskiego i coś dobrego...

Trochę ostatnio poklikałam po blogach różnych- tak w ramach NICNIEROBIENIA. Na jednym znalazłam chyba odpowiedź na jakieś wyzwanie dotyczące robienia zdjęcia codziennie jednej dobrej rzeczy, która się blogerce zdarzyła. Podobną inicjatywę z wyszukiwaniem dobrych rzeczy każdego dnia zauważyłam i na facebooku. Bardzo mi się ten pomysł podoba i chyba też zacznę takie drobiazgi wyszukiwać. Nie, żebym miała problem z patrzeniem na świat z optymizmem- kto mnie zna wie, że zawsze mam szklankę do połowy pełną, ale fajnie będzie codziennie to coś dobrego opisać i utrwalić. Dzisiaj zrobię to na blogu, a potem będę dodawać na facebookowym profilu. Można więc nas polubić, żeby być na bieżąco z owymi dobrymi drobiazgami. 
Trzy dobre sprawy na dziś to:
1. Poranne spotkanie z dwoma dawno niewiedzianymi starszymi panami. Obaj byli wyraźnie ucieszeni na mój widok , a miła pogawędka pozytywnie nastroiła mnie na cały dzień. 
2. Przygotowałam nowy wzór filcowych kwiatków na spinkach do włosów:

3. Cały dom pachnie świeżo upieczonym chlebem.


Na blogu  Klub Kota Jasna 8 znalazłam z kolei zabawę w kolory.


 A dokładnie w kolor niebieski -pewnie, że bardziej lubię zielony- ale niebieska jest moja kuchnia w Domku pod Orzechem, więc jej zdjęcie doskonale się nada :) Zwłaszcza, że nieodmiennie kojarzy mi się z wakacjami i pobytem w górach.



wtorek, 5 sierpnia 2014

Co zrobić z dynią i cukinią?

Wiosną posiałam nasionka. Leżały cała zimę w kuchni, zdążyłam zapomnieć, co to za nasiona. Wyglądały na kabaczki, patisony albo cukinie. W każdym razie dyniowato. Po kilku tygodniach na grządce były już okazałe dyniowate liście, ale nadal nie było wiadomo co to jest. 

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Chąśba na Święcie Kaszy

Trzebiatowskie Święto Kaszy to cykliczna impreza odbywająca się w pierwszy weekend sierpnia. Kiedyś było to dwudniowe święto miasta z licznymi występami artystycznymi, happeningami i kiermaszami. Od pewnego czasu stało się imprezą jednodniową. Nad samym świętem nie będę się rozwodzić, opowiem tylko o tej części, której bohaterką jest Chuda. W sumie, to ona miała ten tekst napisać, ale ze względu na zapracowanie oddała tekst mnie. 
Zatem od początku.
Święto wzięło swoją nazwę od legendy o Baszcie Kaszanej, która opowiada o tym, jak to gryficzanie próbowali zdobyć miasto, ale miska gorącej kaszy, która spadła z okna Baszty Kaszanej i poparzyła napastnika, uratowała gród. Legendę tę zna każde trzebiatowskie dziecko, a Chuda świetnie ją opowiada, gdy oprowadza turystów po Baszcie. 

Nie jest więc dziwne, że obchody święta miasta właśnie pod Basztą Kaszaną się rozpoczynają i to jest ważne dla naszej opowieści, bo jako stowarzyszenie Chąśba jesteśmy gospodarzami tego miejsca. Przyjemnie było posłuchać Chudej opowiadającej legendę o kaszy. 
Po wysłuchaniu legendy i odegraniu scenki historycznej mieszkańcy i goście w barwnym korowodzie ze słoniem ( a raczej słonicą Hansken) przeszli pod Pałac, gdzie umiejscowiona była scena i kramy. 

Dzieciaki Chudej odtańczyły tańce wyuczone w czasie warsztatów, odebrały zasłużone brawa i rozpoczęła się jarmarczna część imprezy.
Na scenie występowały kolejne zespoły, ludzie spacerowali pomiędzy kramami i stoiskami, dzieci korzystały z placu zabaw. Wojowie pokazywali sceny walki. 

Nie spędziłam przed Pałacem całego popołudnia, bo miałam mnóstwo innych planów na ten dzień. 
Przeszłam się jedynie między stoiskami rękodzielników, których w tym roku było jakoś mniej niż zwykle, zjadłam obwarzanki (uwielbiam!) i wróciłam do domu.  

A o samym Stowarzyszeniu Historyczny Trzebiatów- Chąśba Chuda kiedyś sama Wam opowie (mam nadzieję).



zdjęcia ze Święta Kaszy

sobota, 2 sierpnia 2014

Jak Trzebiatów uczcił rocznicę Powstania Warszawskiego

Trzebiatów wciągnął mnie w wir swojego życia. Jeszcze w górach przeczytałam o mającej się odbyć w mieście inscenizacji walk powstańczych w Warszawie przygotowanej przez grupę rekonstrukcyjną "Nałęcz". Ponieważ widziałam wcześniejsze ich inscenizacje, postanowiłam i tym razem przyjść na trzebiatowski rynek. Nie zawiodłam się.  Świetnie przygotowane i wyreżyserowane przedstawienie, składające się z 4 epizodów przeniosło mieszkańców i turystów do roku 1944.  Punktualnie o 16.30 mogliśmy obejrzeć "codzienne życie wojennej stolicy".

Po ulicy jeździła riksza, rowery, przechadzali się mieszkańcy, handlowały przekupki. Wysłuchaliśmy też zwięzłej historii powstania. O 17.00 zawyły syreny i wszyscy ucichli. Potem rozległy się strzały i obejrzeliśmy "wybuch powstania".












Następnie przeszliśmy na pobliski most na Redze, która przez chwile udała Wisłę i staliśmy się świadkami "przeprawy przez Wisłę".















 Na zakończenie "Nałęcz" dał istny pokaz pirotechniczny w czasie "upadku powstania". Strzelanina, wybuchy, gazy, dymy. Było co oglądać. Huk przestraszył dzieci, więc rozlegał się jeszcze ich płacz.


Uroczystość zakończyło uroczyste ślubowanie członków grupy.
Mimo upału na rynku zgromadziło się sporo ludzi, którzy w ten sposób albo chcieli uczcić rocznicę Powstania Warszawskiego, albo zabić nudę piątkowego popołudnia.
Organizatorzy mogą spokojnie mówić o sukcesie, zwłaszcza, że stojąc w tłumie gapiów miałam możliwość podsłuchania ich rozmów. Rodzice tłumaczyli swoim dzieciom ideę powstania, pokazywali poszczególne scenki. Dla wielu atrakcją był udział naszego burmistrza w inscenizacji, było widać, że p. Matusewicz doskonale się bawił.
 Jasne, że dla niektórych ważniejsze było zbieranie łusek po nabojach, ale i tak była to wspaniała lekcja historii.





Zdjęcia z inscenizacji